Reklama
Reklama
Zdrowie

Państwo oszukało młodych lekarzy. „Uczymy się bezsilności”

Przekroczyliśmy takie granice absurdu, że Ministerstwo Zdrowia bez cienia żenady mówi o tym, by szkolenie z anestezjologii i intensywnej terapii robić w szpitalach, gdzie… nie ma oddziału intensywnej terapii. Studentom sprzedano wizję, że będą mogli uczyć się medycyny i pomagać ludziom. Rządzący są na dobrej drodze, by z tej obietnicy zrobić fikcję.

Sebastian Goncerz
Felieton autorstwa: Sebastian Goncerz
Dzisiaj 06:04
5 min
Aktualizacja: Dzisiaj 10:14
(fot. Jorge Salmeron / Shutterstock)

Reklama

Po latach nauki zdobywa się upragnione prawo wykonywania zawodu lekarza. Po latach nauki ma się ambicję, zapał, pasję do medycyny i chęć wykorzystania zdobytej wiedzy do niesienia pomocy innym. I właśnie wtedy przychodzi zderzenie z tym, jak naprawdę wygląda system ochrony zdrowia. 


Reklama

Próżno szukać w podręcznikach medycyny informacji o wszystkich patologiach, z którymi przychodzi się mierzyć na początku swojej kariery zawodowej. 

Nikt nie napisał, że co piąty rezydent psychiatrii będzie miał 300 pacjentów pod opieką na dyżurze.

Nie mówił, że 80 proc. czasu spędzimy nie z pacjentem, lecz na wypełnianiu dokumentacji.


Reklama

Nie uprzedzał, że dobre praktyki i standardy często istnieją wyłącznie na papierze.


Reklama

Na studiach nie było zajęć z tego, jak radzić sobie z poczuciem bezsilności wobec systemu.

Do pewnego stopnia takie odczucia od zawsze towarzyszyły medykom wchodzącym do zawodu (nie tylko lekarzom, również pielęgniarkom czy ratownikom medycznym).

Po raz pierwszy mamy do czynienia z innym problemem. Mianowicie przyszli chirurdzy trafiają na oddział, by zdobywać doświadczenie, a dostają do zrobienia dwa zabiegi na krzyż. Dlaczego? Bo limit ich wykonywania przekroczono miesiąc wcześniej.


Reklama

Od starszych kolegów słyszy się, że jeszcze kilka lat temu blok operacyjny pracował niemal bez przerwy. Często popołudniami, żeby nadrobić zabiegi, żeby zmniejszyć kolejki. Dziś zabiegi się wstrzymuje i przekłada na kolejny rok rozliczeniowy.


Reklama

Ktoś powie: zawsze tak było. To prawda, ale nigdy nie działo się to w pierwszym kwartale roku.

W lutym i marcu 2026 r. słyszeliśmy np. o oddziale ortopedii w Lublinie, który wykorzystał cały przydział zabiegów na ten rok. Kilka miesięcy później oddział został zlikwidowany, a pacjenci musieli szukać pomocy gdzieś indziej. Co z młodymi lekarzami, którzy poszli tam się szkolić? Nikt o nich nie zadbał, a przecież to oni mają nas leczyć przez kolejnych kilka dekad.

Im mniej badań, tym mniej zabiegów. Im mniej zabiegów, tym trudniej o zdobywanie doświadczenia. Samo przeczytanie podręcznika z medycyny nie wystarcza – potrzebny jest regularny trening. Niedoświadczony, niepewny siebie i zestresowany lekarz równa się gorsza jakość i mniejsze bezpieczeństwo (zarówno dla medyka, jak i pacjenta).


Reklama

To, że ktoś jest dobrym chirurgiem, w dużej mierze zależy od tego, ile operacji wykonał. Dobry psychiatra ma za sobą tysiące rozmów z pacjentami. Najlepszy radiolog to taki, który ocenił tysiące tomografii i wykonał dziesiątki tysięcy badań USG. Przy cięciach, zamykaniu oddziałów i szpitali zdobycie takiej praktyki będzie niemożliwe.


Reklama

W ostatnich latach znacząco wzrosła liczba studentów medycyny. Na pierwszym roku kierunku lekarskiego jest 11 tys. miejsc. To dwa razy więcej niż dekadę temu. Co czeka młodych lekarzy, skoro rządzący nie mają na nich pomysłu, a stare i sprawdzone ścieżki się zacierają?

Ministerstwo Zdrowia, w imię oszczędności, skraca staże podyplomowe. Stwierdza, że młodzi medycy nie muszą zdobywać doświadczenia w szpitalach wykonujących najtrudniejsze procedury medyczne.

Wiceminister Katarzyna Kęcka na naszą krytykę jej pomysłów odpowiedziała, że „życie nie zawsze sprosta oczekiwaniom, więc trzeba się pogodzić z tym, że się tego nie nauczymy”. Kurtyna.


Reklama

Przekroczyliśmy takie granice absurdu, że Ministerstwo Zdrowia bez cienia żenady mówi o tym, by szkolenie z anestezjologii i intensywnej terapii robić w szpitalach, gdzie… nie ma oddziału intensywnej terapii. Mam nadzieję, że nie tylko my dostrzegamy zagrożenia dla przyszłych pacjentów płynące z tego typu zmian.


Reklama

Idziemy bowiem w kierunku opieki zdrowotnej, która będzie wydmuszką. Wkrótce będziemy zapewniać tylko absolutne minimum. Dla pacjentów to katastrofa.

Dla lekarzy oznacza to wypalenie zawodowe, niepewność, brak doświadczenia, zmarnowany potencjał. I pojawiające się uczucie, że być może państwo ich po prostu oszukało.

Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego zapaści w ochronie zdrowia:


Reklama

Sebastian Goncerz
Sebastian GoncerzLekarz rezydent psychiatrii, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL