Chyba nikogo nie przekonam, że sytuacja w systemie ochrony zdrowia jest dobra. Jest po prostu zła. Bardzo często widzę komentarze typu: „gdzie w takim razie są strajki lekarzy?”. Szanowni Państwo, żadnych strajków nie będzie. Czemu?
Bo w Polsce panuje prosta zasada: im gorzej w publicznym systemie ochrony zdrowia, tym lepiej w prywatnym. Dlaczego? Bo pacjenci, jeśli nie dostaną się na diagnostykę lub leczenie finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, nie znikają, lecz szukają pomocy w sektorze prywatnym. Oczywiście z wyjątkiem tych, których nie stać i umrą w kolejkach.
Jesteśmy teraz świadkami tego, jak państwo krok po kroku oddaje publiczną ochronę zdrowia walkowerem. Wszystkie ostatnio wprowadzone zmiany pozwalają mi postawić tezę, że mamy w tej chwili do czynienia z pełzającą prywatyzacją wynikającą z bezczynności Ministerstwa Zdrowia i rządu. A także z siły korporacji – izb lekarskich, związków zawodowych, prywatnych sieci medycznych i samorządów, które potrafią walczyć o swoje.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego zapaści w ochronie zdrowia:
- Przegrany wyścig o życie. Karetki w Polsce nie dojeżdżają na czas
- Dziś oszczędzamy, jutro będziemy wyć
- Zawisza: Gdybym badała się według wytycznych rządzących, najpewniej bym już nie żyła
- To miał być rutynowy zabieg. Osiem godzin, które zabiły 20-letnią Julię
- Wystarczyło USG, ale był weekend. 15-latka zwijała się z bólu, kazano czekać
- „Zamykacie szpital? Świetnie!”. Jak rząd Tuska prywatyzuje ochronę zdrowia
- Państwo oszukało młodych lekarzy. „Uczymy się bezsilności”
- Lista hańby publicznego systemu ochrony zdrowia. 10 krytycznych obszarów
Temat poboczny
Wystarczy zadać proste pytanie: jak to się dzieje, że co roku rosną nakłady na ochronę zdrowia, a sytuacja wcale się nie polepsza? Przecież ochrona zdrowia znajduje się, jeśli nie na pierwszym miejscu, to z pewnością w ścisłej czołówce tematów uznawanych przez polskich wyborców za najpilniejsze. Ale nie dla rządzących – dla nich jest tematem pobocznym.
Niektórzy uważają, że to celowe działanie. Wszak jedna z sieci medycznych jest sponsorem Campus Polska, czyli politycznego projektu Rafała Trzaskowskiego z Koalicji Obywatelskiej.
Być może powstał plan zohydzenia publicznej ochrony zdrowia? Ludzie mogą pomyśleć, że skoro płacą składki i nie dostają leczenia, to lepsza już jest prywatyzacja systemu. I zaczną na nią nalegać. Politycy spełnią życzenie i wypomną obywatelom: „sami tego chcieliście”.
Ja uważam, że to, co dziś dzieje się w ochronie zdrowia, jest wynikiem dwóch wypadkowych: polityki pudrowania trupa oraz mechanizmu przeniesienia agresji.
Pudrowanie trupa
Już kilka lat temu było wiadomo, że sytuacja Narodowego Funduszu Zdrowia będzie się pogarszać. W tym roku chyba po raz pierwszy faktycznie dochodzimy do ściany.
Koalicja rządząca nie miała ochoty ani wewnętrznej zgody na trudną reformę, która naprawiłaby system ochrony zdrowia. Koalicjanci proponowali wykluczające się wzajemnie pomysły na ten sektor. Ministerstwo Zdrowia nie dostało zaś od premiera i Ministerstwa Finansów politycznego i finansowego wsparcia dla własnych reform.
Co więc zrobiono? Najpierw powołano resort zdrowia złożony z członków poszczególnych partii rządzących. Każdy z ministrów próbował przeforsować obiecane wyborcom pomysły zgodne z programem partii. Efekt był taki, że Izabela Leszczyna z KO podkreślała w mediach, iż to ona jest ministrem zdrowia, a zapowiedzi jej wiceministrów niekoniecznie zostaną wdrożone.
