- USA uzyskały stuletni dostęp do 17 wenezuelskich pól naftowych o zasobach sięgających 65 mld baryłek ropy – to o 41 proc. więcej niż całe obecne rezerwy terytorialne Stanów Zjednoczonych.
- Amerykański Pentagon objął 35 proc. udziałów w spółce operacyjnej NABEP, zyskując też prawo weta wobec składu jej zarządu.
- Inwestycje w wenezuelską ropę ogłosiły już Chevron, Eni, Shell, BP, Repsol i kilka innych światowych koncernów.
- Skarb Państwa jest największym akcjonariuszem Orlenu, ale Polska jak dotąd nie podjęła żadnych kroków, by wykorzystać bliskie relacje z Waszyngtonem do wejścia koncernu na wenezuelski rynek.
Wraz z początkiem roku stolica Wenezueli, Caracas, stała się miejscem demonstracji Waszyngtonu w wykorzystaniu sił zbrojnych do osiągnięcia celu politycznego. Wówczas, 3 stycznia, Caracas stało się sceną popisu amerykańskich sił specjalnych, które faktycznie porwały ówczesnego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro wraz z małżonką.
O skuteczności amerykańskiej operacji świadczy fakt, że żaden z amerykańskich żołnierzy nie zginął. Rannych zostało siedmiu żołnierzy, jeden śmigłowiec został uszkodzony. Była to więc precyzyjna, wielopoziomowa operacja, przeprowadzona z wykorzystaniem przysłowiowego skalpela.
Czytaj także: Negocjacje Moskwa-Kijów ruszają na nowo. Polska znów poza stołem
Samo użycie sił zbrojnych było jednak tym, co świat miał zobaczyć. Bez politycznego uzasadnienia operacji nie można byłoby mówić o jej realnym sukcesie. Większość działań odbywała się w cieniu dyplomatycznego przymusu oraz aktywności służb wywiadowczych.
To właśnie te działania stworzyły warunki do politycznego układu, w którym pojmanie Maduro nie oznaczało dla aparatu reżimu ucięcia głowy hydrze, z której wyrosłyby nowe. Pojmanie Maduro było raczej ucięciem głowy wężowi, które można było przedstawić społeczeństwu jako widoczny rezultat całej operacji.
Polityczny efekt był ni mniej, ni więcej, zamachem stanu. Maduro stał się politycznym przykładem tego, jak może skończyć przywódca, który nie podporządkuje się żądaniom hegemona zachodniej półkuli ziemskiej, czyli Stanów Zjednoczonych. Właśnie dlatego najważniejszym skutkiem wydarzeń z 3 stycznia nie było samo schwytanie Maduro. Znacznie istotniejsze okazało się to, co wydarzyło się później.
Sprawdź również: Wojna puka do bram. Czy Polska jest gotowa na rosyjski atak?
Waszyngton nie rozmontował systemu, którego ojcem założycielem był Hugo Chávez. Nie zdecydował się nawet na przeprowadzenie operacji znanej z Iraku czy wcześniejszych amerykańskich interwencji. Nie rozmontowano rządzącej partii socjalistycznej ani sił bezpieczeństwa. Nie usunięto również aparatczyków partyjnych z najwyższych stanowisk państwowych. Nie wyniesiono na urząd prezydenta Wenezueli Edmunda Gonzáleza Urrutii, który od 2024 roku jest uznawany przez USA za prezydenta elekta.
Władzę w Caracas objęła Delcy Rodríguez, wiceprezydent w rządzie Maduro, odpowiedzialna za kluczowe obszary gospodarcze państwa. Należała więc do ścisłego centrum chavistowskiego systemu władzy.
Właśnie w tym miejscu ujawnia się strukturalny sens amerykańskiej operacji w Wenezueli. Rodríguez stała się demonstracją korzyści wynikających z podjęcia współpracy. Waszyngton zaakceptował ciągłość dotychczasowego systemu, ponieważ dawała ona coś znacznie cenniejszego niż symboliczne zwycięstwo opozycji. Dawała stabilność.
Z tego punktu widzenia operacja „Absolute Resolve” nie była końcem procesu transformacji Wenezueli. Była początkiem podporządkowania.
Amerykański cel
W centrum tych działań znalazły się złoża wenezuelskiej ropy naftowej. Wenezuela, obdarzona największymi potwierdzonymi złożami „czarnego złota” na świecie, posiada ponad 300 mld baryłek potwierdzonych zasobów. Według danych kartelu OPEC na Wenezuelę przypada ponad 19 proc. światowych zasobów ropy. Paradoksem jest więc to, że dzisiaj kraj ten odpowiada za niespełna 1 proc. światowej produkcji.
Pomimo tak ogromnych zasobów Wenezuela zmaga się z głęboką zapaścią gospodarczą, będącą efektem dekad rządów socjalistycznych. Wenezuelski sektor naftowy znajduje się w skrajnie trudnej sytuacji. Jest niedoinwestowany, a jego możliwości wydobywcze pozostają niewspółmierne do wielkości posiadanych zasobów. Mimo to socjalistyczny model gospodarczy utrzymywał się z tego źródła przez dekady rządów najpierw Hugo Cháveza, a później Nicolása Maduro. Doprowadziło to do powstania wysokiej podatności państwa na zakłócenia eksportu ropy naftowej.
Od momentu obalenia Maduro Amerykanie niezwykle skutecznie wykorzystują tę zależność, zabezpieczając się przed możliwością kolejnej nacjonalizacji wenezuelskiego sektora naftowego i budując ciąg łańcucha zależności.
Jedna z pierwszych decyzji Waszyngtonu nie dotyczyła żądania uwolnienia więźniów politycznych. Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych Departamentu Skarbu USA najpierw ogłosiło decyzję o stopniowym łagodzeniu przepisów dotyczących systemu licencji inwestycyjnych w Wenezueli.
Początkowo Waszyngton nie ograniczył się do samego wydawania zezwoleń na sprzedaż wenezuelskiej ropy. Przejął kontrolę nad mechanizmem, za pośrednictwem którego wpływy z tej sprzedaży trafiały do Caracas. Utworzono rachunek finansowy w USA, na którym gromadzono dochody z eksportu surowca, zanim mogły zostać wykorzystane przez władze Wenezueli.
Na pierwszy rzut oka decyzje USA można było interpretować jako liberalizację i łagodzenie sankcji. W rzeczywistości nowy system stworzył nowy reżim kontroli. Waszyngton nie tylko decydował o tym, czy wenezuelska ropa może zostać sprzedana, lecz także stworzył mechanizm kontroli i nadzoru nad przepływem pieniędzy pochodzących z jej sprzedaży. Zaczął decydować, komu wolno korzystać z tych środków oraz na jakich warunkach.
Warto przeczytać: Gospodarczy D-Day. Waszyngton zaciska pętlę na Teheranie. Tak chce złamać Iran
Stworzony model nie jest eksperymentem. Podobną zależność nałożono na Irak po obaleniu Saddama Husajna. Również tam dochody z eksportu ropy zostały powiązane z rachunkiem prowadzonym w USA, z którego finansowano określone wydatki państwa irackiego. Formalnie środki pozostają własnością Iraku, lecz ich przepływ podlega amerykańskiemu nadzorowi.
Waszyngton pozornie otworzył więc Wenezuelę na światowy kapitał, ale w coraz większym stopniu odbywa się to przez drzwi, do których klucz znajduje się w Waszyngtonie. Jej ropa nadal formalnie należy do państwa, ale możliwość czerpania z niej dochodów została podporządkowana amerykańskim mechanizmom finansowym, licencyjnym i geopolitycznym.
„Największa umowa naftowa w historii świata”
Kulminacją, a właściwie klejnotem w koronie politycznego efektu operacji „Absolute Resolve”, stało się porozumienie ogłoszone pod koniec sierpnia i politycznie zaakceptowane w pierwszych dniach września. Donald Trump nazwał je „największą umową naftową w historii”. I faktycznie, jego skala jest bezprecedensowa.
