- Do Ministerstwa Edukacji trafiła petycja domagająca się ustawowego zakazu publikowania wizerunku dzieci przez przedszkola i szkoły w celach promocyjnych.
- Od sierpnia obowiązuje już zakaz publicznego udostępniania wizerunku dzieci przez żłobki i kluby dziecięce – nawet zgoda rodzica go nie znosi.
- Rozwój sztucznej inteligencji zwiększa ryzyko, bo publicznie dostępne zdjęcie dziecka może posłużyć do stworzenia fałszywych lub kompromitujących materiałów.
- Rodzice mogą już teraz odmówić zgody na publiczne wykorzystanie wizerunku dziecka, nie czekając na zmianę przepisów.
Tuż przed wakacjami do Ministerstwa Edukacji Narodowej wpłynęła petycja Jolanty Rodzewicz w sprawie ustawowego zakazu wykorzystywania wizerunku dzieci przez przedszkola i szkoły podstawowe w celach promocyjnych. Jej autorka domaga się nie tylko ograniczenia publicznego rozpowszechniania zdjęć uczniów, lecz także stworzenia ogólnopolskich standardów ochrony dziecięcego wizerunku, stosowania zasady minimalizacji danych oraz jednoznacznego uznania, że promocja placówki nie może odbywać się kosztem prywatności i bezpieczeństwa dzieci.
Petycja nie pojawiła się w próżni. O konieczności ostrożniejszego traktowania dziecięcych zdjęć mówią dziś Rzecznik Praw Dziecka, Urząd Ochrony Danych Osobowych, Ministerstwo Edukacji, kuratoria oświaty, organizacje zajmujące się bezpieczeństwem dzieci w internecie oraz coraz liczniejsi prawnicy i eksperci. Konsekwentnie zwraca na ten problem uwagę także poznańska rzeczniczka praw uczniowskich Agata Dawidowska.
W kwietniu również Kujawsko-Pomorski Kurator Oświaty zwrócił uwagę na problem, wydając osobny komunikat poświęcony ochronie wizerunku dzieci i uczniów w internecie. To znamienne: dyskusja przestaje dotyczyć wyłącznie tego, czy szkoła potrafi prawidłowo zebrać podpis pod zgodą. Coraz częściej pada ważniejsze pytanie: czy rozpoznawalny wizerunek dziecka w ogóle powinien być potrzebny placówce do informowania o swojej działalności i budowania jej marki.
Temat nabiera znaczenia wraz z rozwojem sztucznej inteligencji. Jeszcze niedawno można było sądzić, że zdjęcie z przedszkolnego balu, szkolnej akademii albo wycieczki jest po prostu pamiątką. Dzisiaj fotografia jest również cyfrowym surowcem. Można ją skopiować, przerobić, połączyć z innymi obrazami, wykorzystać do stworzenia fałszywego profilu albo umieścić w kontekście, którego dziecko i jego rodzice nigdy by nie zaakceptowali.
A jednak wraz z początkiem roku szkolnego rodzicom znowu podsuwa się formularze zgód. Czasami osobne i precyzyjne. Czasami schowane między zgodą na udział w wycieczce, wyjście do kina, kontakt z pedagogiem i przetwarzanie danych. Niekiedy podpisanie dokumentów jest przedstawiane jako formalność. „Tutaj proszę zaznaczyć wszystkie zgody”. A przecież zgoda na wykorzystanie twarzy dziecka nie jest technicznym załącznikiem do edukacji.
Czytaj także: Lubnauer: Nie twierdzę, że w trzy lata rozwiązaliśmy wszystkie problemy edukacji
W żłobkach ustawodawca już powiedział „stop”
Co ciekawe, w trakcie wakacji wydarzyło się coś, co jeszcze kilka miesięcy temu mogło wydawać się rozwiązaniem radykalnym i wręcz niemożliwym. 19 sierpnia Prezydent podpisał nowelizację ustawy o opiece nad dziećmi do lat 3, wprowadzającą zakaz publicznego udostępniania wizerunku dzieci przez żłobki, kluby dziecięce i dziennych opiekunów. Co istotne, zakazu nie znosi nawet zgoda rodzica. Ustawodawca pozostawił natomiast możliwość udostępniania fotografii w zamkniętym obiegu rodzicom dzieci objętych opieką oraz przypadki, gdy wizerunek dziecka jest jedynie szczegółem większej całości.
Przedszkoli i szkół nowe przepisy nie obejmują. Trudno jednak nie dostrzec kierunku zmiany. Państwo po raz pierwszy powiedziało wprost, że w przypadku instytucji opiekującej się dzieckiem sama zgoda rodzica nie zawsze wystarcza, aby publiczne rozpowszechnianie jego wizerunku było dopuszczalne. W pewnych sytuacjach dziecięcych twarzy po prostu nie powinno się publikować. Czy jednak jako rodzice rozumiemy, dlaczego jest to tak ważne?
Zacznijmy więc od tego, że szkoła ma określone zadania. Ma uczyć, wychowywać, zapewniać opiekę, wspierać rozwój, wyrównywać szanse i dbać o bezpieczeństwo uczniów. Żadne z tych zadań nie wymaga regularnego publikowania dziecięcych twarzy na Facebooku.
Nie oznacza to, że w szkole nie wolno wykonywać zdjęć. Fotografia może być pamiątką, częścią kroniki, dokumentacją projektu albo materiałem udostępnionym uczestnikom wydarzenia. Trzeba jednak wyraźnie odróżnić zrobienie zdjęcia od jego publicznego rozpowszechnienia. Czym innym jest fotografia klasowa przekazana rodzicom, a czym innym otwarta galeria dostępna bez logowania dla każdego użytkownika internetu. Czym innym jest dokumentowanie wydarzenia, a czym innym budowanie marki szkoły za pomocą uśmiechniętych twarzy dzieci.
Sprawdź również: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
Placówki edukacyjne coraz częściej zachowują się jak niewielkie agencje medialne. Relacjonują dzień kropki, dzień pizzy, dzień bez plecaka, zawody, konkursy, wyjścia, lekcje pokazowe i wizyty gości. Nauczyciel nie tylko prowadzi zajęcia. Ma jeszcze zrobić zdjęcia, wybrać najlepsze ujęcia, sprawdzić zgody, wykadrować fotografie, zamazać niektóre twarze, napisać post i umieścić go w mediach społecznościowych.
Nie jest to działalność edukacyjna. Jest to praca marketingowa. A dziecko staje się jej głównym materiałem. Szkoła nie reklamuje się przecież fotografią statutu, programu wychowawczego ani arkusza organizacyjnego. Reklamuje się obrazem szczęśliwych uczniów. To ich twarze mają przekonać rodziców, że placówka jest nowoczesna, przyjazna, aktywna i pełna atrakcji.
Szkoła zawsze jest szczęśliwa
W szkolnych mediach społecznościowych niemal wszystkie dzieci są radosne. Uśmiechają się podczas lekcji, wycieczek i konkursów, z entuzjazmem uczestniczą w projektach i pozują z dyplomami. Nie zobaczymy ucznia samotnego, znudzonego czy przeciążonego. Nie dlatego, że takich dzieci nie ma, ale ponieważ ich zdjęcia nie nadają się do promocji. Szkolne galerie pokazują więc nie szkołę taką, jaka jest, ale taką, jaką placówka chce się przedstawić.
Może Cię zainteresować: Polskiej nauki portret własny. Co wynika ze sprawy Barbary Mróz-Gorgoń?
Nie chodzi oczywiście o to, aby publikować zdjęcia dzieci cierpiących. Ich prywatność wymagałaby wówczas jeszcze większej ochrony. Warto jednak uczciwie powiedzieć, że setki uśmiechniętych fotografii budują obraz sielanki, którego szkoła nie potrafiłaby stworzyć bez wykorzystania uczniów. I tak dziecko staje się dowodem jakości placówki. Nawet jeżeli nie potrafi jeszcze zrozumieć, czym jest cyfrowy ślad.
Teoretycznie rodzic może nie wyrazić zgody. W praktyce odmowa bywa przedstawiana jako utrudnianie pracy szkoły. Dziecko bez zgody trzeba odpowiednio ustawić. Poprosić, aby zeszło z kadru. Zrobić fotografię jeszcze raz. Później zamazać twarz albo wyciąć fragment zdjęcia. W skrajnych przypadkach uczeń zaczyna odczuwać, że to jego obecność jest problemem. Koledzy pozują, a on ma odejść. Klasa wykonuje wspólną fotografię, ale jego twarz zostanie zasłonięta. Rodzice chcieli chronić prywatność dziecka, a szkoła nieświadomie komunikuje mu, że przez tę decyzję nie pasuje do grupowego obrazka.
To odwrócenie właściwej kolejności. Nie dziecko powinno dostosowywać swoją obecność do potrzeb szkolnych mediów. To sposób dokumentowania wydarzeń powinien uwzględniać prawo wszystkich uczniów do uczestnictwa. Można przecież fotografować wykonane prace, dekoracje, dłonie uczestników, szeroki plan sali albo dzieci od tyłu. Można pokazać wydarzenie bez tworzenia internetowego katalogu twarzy.
Brak zgody nie powinien prowadzić do żadnych negatywnych konsekwencji. Zgoda jest dobrowolna tylko wtedy, gdy odmowa niczego dziecku nie odbiera: ani udziału, ani uwagi, ani poczucia przynależności.
Szczególnie rażące są sytuacje, w których zgodę łączy się z korzyścią finansową albo wpisuje w warunki korzystania z usług placówki. Zniżka za możliwość publikowania wizerunku dziecka nie jest niewinną promocją. W praktyce oznacza wycenienie jego prywatności.
Ale przecież to tylko zdjęcie grupowe
Nie każda publikacja wizerunku wymaga indywidualnej zgody. Prawo przewiduje wyjątek między innymi wtedy, gdy dana osoba stanowi jedynie szczegół większej całości: zgromadzenia, krajobrazu czy publicznej imprezy. Nie oznacza to jednak, że każde zdjęcie nazwane przez szkołę „grupowym” automatycznie można publikować bez pytania kogokolwiek o zgodę. Czym innym jest dziecko widoczne w szerokim planie szkolnego festynu, a czym innym kilku uczniów ustawionych przed obiektywem jako główny temat fotografii.
Ale nawet tutaj warto wrócić do sedna problemu. Jeżeli w konkretnej sytuacji przepisy pozwalają opublikować zdjęcie bez indywidualnej zgody, pozostaje pytanie: czy naprawdę jest to potrzebne? Prawo wyznacza granicę tego, co wolno. Nie nakazuje wykorzystywać każdej możliwości, którą pozostawia.
Rodzic często ma poczucie, że udziela zgody wyłącznie szkole. Tymczasem zdjęcie wykonane prywatnym telefonem nauczyciela może automatycznie trafić do chmury, zostać przesłane przez komunikator, a następnie opublikowane w mediach społecznościowych. Powstają kolejne kopie, nad którymi szkoła nie zawsze ma pełną kontrolę. Nie musi to wynikać z lekkomyślności pracowników, lecz z organizacyjnego chaosu i używania prywatnego sprzętu do dodatkowych obowiązków.
Po opublikowaniu zdjęcia pojawiają się kolejne pytania. Jak długo będzie dostępne? Kto zachował jego kopię? Czy po cofnięciu zgody rzeczywiście zniknie ze wszystkich miejsc pozostających pod kontrolą szkoły? A co z kopiami zapisanymi na prywatnych urządzeniach lub w usługach chmurowych?
Do tego dochodzą media społecznościowe. Publikacja zdjęcia oznacza nie tylko udostępnienie go odbiorcom, lecz także umieszczenie go w infrastrukturze globalnych platform działających według własnych regulaminów. Rodzic wyraża zgodę wobec szkoły, ale fotografia zaczyna funkcjonować w znacznie szerszym cyfrowym obiegu.

Sztuczna inteligencja zmieniła skalę ryzyka
Nie trzeba twierdzić, że każda fotografia dziecka zostanie wykorzystana w niewłaściwy sposób. Wystarczy zauważyć prosty fakt: publicznie dostępne zdjęcie może pobrać każdy.
Jeszcze kilka lat temu przerobienie fotografii wymagało czasu i umiejętności. Dziś narzędzia oparte na sztucznej inteligencji pozwalają w kilka minut zmienić twarz, otoczenie czy kontekst obrazu, stworzyć fałszywe nagranie, spreparowaną scenę albo wykorzystać wizerunek dziecka do tworzenia kompromitujących materiałów.
Czytaj także: PiS składa wniosek do TK ws. edukacji zdrowotnej. Chce zablokować przepisy
Nie jest to wyłącznie teoretyczne ryzyko. W ubiegłym roku głośna była sprawa uczennicy szkoły podstawowej, której zdjęcie zostało wykorzystane przez rówieśników do wygenerowania za pomocą sztucznej inteligencji spreparowanego nagiego wizerunku. Nie miało znaczenia, że fotografia przedstawiała ją w zwyczajnej sytuacji. Wystarczyło, że była dostępna. To pokazuje, że dziś zagrożenie nie polega wyłącznie na publikacji zdjęcia, ale również na możliwości jego późniejszego przetworzenia.
Na podobne ryzyka zwraca uwagę UODO: utratę kontroli nad opublikowanym zdjęciem, manipulowanie wizerunkiem dziecka, wykorzystanie go do przemocy oraz łączenie fotografii z innymi informacjami o jego aktywności. Problem dawno przestał więc sprowadzać się do pytania, czy ktoś skopiuje zdjęcie ze szkolnego Facebooka.
Sprawdź także: Szkoła prywatna czy państwowa? Znamy wyniki sondażu o edukacji
Sama skala ryzyka to jednak nie wszystko. Zagrożenia tego rodzaju materializują się nagle i bez ostrzeżenia, dlatego tak łatwo uśpić czujność rodziców i opiekunów. Zdjęcie może przez lata nikogo nie interesować, a później zostać wykorzystane w sposób, którego ani rodzice, ani szkoła nie byli w stanie przewidzieć. Konsekwencje poniesie przede wszystkim dziecko, które nie miało wpływu na decyzję o upublicznieniu swojego wizerunku.
To może chociaż zamknięta grupa?
Nie każda forma udostępniania zdjęć jest równie ryzykowna. Rodzice mogą przecież chcieć otrzymać fotografie z wycieczki czy przedstawienia bez zgody na ich publiczną publikację. Rozsądnym kompromisem byłoby więc odejście od otwartych galerii na rzecz systemów dostępnych po zalogowaniu. Zdjęcia mogłyby być udostępniane wyłącznie rodzicom i uczestnikom, przez ograniczony czas, bez możliwości odnalezienia ich w wyszukiwarce. Nadal nie da się wykluczyć, że ktoś wykona zrzut ekranu albo prześle plik dalej. Jednak grupa rodziców konkretnej klasy to nie to samo co nieograniczona publiczność Facebooka.
Trzeba przy tym jasno rozróżnić dwie zgody: na udostępnienie zdjęcia uczestnikom wydarzenia oraz na publiczne wykorzystanie go w promocji szkoły. Rodzic może akceptować pierwszą i stanowczo odrzucać drugą. Szkoły często wrzucają te sytuacje do jednego formularza. Tymczasem są one nieporównywalne pod względem celu, odbiorców i ryzyka.
Rodzic nie jest właścicielem twarzy dziecka
W dyskusji o zgodach łatwo zapomnieć o samym dziecku. Po osiągnięciu pełnoletności to uczeń decyduje o dalszym wykorzystywaniu swojego wizerunku. Może wycofać zgodę na przyszłość i zażądać usunięcia fotografii z miejsc pozostających pod kontrolą szkoły, choć nie cofnie to wcześniejszych pobrań ani kopii wykonanych przez osoby trzecie.
