Był wrzesień 2025 roku. Postanowiłem przenieść się z Makati wraz z dobytkiem na prowincję Filipin – Quezon, tuż nad Morzem Filipińskim. Dwójka moich przyjaciół spakowała szafeczki, ciuszki i kwiatki do swojego vana, a ja wsiadłem na skuter (swój, z lokalnym prawem jazdy), aby ze stolicy udać się na prowincję drogą krętą i niebezpieczną – jak wszystkie tam.
Sielanka do pierwszego hamowania
Szło gładko, z przerwami na kawkę i pseudo-włoskie restauracje, gdzie do makaronów podaje się bagietki. Ruszyliśmy znów, 100 km od celu. Wtedy lunął deszcz, zwiastujący nadciągającą porę tajfunów.
Na kwadrans przed destynacją – uroczym, bambusowym (lecz podmurowanym) domkiem, w którym przyszło mi spędzić następne trzy miesiące – doszło do wypadku. Kiedy wyprzedzałem, wciąż w deszczu, z górki, naprzeciw mnie pojawił się rozpędzony van. Dałem po hamulcach, a skuter, jak to skuter bez ABS-u, przekręcił się na bok wraz z kierowcą. Uwaliłem się wraz z ważącą 150 kilogramów maszyną na mokry asfalt. Obojczyk pękł natychmiast. Przynajmniej van mnie nie rozjechał.
Polecamy również: O skuterach, zderzeniach i ubezpieczeniach. Jak (nie) jeździć w Azji
Zebrali się ludzie, pomogli ogarnąć sytuację, dojechali moi znajomi. Lokalny kapitan wioski zabrał mnie na wzgórze, byśmy tam mogli złapać sygnał i zadzwonić po karetkę. Faceci ją prowadzący nie byli z pewnością sanitariuszami, co można było wywnioskować po paleniu przez nich papierosów w pojeździe i absolutnym braku zainteresowania zabezpieczeniem złamania lub też zbadaniem mnie w jakikolwiek inny sposób.
Położyli mnie na łóżku, które nie miało progów, tak że przy jeździe i telepaniu musiałem trzymać się z całych sił zdrową ręką, by w ogóle stamtąd nie zlecieć, i czułem, jak pęknięte kości uderzają o siebie.
Jedyna nadzieja tkwiła w przyklejonej na podsufitce pocztówce – z wizerunkiem Matki Boskiej.
W szpitalu okazało się, że rentgena nie ma. To znaczy jest, ale nie dziś. Chirurga nie ma w ogóle i nie będzie. Dano mi temblak i do widzenia, do domu. W taki to sposób powitałem swój nowy dom na odludziu – bez sprawnej prawej ręki i możliwości prowadzenia skutera.
Kolejnego dnia z przyjaciółmi pojechaliśmy autem do Manili. Pierwszy szpital w Taguig nie sprawiał dobrego wrażenia. Chirurga także w nim nie było, za to proces rejestracji miał zająć przynajmniej godzinę. Skierowaliśmy się zatem do najbardziej prestiżowej placówki całego miasta, skrytej wśród strzelistych wieżowców dzielnicy BGC – szpitala St. Luke's.
Medycyna tropikalna stosowana
Wchodzimy do wieżowca przez szklane drzwi i przestronne lobby – bardziej hotelowe niż szpitalne. Tam, po kilku krokach wśród przestronnych, połyskujących korytarzy, trafiamy na oddział ratowniczy. Jest ładnie, czysto i nowocześnie – leczą się tu wyłącznie klienci prywatni lub z HMO – prywatnym pakietem medycznym. Istnieje także publiczna służba zdrowia PhilHealth, obejmująca podstawowe pakiety, w większości jednak przypadków do badań czy zabiegów trzeba dopłacać. Ze względu na to, że pracowałem w filipińskiej firmie, posiadałem HMO i PhilHealth.
- Podróż na Filipiny: bilet w jedną stronę z Warszawy do Manili #1
- Manila – kontrast szklanych wieżowców i blaszanych dachów. Reportaż z Filipin #2
- Korek po filipińsku. Tak wygląda najgorszy traffic świata #3
- Jak wyglądają więzy rodzinne na Filipinach? Blaski i cienie filipińskiej kultury #4
- Wynajem skutera w Azji: ryzyko, wypadki i pułapki dla turystów #5
Po godzinie oczekiwania przyszedł do mnie lekarz i zdiagnozował mnie na korytarzu. Zaprosił na rentgen – wielokrotne złamanie. Po godzinie nadchodzi kolejna, znów korytarzowa konsultacja – „może pan albo nosić temblak, albo przejść operację. Wyjdzie na to samo. Zalecam jednak konsultację z doktorem Marquezem jeszcze jutro”. Trochę nie rozumiem, dlaczego jutro, skoro można by dziś, i po co operacja, skoro temblak wystarczy, ale tu właśnie otwiera się prywatny sektor medyczny i te nie do końca precyzyjne odpowiedzi miały mnie właśnie ku niemu skierować.
Nie mam jednak czasu ani ochoty na takie podchody, wszak wyniosłem się na prowincję i niezbyt wygodnie mi, bo nie dość, że brak lokum w Manili, to jeszcze jakby prawa ręka mi nie działa. Słyszę, jak chrupocze, i czuję, jak kości ocierają się o siebie, niczym zapadki chcące wskoczyć na odpowiednie miejsca.
Wracam znów na prowincję, z dziewczyną w formacie pielęgniarki, bo tu co trzecia jest pielęgniarką, i jeśli kariera dla Filipinki, to albo korpo, albo ulica, albo pielęgniarka właśnie i emigracja do USA. Wracam i tak pokrzywdzony liżę rany w domku z bambusa.