Zgodnie z opublikowanymi informacjami USA otrzymały w umowie z Wenezuelą stuletni dostęp do 17 pól naftowych. Potwierdzone zasoby tych złóż sięgają 65 mld baryłek ropy. Dla zobrazowania skali należy zestawić tę wielkość z rezerwami USA, największego producenta ropy naftowej, odpowiadającego za około 18 proc. globalnej produkcji. Amerykańskie rezerwy wynoszą 46 mld baryłek ropy. Oznacza to, że zasoby objęte nowym mechanizmem są o 41 proc. większe niż całe obecne rezerwy terytorialne USA.
Centralnym elementem tego porozumienia jest „North American Blue Energy Partners” (NABEP), prywatna spółka kontrolowana przez wenezuelskiego przedsiębiorcę Alejandro Betancourta. To ona odpowiada za kontrolę operacyjną nad umową. Wenezuelski charakter NABEP pozostanie jednak tylko z nazwy, ponieważ zgodnie z umową to USA jako państwo zyskują historycznie szerokie uprawnienia.
Pod względem własnościowym „Office of Strategic Capital”, działający w strukturach amerykańskiego Departamentu Wojny, otrzymał prawo do 35 proc. udziałów w spółce. Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z politycznym nadzorem nad prywatną inwestycją. Pentagon uzyskał możliwość bezpośredniego wejścia w strukturę właścicielską spółki. Sytuacja przypomina model, w którym rola Pentagonu została sprowadzona do zalegalizowania mechanizmu pobierania opłaty za ochronę. Chciałoby się powiedzieć: swoistego haraczu.
Kolejnym „wynegocjowanym” uprawnieniem jest uzyskanie gwarantowanego zakupu 20 proc. całej obecnej i przyszłej produkcji NABEP po kosztach wydobycia. Do tego dochodzi prawo pierwokupu pozostałych 80 proc. Co istotne, prawo to nie zostało przyznane prywatnym przedsiębiorstwom, lecz Departamentowi Stanu USA. W ten sposób Waszyngton zyskuje nie tylko uprzywilejowany dostęp do surowca, ale także narzędzie polityczne, które w przyszłości może zwiększyć możliwości aktywnego wykorzystywania amerykańskiej rezerwy strategicznej ropy naftowej.
Sprawdź też: Waszyngton sprawdza lojalność sojuszników. Polska dostała ostrzeżenie z Białego Domu
Rezerwa mogłaby wówczas służyć nie tylko stabilizowaniu amerykańskiego rynku wewnętrznego, lecz także oddziaływać na globalny rynek ropy, wzmacniając bezpieczeństwo energetyczne państw pozostających w amerykańskiej orbicie geopolitycznej. W praktyce oznaczałoby to budowę systemu odporności na nagłe zakłócenia dostaw. Zatem groźba ponownej blokady Cieśniny Ormuz straciłaby na znaczeniu, ale tylko dla państw, które wcześniej zabezpieczyłyby się poprzez dywersyfikację źródeł dostaw.
Na tym przywileje Amerykanów się nie kończą. Waszyngton uzyskał prawo weta wobec nominacji każdego członka zarządu NABEP. Jednocześnie większość jego składu muszą stanowić obywatele USA. Spółka ma korzystać z usług amerykańskich audytorów, prawników i doradców, natomiast relacje pomiędzy NABEP a rządem USA podlegać mają prawu oraz jurysdykcji amerykańskich sądów.
Aby jednak nie przedstawiać tego porozumienia jako nierównoprawnego, należy wskazać to, co Wenezuela otrzymuje w zamian. Są to zasoby, których przez ostatnie dekady krytycznie jej brakowało: kapitał, technologia, dostęp do rynków oraz możliwość odbudowy zdegradowanej infrastruktury naftowej.
Polecamy także: Patrioty nie wystarczą. Kryzys polskiego modelu obrony powietrznej
Według szacunków przedstawianych przez Biały Dom i władze wenezuelskie projekty mają w ciągu pierwszych 25 lat przynieść Wenezueli około 200 mld dolarów wpływów z tytułu podatków i opłat licencyjnych. Caracas upatruje w porozumieniu szansę na stworzenie tysięcy nowych miejsc pracy oraz poprawę całej infrastruktury Wenezueli.
W pierwszym tygodniu od przyjęcia umowy amerykański koncern naftowy „Chevron” ogłosił inwestycje przekraczające 7 mld dolarów w ciągu pięciu lat. Włoski koncern „Eni” został wyłącznym operatorem ogromnego pola „Junín 5”, pola zawierającego około 35 mld baryłek zasobów ropy. „Eni” planuje inwestować w projekt 1,5 mld dolarów rocznie.
Równolegle inwestycje ogłosiły lub przygotowują: brytyjskie koncerny „Shell” i „BP”, hiszpański „Repsol”, indyjski „ONGC”, kolumbijski „GeoPark”, amerykańsko-francuski „SLB” oraz szwedzki „KEO Energy”.
Oznacza to, że Wenezuela nie została oddana jednej amerykańskiej spółce. Powstaje szeroki system, w którym zagraniczne koncerny otrzymują swobodę zarządzania projektami, podczas gdy Waszyngton decyduje o tym, kto może eksploatować złoża.
Perspektywa
Zanim wydobycie ropy z wenezuelskich złóż wzrośnie, miną lata. Na wiele lat rozłożone będą również inwestycje obejmujące nie tylko samą infrastrukturę wydobywczą, lecz także budowę infrastruktury przesyłowej i magazynowej oraz rafinerii zdolnych do przerobu ciężkiej ropy.
Rafinacja wenezuelskiej ropy jest bardziej wymagająca technologicznie niż w przypadku lżejszych gatunków surowca pochodzących z Morza Północnego albo z Bliskiego Wschodu.
Według prognoz przedstawianych w styczniu, które studziły emocje związane z możliwością szybkiego pojawienia się na rynku nowego surowca, zwiększenie produkcji z obecnego poziomu około 1 mln baryłek dziennie do około 2,5 mln baryłek wymagałoby inwestycji rzędu 80-90 mld dolarów. Proces ten zająłby od sześciu do siedmiu lat. Większa skala odbudowy sektora wymagałaby znacznie wyższych nakładów. Według „Rystad Energy” zwiększenie produkcji powyżej 3 mln baryłek dziennie wiązałoby się z łącznymi kosztami przekraczającymi 180 mld dolarów i mogłoby potrwać nawet 15 lat.
Przeczytaj również: Gospodarcza cena politycznych haseł. komu ma służyć deportacja Ukraińców?
Efektu nie będzie z dnia na dzień. Już dzisiaj fundamentalnie zmienia się jednak perspektywa rozwoju sektora wydobywczego – planowane inwestycje mogą zapewnić dywersyfikację dostaw ropy na dekady.
Jest to szczególnie istotne dla globalnej gospodarki. Po ograniczeniu dostępu do rosyjskich surowców po 2022 roku, a obecnie także w warunkach III wojny w Zatoce Perskiej, świat staje przed perspektywą uruchomienia ogromnego, alternatywnego źródła zasobów.
Nie oznacza to, że dostęp do tych zasobów będzie politycznie neutralny. Wręcz przeciwnie. Najważniejszym warunkiem wejścia zagranicznych przedsiębiorstw pozostanie aprobata administracji USA.
W obliczu kwot, jakie można uzyskać z eksploatacji 65 mld baryłek ropy, czyli złóż o wartości sięgającej na papierze nawet 6,5 biliona dolarów, brak pełnego podporządkowania się woli USA nie musi być czynnikiem dyskwalifikującym. Przykładem jest obecność w Wenezueli hiszpańskiego koncernu „Repsol”. Jest to szczególnie interesujące w sytuacji napiętych relacji pomiędzy administracją Trumpa a rządem w Madrycie.
Przypomnijmy, że wobec hiszpańskiego sprzeciwu wobec wojny USA z Iranem Trump zadeklarował „zerwanie wszystkich stosunków gospodarczych z Hiszpanią”. Obecność „Repsolu” w Wenezueli pokazuje, że polityczne napięcia z USA nie muszą automatycznie prowadzić do wycofania zagranicznych koncernów, o ile ich działalność pozostaje gospodarczo użyteczna i funkcjonuje w ramach akceptowanych przez Waszyngton.
Szansa dla Polski
Tym bardziej zasadne staje się pytanie skierowane do polskiego rządu. Skoro Polska od lat z niezwykłą starannością „poleruje” swoje relacje z Waszyngtonem, dosłownie realizując angielskie „polishing”, przeznaczając ogromne środki na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego – do czerwca 2026 roku wartość zakontraktowanych w USA zakupów uzbrojenia przekroczyła 200 mld złotych – to dlaczego zgromadzony w ten sposób kapitał polityczny nie mógłby przełożyć się na perspektywę rozwoju gospodarczego? Skala tych wydatków uzasadnia pytanie, czy bliskie relacje polityczne z Waszyngtonem mogą przełożyć się na konkretne możliwości rozwoju dla polskich przedsiębiorstw i kapitału.
Sprawdź też: Korytarz dla Bundeswehry. Co zakłada polsko-niemieckie porozumienie obronne
Polska dysponuje przecież narzędziem, którego wiele państw nie posiada. Skarb Państwa pozostaje największym akcjonariuszem „Orlenu”, największego koncernu multienergetycznego w Europie Środkowej i Wschodniej. Posiadamy więc instrument, który można wykorzystać w ramach dyplomacji gospodarczej. Deklarowane przez polityków bliskie relacje z administracją USA mogłyby posłużyć do stworzenia „Orlenowi” możliwości wejścia na rynek, który właśnie jest dzielony.
Nie musi przy tym chodzić od razu o przejęcie samodzielnej odpowiedzialności za ogromne pole naftowe na wzór „Eni”. Minimalnym krokiem mogłoby być wejście kapitałowe w wybrany projekt, udział w konsorcjum albo uzyskanie praw do przyszłej produkcji z konkretnego pola. Inną możliwością byłoby wykorzystanie kompetencji koncernu w obszarze gazu, petrochemii, handlu surowcami albo infrastruktury energetycznej.
Rynek nie czeka więc na moment, w którym wszystkie ryzyka polityczne i prawne znikną. Nawet Szwedzi uzyskują dostęp do wenezuelskiego rynku właśnie teraz, kiedy warunki eksploatacji są negocjowane i mogą obowiązywać przez kolejne dziesięciolecia.
Chodzi przecież o to, aby nie zatrzymywać w Polsce procesu dywersyfikacji źródeł energii ani rozwoju naszego narodowego czempiona. Ten argument powinien również trafić do polskich polityków, którzy częściej martwią się słupkami sondażowymi niż realizacją strategicznych interesów państwa. Chodzi przecież o to, by wyborca, tankując samochód, nie narzekał w przyszłości na rządzących, widząc cenę paliwa na dystrybutorze.
Problem polega jednak na tym, że takim efektem nie można byłoby się pochwalić w najbliższym roku wyborczym. Taka perspektywa wymaga myślenia wykraczającego poza czteroletnią kadencję.
Jeżeli nawet teraz, gdy światowe koncerny ustawiają się po dostęp do miliardów baryłek wenezuelskiej ropy, Polska nie spróbuje wykorzystać swojej pozycji do otwarcia drzwi dla „Orlenu”, trudno będzie znaleźć lepszy moment, aby zrobić to w przyszłości. Zaproszeń do takich interesów nie ma. Z inicjatywą musimy wyjść sami.


