Każdy ból brzucha przypomina dziś Oli koszmar, który przeżyła w ubiegłym roku w dolnośląskim szpitalu. Przypomina godziny oczekiwania na podstawowe badania oraz konsultacje, zwijanie się z boleści na podłodze i słowa mamy, która musiała jej jakoś przekazać, że 15-latka straciła jajowód. A wraz z nim połowę szans na to, że kiedykolwiek zostanie matką.

- 15-latka z ostrym bólem brzucha przez godziny czekała na diagnozę. Mimo nasilających się objawów nikt nie wykonał podstawowego badania, jakim w takich przypadkach jest USG.
- Kolejne oddziały odsyłały ją między sobą. Kluczowa konsultacja ginekologiczna odbyła się po ponad dwóch dobach od przyjęcia.
- Dopiero po transporcie do innego szpitala zapadła decyzja o operacji. Wcześniejsze działania ograniczały się głównie do obserwacji i leczenia objawów.
- Ostatecznie nastolatka straciła jajowód.
– Uratowalibyśmy jajowód, gdyby córka trafiła do nas dwa dni wcześniej – te słowa w 2025 r. słyszy Kinga Mucha, matka wówczas 15-letniej Oli, od lekarza po operacji córki.
Problemy ginekologiczne nastolatki zaczęły się jednak wcześniej. W wieku 13 lat wykryto u niej torbiel jajnika. Najpierw była diagnostyka prywatna, bo – jak mówi Zero.pl jej mama – próba przejścia zwykłą ścieżką przez POZ oznaczałaby tłumaczenie się ze wszystkiego i walkę o skierowanie.
– To pokazuje systemowy problem: rodzice dzieci z realnymi objawami często od razu – jeśli tylko mogą sobie na to pozwolić – uciekają w prywatną diagnostykę, bo nie wierzą, że ta dostępna na NFZ zadziała dostatecznie szybko – ocenia Kinga Mucha.
Wtedy udaje się znaleźć lekarza w innym szpitalu. Torbiel rośnie szybko, planują zabieg, ale wcześniej pęka samoistnie. Operacja nie jest potrzebna, wystarczy badanie.
Przez dwa lata jest spokój.
Problemy zaczynają się w piątek, 10 stycznia 2025 r. Ola mówi, że boli ją brzuch. W sobotę ból nie ustępuje, pojawiają się wymioty. W niedzielę nad ranem nastolatka budzi mamę z płaczem. Ból jest bardzo silny. Dziewczyna zaczyna gorączkować, nie może się wyprostować.
Rodzice nie czekają dłużej – 12 stycznia rano jadą z córką na SOR w dolnośląskim szpitalu.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego zapaści w ochronie zdrowia:
- Przegrany wyścig o życie. Karetki w Polsce nie dojeżdżają na czas
- Dziś oszczędzamy, jutro będziemy wyć
- Zawisza: Gdybym badała się według wytycznych rządzących, najpewniej bym już nie żyła
- To miał być rutynowy zabieg. Osiem godzin, które zabiły 20-letnią Julię
- Państwo skapitulowało. Prywatyzacja ruszyła, łomot dostają pacjenci
- „Zamykacie szpital? Świetnie!”. Jak rząd Tuska prywatyzuje ochronę zdrowia
- Państwo oszukało młodych lekarzy. „Uczymy się bezsilności”
- Lista hańby publicznego systemu ochrony zdrowia. 10 krytycznych obszarów
Nikt nie robi podstawowego badania
To właśnie tu zaczyna się najważniejsza część tej historii.
Podczas przyjmowania Oli na SOR pani Kinga mówi, że podejrzewa zapalenie wyrostka robaczkowego. Nie dlatego, że chce stawiać diagnozę za lekarza, tylko dlatego, że dziecko ma silny ból z prawej strony, wymioty i gorączkę.
– Reakcja osoby w okienku jest opryskliwa. Zamiast sprawnej ścieżki diagnostycznej, zrobili badanie palpacyjne brzucha i odesłali nas na doraźną pediatrię. Z jednego budynku do drugiego. Z chorym dzieckiem, które ledwo stoi na nogach – relacjonuje Kinga Mucha.
