Reklama
Reklama
Zdrowie

Dziś oszczędzamy, jutro będziemy wyć

W systemie ochrony zdrowia nigdy nie było tak źle. Narodowy Fundusz Zdrowia jest bankrutem, wielu szpitalom powiatowym grozi zamknięcie. Rządzący tną liczbę badań i zabiegów, nazywając to reformą. Specjaliści używają innego słowa: zapaść.

Jakub Styczyński
Felieton autorstwa: Jakub Styczyński
Dzisiaj 06:06
5 min
Aktualizacja: Dzisiaj 10:14
Od lewej: prezes NFZ Filip Nowak, prezes Lux Med Anna Rulkiewicz, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. (fot. Łukasz Gągulski / PAP)

Reklama

Osiem godzin czekała 20-letnia Julia na miejsce na oddziale intensywnej terapii. Nie przeżyła.


Reklama

Ponad dobę 15-letnia Ola czekała na proste USG. Po badaniu było już za późno, by uratować jej jajowód.

We wszystkich województwach karetki dojeżdżają do pacjentów później niż nakazuje prawo. A kolejki do specjalistów i poradni dramatycznie rosną.

W medycynie nie zawsze się wygrywa. Jeżeli jednak o życiu i śmierci przesądzają złe decyzje, trudno nie czuć rozgoryczenia.


Reklama

Ministerstwu Zdrowia i Narodowemu Funduszowi Zdrowia nie udało się ograniczyć kosztów wynagrodzeń ani przeprowadzić sensownej reformy. Oszczędności znaleźli, ograniczając dostęp do badań wykrywających najpoważniejsze choroby. Rozważane jest też limitowanie wizyt do niektórych specjalistów.


Reklama

Szefowa resortu zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda oraz prezes NFZ Filip Nowak twierdzą, że to wszystko „dla dobra pacjentów”. Przekonują, że jesteśmy w trakcie trudnej i potrzebnej reformy, a kto ją krytykuje, ten jest populistą.

Gdy proszę MZ i NFZ o udostępnienie analiz i danych, które uzasadniałyby wprowadzane zmiany, nie dostaję nic.

Resort zdrowia doświadcza potężnego kryzysu wizerunkowego. MZ prowadzi w mediach społecznościowych kampanię pt. „Stop dezinformacji”. Każdy post zamieszczony przez ministerstwo spotyka się z krytyką ekspertów, którzy… wytykają dezinformację resortowi.


Reklama

Oczywiste jest, że wiele badań w Polsce robi się bez sensu np. dla bezpieczeństwa prawnego lekarza, albo zwyczajnie dla kasy. Takie przypadki trzeba kontrolować i nakładać kary. Jednak ograniczając wszystkim liczbę badań, nie pozbywamy się patologii. Po prostu szybciej zabraknie terminów – także dla tych, którzy naprawdę ich potrzebują.


Reklama

Za kilka lat będziemy się dziwili, skąd nagły wysyp nowotworów, także u młodych ludzi. U nich coraz częściej widuje się przypadki bardzo agresywnego raka żołądka, który można wykryć prostą gastroskopią. To jedno z badań ograniczanych przez NFZ.

Rządzący przekonują, że w przypadku podejrzenia nowotworu, limity nie obowiązują. Kłopot w tym, że wielu pacjentów nie trafia na szybką ścieżkę diagnostyki onkologicznej. A leczenie zaawansowanego raka kosztuje krocie i często jest nieskuteczne.

Ale niektórym limity pasują. Tam, gdzie w systemie ochrony zdrowia jedni obrywają, inni zarabiają. Nie inaczej będzie w tym przypadku. Wprowadzone ograniczenia np. w liczbie badań wzmacniają duże placówki. Im jeszcze łatwiej będzie konkurować z mniejszymi jednostkami.


Reklama

Prywatne sieci medyczne też zacierają ręce, bo im mniej terminów na NFZ, tym więcej klientów zdecyduje się zapłacić za badanie z własnej kieszeni. Kogo nie stać, ten będzie musiał czekać w kolejce (o ile doczeka).


Reklama

Szpitale powiatowe protestują. Prezes ich ogólnopolskiego związku Waldemar Malinowski powiedział, że do wakacji szpitali powiatowych może już nie być.

Dyrektorzy lecznic słyszą od Ministerstwa Zdrowia, że jeśli nie są w stanie utrzymać szpitali, to mogą połączyć się z innymi placówkami. To tak zwana konsolidacja. Resort przekonuje, że da na ten cel pieniądze.

Marta Nowacka ze śląskiego związku szpitali powiatowych mówiła podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, że większość placówek jest tak zadłużona, że nie doczeka końca procesu konsolidacji.


Reklama

„Zamiast nas dowieźć łódką do brzegu, rzuca się nam kawałek deski, jednocześnie okładając wiosłem po głowie.”

Marta Nowacka, prezes zarządu Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego


Reklama

Na alarm biją też młodzi lekarze. Mówią, że bez wykonywanych badań i zabiegów nie znajdują miejsc do zdobywania doświadczenia. A przecież to od ich wprawy będą zależeć wyniki leczenia pacjentów w kolejnych kilku dekadach.

W wywiadzie z minister zdrowia Jolantą Sobierańską-Grendą zapytałem ją, ile osób umrze z tego względu, że premier Donald Tusk boi się podnieść składkę zdrowotną, a minister finansów Andrzej Domański głodzi Narodowy Fundusz Zdrowia.

Odpowiedziała, że „nigdy nie powinniśmy tak mówić”. Dobrze. Możemy nic nie mówić. Tyle że za jakiś czas przyjdzie nam już tylko wyć z rozpaczy.


Reklama

Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego zapaści w ochronie zdrowia: