Przepisy określają, jak szybko pogotowie powinno dotrzeć do pacjenta. W żadnych z 16 województw normy nie są przestrzegane – wynika z ustaleń Zero.pl. Sytuacja w ciągu kilku lat pogorszyła się dramatycznie.

- Jeszcze dekadę temu karetki dojeżdżały na czas w większości województw. Dziś normy przekroczone są we wszystkich.
- Opóźnienia są powszechne. Niemal 30 proc. karetek dociera po maksymalnym dopuszczalnym czasie przewidzianym przez ustawodawcę.
- W niektórych regionach sytuacja jest wręcz dramatyczna. Na Dolnym Śląsku opóźnienia dotyczą aż 43,7 proc. wyjazdów.
- Brakuje zespołów i sprawnej organizacji. System jest tak dziurawy, że do reanimacji wysyła się strażaków, a w tym samym czasie do złamanej ręki leci śmigłowiec ratunkowy, bo tylko on jest wolny w okolicy.
To, co jeszcze niedawno było standardem w polskim systemie ratownictwa medycznego, dziś jest nieosiągalne. Mowa o czasach dojazdów karetek do pacjentów potrzebujących pilnej pomocy. Każda minuta spóźnienia może mieć tragiczne konsekwencje.
W Polsce istnieją bardzo precyzyjne przepisy dotyczące czasu oczekiwania na karetkę. Najprościej rzecz ujmując: pogotowie powinno dotrzeć typowo w ciągu 8 minut w miastach powyżej 10 tys. mieszkańców i 15 minut poza nimi. Maksymalny czas dojazdu nie powinien przekraczać odpowiednio 15 i 20 minut. Ustawodawca uznał, że to absolutne maksimum, by pomoc pacjentom była realna, a nie teoretyczna.
Tyle teorii. A jak jest w praktyce? Dramatycznie. W żadnym z 16 województw nie osiągnięto ustawowego celu dla miast powyżej 10 tys. mieszkańców. Podczas gdy jeszcze dekadę temu karetki dojeżdżały zgodnie z przepisami w 14 z 16 województw.
Wówczas najgorsze czasy dojazdów w większych miastach notowano w Mazowieckiem (8 min 50 s) oraz Śląskiem (9 min 1 s). Dziś takie wyniki byłyby uznawane za jedne z najlepszych.
Według najnowszych dostępnych danych (dla części województw to 2025 r., a dla części 2024) typowy czas dojazdu wyniósł 8 minut i 53 sekundy w województwie warmińsko-mazurskim. Na przeciwległym biegunie znalazło się województwo dolnośląskie z niechlubnym rekordem wynoszącym 12 minut i 57 sekund.
Podobny spadek dostępności karetek zanotowano poza miastami. W 2016 r. pogotowie dojeżdżało na czas we wszystkich województwach. Teraz wymogi spełniają zaledwie trzy: kujawsko-pomorskie, małopolskie oraz podkarpackie (ale w tych województwach normy nie są spełnione dla dojazdu w miastach, więc i tak województwa te nie realizują ustawowych wymogów).
Mówiąc wprost: system ratownictwa medycznego nie działa tak, jak byśmy tego chcieli i jak nakazuje prawo.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego zapaści w ochronie zdrowia:
- Dziś oszczędzamy, jutro będziemy wyć
- Zawisza: Gdybym badała się według wytycznych rządzących, najpewniej bym już nie żyła
- To miał być rutynowy zabieg. Osiem godzin, które zabiły 20-letnią Julię
- Państwo skapitulowało. Prywatyzacja ruszyła, łomot dostają pacjenci
- Wystarczyło USG, ale był weekend. 15-latka zwijała się z bólu, kazano czekać
- „Zamykacie szpital? Świetnie!”. Jak rząd Tuska prywatyzuje ochronę zdrowia
- Państwo oszukało młodych lekarzy. „Uczymy się bezsilności”
- Lista hańby publicznego systemu ochrony zdrowia. 10 krytycznych obszarów
Zaniedbania kosztują życia
A co z maksymalnym czasem dojazdu karetek, czyli tym absolutnym maksimum, by pacjent mógł liczyć na pomoc? Tu jest niewiele lepiej. Normy są przekraczane w niemal 30 proc. przypadków.
W województwie dolnośląskim w 2024 r. maksymalny czas dojazdu przekroczono w 43,7 proc. przypadków. Najlepiej wypadły województwa: podkarpackie i kujawsko-pomorskie, gdzie odsetek ten wynosił 16,5 proc. oraz 17,5 proc.
Jak te wszystkie statystyki przekładają się na dostępność pomocy dla pacjentów? Wystarczy przytoczyć kilka historii obrazujących powagę sytuacji.
W listopadzie 2025 r. rybnicka straż pożarna poinformowała, że w odstępie zaledwie kilku dni odnotowała dramatyczne braki w dostępności zespołów ratownictwa medycznego. Strażacy ratowali wówczas 61-letnią kobietę w Lyskach a dwa dni później – 73-latkę w Rybniku. W obu przypadkach zabrakło dla nich wolnych karetek. Skutek? Obie pacjentki zmarły.
O kłopotach w Rybniku strażacy mówili już wcześniej. W lutym 2025 r. lokalny radny Damian Twardawa alarmował, że 130-tysięczne miasto ma do dyspozycji zaledwie pięć karetek.
W powiecie rybnickim typowy czas dojazdu w miastach (powyżej 10 tys. mieszkańców) wyniósł w 2024 r. 13 minut i 38 sekund, a maksymalny ustawowy czas oczekiwania przekroczono w blisko 41 proc. wezwań.
Za mało rąk do pracy
Z czego wynikają tak duże i liczne opóźnienia? Problem jest złożony, ale najprostsza przyczyna jest taka, że zespołów ratownictwa medycznego jest po prostu zbyt mało. Doskonale obrazuje to liczba interwencji przypadających na jeden zespół.
Rekordziści wykonywali w 2025 r. ponad 10 wyjazdów w ciągu doby. Tak obciążonych zespołów mamy w kraju 25, a w niechlubnej pierwszej czwórce znalazły się aż trzy ekipy z Sosnowca. W tym mieście 44 proc. wyjazdów pogotowia przekracza maksymalny dopuszczalny czas.
– Głównie problemem jest brak wolnych zespołów – mówi Zero.pl Kacper Mazurkiewicz, ratownik medyczny pracujący na Dolnym Śląsku.
– Dyspozytorzy w niesamowitej większości nie wysyłali zespołu w ustawowym czasie. Dlaczego? Bo nie mieli kogo wysłać – dodaje Mazurkiewicz.
Jeden z ratowników opowiada nam, że pamięta zgłoszenie do pacjenta z zatrzymaniem krążenia, które otrzymał godzinę po wezwaniu karetki u dyspozytora. Znacznie szybciej z pomocą dotarli strażacy. Dzięki nim pacjent jeszcze żył, gdy pogotowie wreszcie dojechało na miejsce wezwania.
– System jest tak dziurawy, że do reanimacji wysyła się strażaków, a w tym samym czasie do złamanej ręki leci śmigłowiec ratunkowy, bo tylko on jest wolny w okolicy – mówi inny ratownik medyczny w rozmowie z Zero.pl.
O zdanie zapytaliśmy dr. n. med. Jacka Wawrzynka, ratownika medycznego i prezesa Fundacji Świadomy Medyk. Według niego należy skupić się na bardziej efektywnym wykorzystaniu karetek oraz pracującego w nich cennego personelu. Przykładowo nie powinno się ich traktować jak taksówek do przewożenia pacjentów pomiędzy szpitalami.
Wąskie gardło na osiedlach i przedmieściach
Problemy narastają w miastach, gdzie przybywa mieszkańców. Przykładowo system nie nadąża za dynamicznie rozwijającymi się przedmieściami miast takich jak Wrocław.
Dostępność karetek pogarsza się także dlatego, że ulice polskich miejscowości są coraz bardziej zatłoczone, a kierowcy niewłaściwie przepuszczają pojazdy uprzywilejowane. Opowiada nam o tym Artur Niczyporuk, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego SP ZOZ w Lublinie.
Wymienia on także problemy z coraz liczniejszymi blokadami na osiedlach oraz zakorkowane uliczki osiedlowe, przez co utrudniony jest dojazd możliwie blisko miejsca zgłoszenia.
Powiedzmy sobie szczerze: to wszystko prawda. System nie działa jednak w próżni i powinien reagować na zmieniające się warunki. Jako społeczeństwo umówiliśmy się na to, by karetki dojeżdżały w określonym czasie do poszkodowanych. Dziś tego nie robią.
System sam wypycha pacjentów do karetek
Zauważalną kwestią stał się inny problem – nieuzasadnione wezwania karetek. Ludzie coraz częściej nie są w stanie dostać się w rozsądnym terminie do lekarza, więc wzywają karetkę.
Medycy mówią brutalnie: jeśli możesz dojść na SOR o własnych siłach, to najpewniej karetka nie jest ci potrzebna. Niemal połowa wszystkich poszkodowanych obsługiwanych przez zespoły pogotowia ratunkowego nie znajdowała się w stanie nagłego zagrożenia.
Trudno mieć pretensje do większości tych pacjentów, skoro system ochrony zdrowia jest niewydolny i, mówiąc nieco kolokwialnie, wpycha Polaków do karetek.
Słaba dostępność opieki ambulatoryjnej sprawia, że np. pacjent z rwą kulszową, czekający miesiącami w kolejce do specjalisty, ma już takie problemy z codziennym funkcjonowaniem, że nierzadko decyduje się na wezwanie ratowników medycznych.
Podobnie uzyskanie skierowania i terminu badania tomografem komputerowym, rezonansem magnetycznym czy na kolonoskopię jest coraz trudniejsze. Pogotowie i oddział szpitalny to najszybsza droga do diagnostyki, na którą w innych warunkach czeka się miesiącami.
Zdarzają się więc pacjenci, którzy wzywają karetki i udają, że ich stan jest poważniejszy, niż jest. Nierzadko ratownicy przyjeżdżają też do – jak się okazuje na miejscu – „chorujących na kaca”.
– Mniej niż 10 proc. moich wyjazdów to realne ratowanie życia – przyznaje Kacper Mazurkiewicz. Według niego większość pacjentów powinna skorzystać z podstawowej opieki zdrowotnej (zarówno dziennej, jak i nocnej) lub ambulatoriów urazowych. Tych ostatnich jest jednak bardzo mało.
Kłopot nieuzasadnionych wezwań nie jest kluczowy, ale widocznie narasta – zwłaszcza od czasu pandemii COVID-19.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2019 r. odsetek nieuzasadnionych wyjazdów do pacjentów wynosił 20,9 proc. Gdy w 2020 r. system ochrony zdrowia doświadczył kryzysu, odsetek wzrósł do 55,9 proc. Potem niewiele zmalał – w 2025 r. do 52,4 proc.