Na pediatrii lekarz znów bada brzuch palpacyjnie, czyli po prostu go uciska, starając się ocenić stan organów wewnętrznych i zlokalizować źródło bólu. Zleca badania krwi i moczu. Rodzina ma czekać na korytarzu na wyniki. W tym czasie stan Oli się pogarsza. Wymiotuje coraz częściej. Nie daje rady siedzieć na krześle. Kuli się na podłodze poczekalni nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej. Matka prosi o pomoc.
Słyszy, że jeśli córka zemdleje, to wtedy można zawołać pielęgniarkę.
Na wyniki prostych badań muszą czekać długie trzy godziny. Lekarz mówi, że są dobre i „nic się nie dzieje”. Chce przepisać środki przeciwbólowe i odesłać 15-letnią pacjentkę do domu. Zmienia zdanie dopiero wtedy, gdy widzi Olę osobiście – bladą, słaniającą się na nogach, świeżo po kolejnych wymiotach.
Wtedy kieruje ją na chirurgię dziecięcą.
– I tu wraca najważniejsze pytanie: dlaczego przez cały ten czas nikt nie zrobił USG? Przecież to powinno być podstawowe badanie – zastanawia się pani Kinga.
Matka ma przy sobie dokumentację wcześniejszego leczenia córki. Pokazuje ją na każdym etapie konsultacji. Wie, że torbiel sprzed dwóch lat to istotny trop. – Lekarze mogli to uwzględnić. Nie zrobili tego, a przecież takie zmiany lubią nawracać – mówi.
Decyzja odroczona w czasie
Na chirurgii dziecięcej scenariusz się powtarza. Znów tylko badanie palpacyjne, znów uciskanie obolałego brzucha i znów brak badania obrazowego.
Tym razem pada sugestia, że to pewnie jelitówka, bo dziecko dużo wymiotuje. Chirurg dziecięcy odsyła je na pediatrię, pediatra – na chirurgię. Uciekają kolejne cenne godziny. Ostatecznie Ola zostaje przyjęta na oddział pediatryczny. Jest niedzielne popołudnie, 12 stycznia. Znów ma czekać. Tym razem na konsultację ginekologiczną.
– Do poniedziałku nie działo się nic. W poniedziałek po godzinie 10 córkę zabrano na USG i po nim powiedziano mi, że będzie mieć konsultację dopiero kolejnego dnia, bo ginekolog potrzebuje wyników badań krwi, choć nie wspomniano – jakich. Badań krwi do wykonania USG? Trochę mnie to zdziwiło. Dodam, że ginekologia jest w tym samym budynku. Nie rozumiem, dlaczego musiałyśmy czekać dobę – podkreśla Kinga.
Duża zmiana w okolicy jajnika
Pierwsze badanie USG wykonano Oli dopiero w poniedziałek około południa, czyli ponad dobę od przyjazdu na SOR. „W miednicy małej widoczna torbiel o objętości 190 ml, z przegrodą. Ściany torbieli mają grubość do 6 mm” – czytamy w dokumentacji.
Drugie – 24 godziny później – zrobi ginekolog.
15-latka jest już tak słaba, że trzeba ją wieźć na wózku.
Badanie pokazuje dużą zmianę przed macicą. Tak rozległą, że zasłania inne organy. Ola zaczyna płakać.
„Zmiana torbielowata wielkości 70,59 mm. Nie potrafię ocenić, z którego jajnika” – widnieje w opisie USG wykonanego przez ginekologa.
– To moment, w którym wszystko powinno przyspieszyć. Jest punkt zaczepienia, wynik obrazowy i moje dziecko z silnym bólem, narastającymi objawami i wyraźnym pogorszeniem stanu zdrowia – mówi Kinga Mucha.
Kobieta podkreśla, że ginekolog wykonał jej córce wyłącznie USG. – Nie patrzył na wyniki badań krwi, a przecież to przez zlecenie ich wykonania konsultacja opóźniła się o dobę.
– Poza tym czekanie na wyniki krwi ponad dobę? Szpital ma przecież własne laboratorium, więc musiały być dostępne szybciej.
Operacja jest konieczna. Ale nie tutaj
Wreszcie lekarz potwierdza: operacja jest konieczna. Zaraz potem zastrzega, że zabieg zostanie przeprowadzony w innym szpitalu, bo dziewczynka nie ma jeszcze 16 lat. Musi ją operować specjalista w innym szpitalu.
– Czyli po ponad dwóch dobach od przyjazdu do szpitala wracamy właściwie do punktu wyjścia. Znowu chirurgia dziecięca i pytanie, kto ma się tym zająć. Znowu przerzuca się odpowiedzialność, tyle że teraz jest już naprawdę późno – zauważa mama nastolatki.
Transport do innego szpitala
W tej historii Kinga Mucha stawia wyraźne rozgraniczenie: bardzo wyraźnie mówi, że nie ma pretensji do całej pediatrii. Podkreśla, że lekarki i pielęgniarki na oddziale naprawdę chciały pomóc. Zaglądały do dziecka, interesowały się jego stanem, robiły, co mogły.
Tylko że próbowały nieść pomoc wewnątrz systemu, który odebrał im narzędzia do szybkiego działania. W rzeczywistości, w której 15-latka z historią torbieli i silnym bólem brzucha musi czekać na zwykłe USG ponad dobę.
Przełom następuje dopiero po interwencji ordynatorki chirurgii dziecięcej. To ona organizuje transport do innego szpitala i znajduje lekarza, który podejmie się operacji. Dziewczyna trafia na oddział chirurgii i urologii dziecięcej.
Kinga Mucha: – Czyli kolejny raz decyduje nie sprawna procedura, tylko konkretna osoba, która bierze odpowiedzialność na siebie.
„Musieliśmy usunąć jajowód”
Do innego szpitala Ola trafia we wtorek, 14 stycznia, około godziny 17. Tam znowu jest badana, robią jej USG.
Decyzje zapadają szybko. Jeszcze tego samego wieczoru 15-latka znajduje się na bloku operacyjnym. Warto podkreślić, że oba szpitale należą do systemu publicznej ochrony zdrowia. Nie mówimy tu o różnicy między placówką prywatną a państwową.
– W drugim szpitalu nikt nie czekał kolejnej doby na konsultację, nie odkładał operacji „na jutro”. Nikt nie mówił, że może najpierw jeszcze coś sprawdzimy za kilka godzin – podkreśla pani Kinga.
Ola jest operowana od razu.
Zabieg trwa dłużej niż zapowiadano – około czterech godzin. Pani Kinga czeka przed salą. Jest w kontakcie z bliskimi, próbuje zając czymś myśli. Lekarz wychodzi do matki i przeprasza.
– Powiedział: „Musieliśmy usunąć jajowód. Gdyby córka trafiła do nas dwa dni wcześniej, uratowalibyśmy go”. Poczułam obezwładniający żal.
Okazuje się, że wcześniejsze rozpoznanie nie było trafne. Torbiel nie znajdowała się na jajniku, lecz na jajowodzie. Skręciła się wokół niego, odcięła przepływ krwi, doszło do martwicy. W jamie brzusznej zaczął już gromadzić się płyn. Chirurdzy musieli nie tylko usunąć martwy jajowód, lecz także oczyścić jamę brzuszną.
– Te dwa dni, o których mówił lekarz, nie zniknęły same. Odebrano nam je brakiem USG w niedzielę, odsyłaniem między oddziałami, błędnym tropem jelitówki, przesunięciem konsultacji ginekologicznej o dobę – wylicza Kinga Mucha.
– Moja córka bezpowrotnie utraciła połowę szans na zajście w przyszłości w ciążę. Dziś każdy ból brzucha przypomina jej o tym, co przeszła, wzbudza niepokój. A ja mam w głowie te dwa dni, które przesądziły o usunięciu jajowodu.