W pewnym momencie rząd – pomimo braku nowej strategii dla sektora zdrowia – uznał, że ministerstwo trzeba zbudować na nowo. Powołano resort składający się z ekspertów, a nie polityków. Jak taka zmiana została oceniona?
Zacytuję Marię Ochman, przewodniczącą Solidarności Ochrony Zdrowia: „Wy po prostu nic nie robicie” – powiedziała Ochman do wiceminister zdrowia Katarzyny Kęckiej podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych.
Patrzę na to trochę inaczej. Ministerstwo szamoczące się bez jasnej koncepcji zamieniono w ministerstwo trwające. Oba składy resortu zdrowia – poprzedni i obecny – łączy właśnie jedno: pudrowanie trupa. Z przerwami na gaszenie pojawiających się w systemie pożarów. Czyli robi się dokładnie to samo, co w MZ zarządzanym przez poprzednie rządy.
Taka strategia przez wiele lat była wystarczająca. Ale już wystarczająca nie jest. Pudrowaniem trupa nie uda się utrzymać NFZ i szpitali przy życiu nawet do najbliższych wyborów parlamentarnych w 2027 r.
Obecne Ministerstwo Zdrowia, pod kierownictwem Jolanty Sobierańskiej‑Grendy, za zgodą premiera Donalda Tuska, od początku o tym wiedziało.
Przypuściło ataki na wspomniane wcześniej korporacje: izby, związki zawodowe i samorządowców. Powiedziało wszystkim, że NFZ niedomaga finansowo, więc każdy musi zaakceptować cięcia, by wspólnie ratować publiczny system ochrony zdrowia.
Rzecz w tym, że gdy kołderka jest za krótka, to każdy mocno zaczyna trzymać swój róg i nie chce go nikomu oddać. Efekt jest taki, że Ministerstwo Zdrowia przegrało z korporacjami.
Przykłady? Wycofano się z propozycji zmiany waloryzacji wynagrodzeń dla medyków, bo nóżką tupnęły związki zawodowe.
Zrezygnowano z ograniczenia przywilejów ukraińskich lekarzy w dostępie do wykonywania zawodu w Polsce, bo sprzeciwiły się prywatne sieci medyczne oraz samorządowcy.
Nie wprowadzono limitów wynagrodzeń dla personelu medycznego, bo zaprotestowały izby lekarskie.
Mechanizm przeniesienia agresji
Po serii porażek z korporacjami MZ zaczęło szukać kogoś słabszego do spuszczenia łomotu, aby uratować finanse NFZ. A niestety w systemie ochrony zdrowia najsłabsi są pacjenci.
Oczywiście mami się ich narracją, że zmiany są wprowadzane dla ich dobra i bezpieczeństwa. Podkreśla się, że dzięki temu ograniczy się niebotyczne pensje lekarzy.
Z tych powodów od 1 kwietnia 2026 r. znacząco zmniejszono wyceny za diagnostykę obrazową i endoskopową po przekroczeniu liczby badań wskazanej w umowie z NFZ. Skutek? Co chwilę słyszymy, że pacjenci mają odwoływane badania i stają przed wyborem: czekać albo iść prywatnie.
Tymczasem cięcia w diagnostyce krytykują wszyscy: korporacje, media (nawet te przychylne rządowi), eksperci, pacjenci, dyrektorzy. Co więc zrobiło Ministerstwo Zdrowia? Otóż zaczęło tłumaczyć zmianę ochroną i bezpieczeństwem pacjentów przed nadmiernym promieniowaniem jonizującym.
Rzecz w tym, że tylko przy jednym z czterech ograniczonych badań występuje takie narażenie – w tomografii komputerowej. A ograniczono też rezonans, endoskopię i kolonoskopię.
Jeżeli chciano ograniczyć pensje lekarzy pracujących w publicznym systemie, ministerstwo może również ogłosić sukces. Jeśli nie będzie badań, to nie będzie przecież płatności dla medyków je wykonujących.
Sukces tym większy, że kilka miesięcy temu obniżono wyceny badań rezonansem magnetycznym i tomografem komputerowym (odpowiednio o 6,5 proc. i 5,4 proc.). Wtedy też mówiono o zbyt dużych pensjach lekarzy.
Tyle że brak badań nie jest zemstą na lekarzach. Oni po prostu pójdą pracować do miejsc, które mają lepszy kontrakt z NFZ, albo do sektora prywatnego.
Stracą pacjenci, którzy nie będą mieli diagnostyki pozwalającej na wczesne wykrycie uleczalnych chorób. Stracą też szpitale, które zyskownymi badaniami pokrywały straty powstające przy prowadzeniu nierentownych porodówek czy oddziałów pediatrycznych. To nie jest, delikatnie mówiąc, idealne rozwiązanie, ale tak został stworzony system finansowany przez NFZ. Właśnie dlatego dyrektorzy tak mocno protestują, w ogóle nie gryząc się w język.
Gdyby MZ faktycznie chciało ograniczyć niepotrzebne wydatki czy chronić pacjentów przed promieniowaniem, to można było najpierw zaproponować zmiany organizacyjne, a nie wzniecać pożar obniżkami wycen, a potem próbować przykryć wszystko narracją o merytorycznych niedostatkach.
Prywaciarze zacierają ręce
Co na to wszystko sektor prywatny? Przedsiębiorcy z optymizmem patrzą w przyszłość.
Jedna ze spółek zajmująca się diagnostyką obrazową, notowana na giełdzie, odniosła się do zmian wprowadzonych przez NFZ. Przekazała akcjonariuszom, że będzie ograniczać liczbę badań na fundusz, a zwiększać tych wykonywanych prywatnie.
Diagnostyka to jedno, ale prywatyzacja będzie skutkiem jeszcze innego pomysłu rządzących.
W ubiegłym roku ogłosili oni sposób na rozwiązanie problemu kolejek do specjalistów. Mianowicie przychodnie muszą przyjmować określony procent nowych pacjentów. W przeciwnym razie dostają karę od NFZ. Dosłownie połowa placówek dostaje tę karę. Mimo że ścigają się między sobą, by przyjmować więcej nowych chorych, robią to kosztem tych, których do tej pory prowadzono.
Nowi pacjenci przychodzą na wizytę, zleca im się wykonanie badań. Potem? Długie oczekiwanie na kolejną wizytę, bo każdy powracający pacjent zwiększa ryzyko konieczności zapłacenia kary NFZ.
Na papierze kolejki do specjalistów się skróciły. Ale co z tymi pacjentami, którzy odbyli już pierwszą wizytę? Oni znów stają przed wyborem: czekać albo iść z wynikami badań do prywatnego gabinetu.
„Stomatologizacja” rynku
Prywatyzacja będzie obejmować kolejne świadczenia. Znacie pojęcie „stomatologizacji”? W dużym skrócie chodzi o to, że NFZ ma mały budżet na jakąś dziedzinę, więc de facto przejmuje ją rynek prywatny.
Tak było w stomatologii. Fundusz płacił np. za leczenie kanałowe zębów od pierwszego do trzeciego, ale przecież w każdym łuku mamy ich osiem. Większość pacjentów musiała więc szukać pomocy w prywatnym gabinecie.
„Stomatologizacja” objęła już psychiatrię (zwłaszcza dziecięcą) oraz dermatologię. Teraz dojdzie nam diagnostyka obrazowa, a NFZ już planuje kolejne cięcia przy wizytach u specjalistów.
Skoro kolejki na wizyty opłacane przez NFZ zaczynają być widoczne z księżyca, to pacjent poszukujący pilnej pomocy musi iść prywatnie. A jeśli kogoś nie stać albo mieszka na prowincji, gdzie próżno szukać prywatnych gabinetów? No cóż, trudna sytuacja. Ten problem będzie narastał z roku na rok.
W interesie sektora prywatnego nie jest silny i sprawny system publiczny. W Czechach wydaje się dużo więcej na zdrowie, dzięki czemu sektor prywatny jest ledwie dopełnieniem funkcjonalnego systemu. Polski – 21. gospodarki świata – podobno na to nie stać.
Zawsze wydawało mi się, że politycy są po to, by przeciwstawiać się korporacjom. Dziś widzę, że w zdrowiu najważniejszy jest dla nich święty spokój. Nawet jeśli jest to spokój kupiony cierpieniem pacjentów.