Trudniej jest w przypadku dzieci młodszych. Formalnie działają za nie rodzice, ale nie oznacza to, że zdanie dziecka nie ma znaczenia. Nawet kilkulatek potrafi powiedzieć, że nie chce być fotografowany. Nastolatek tym bardziej rozumie, że jego zdjęcie może zostać obejrzane przez kolegów, nauczycieli, sąsiadów i zupełnie obcych ludzi.
Rodzic reprezentuje dziecko, ale nie jest właścicielem jego twarzy. Dlatego przed wykonaniem i publikacją zdjęcia powinno się pytać również samego ucznia. Jego wyraźny sprzeciw powinien być traktowany bardzo poważnie, nawet gdy wcześniej rodzice podpisali zgodę.
Ten kierunek coraz wyraźniej pojawia się również w debacie prawnej. UODO przypomina, że w przypadku starszych dzieci przed decyzją dotyczącą publikacji ich wizerunku należy wysłuchać ich zdania. Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje zaś nad przepisami, według których przetwarzanie wizerunku małoletniego wymagałoby udokumentowanej zgody przedstawiciela ustawowego, a po ukończeniu 16. roku życia także samego małoletniego. To na razie zapowiedź zmiany prawa, ale dobrze pokazuje zmianę sposobu myślenia: dziecko nie może być wyłącznie przedmiotem decyzji dorosłych. Szkoła ma je przecież uczyć podmiotowości. Trudno robić to skutecznie, przekazując jednocześnie dziecku, że o jego publicznym wizerunku zawsze decydują dorośli.
MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
Dyrektor nie potrzebuje ustawowego zakazu
Petycja skierowana do Ministerstwa Edukacji stawia ważne pytanie: czy publiczne wykorzystywanie wizerunku dzieci w promocji przedszkoli i szkół nie powinno zostać znacznie ograniczone, a być może całkowicie zakazane?
Zmiany są potrzebne. Potrzebne są jasne standardy, osobne zgody na różne sposoby wykorzystania fotografii, zakaz uzależniania usług od zgody, zasady przechowywania zdjęć oraz domyślna rezygnacja z publikowania rozpoznawalnych dzieci w otwartym internecie. W odniesieniu do żłobków ustawodawca wykonał już pierwszy krok: nowe przepisy wprowadzają zakaz publicznego udostępniania wizerunku dzieci przez placówki opieki nad dziećmi do lat trzech. Przedszkoli i szkół podstawowych regulacja ta jednak nie obejmuje, a los postulatów dotyczących starszych dzieci pozostaje otwarty.
Na ustawodawcę nie muszą czekać same przedszkola i szkoły. Dyrektor nie potrzebuje ustawowego zakazu, aby uznać, że twarze dzieci nie są niezbędne do promocji placówki. Może po prostu zdecydować, że szkoła będzie informowała o swojej działalności bez publicznego eksponowania uczniów.
Sprawdź również: Seria nowości w szkołach. Nowe przedmioty, zmiany w pracach domowych i na maturze
Przed podjęciem przeciwnej decyzji warto jednak pomyśleć nie tylko o najbliższym poście na Facebooku, lecz także o tym, co wydarzy się za kilka czy kilkanaście lat. Co odpowie szkoła, gdy były uczeń zapyta, kto wykonywał jego zdjęcia, na jakich urządzeniach je przechowywano, komu je przesyłano, ile powstało kopii i czy trafiały do prywatnych chmur nauczycieli?
Co zrobi dyrektor, gdy dorosły już człowiek zażąda usunięcia swojego wizerunku ze strony szkoły, mediów społecznościowych, archiwów, dysków, komunikatorów i prywatnych telefonów pracowników? A co, jeżeli część tych pracowników dawno nie będzie już zatrudniona w placówce?
Szkoła może usunąć fotografię ze swojego profilu. Nie cofnie jednak pobrań, zrzutów ekranu, kopii przesłanych dalej ani śladów pozostawionych na cudzych urządzeniach. Być może nie będzie już w stanie spełnić żądania byłego ucznia w całości i właśnie dlatego powinna przewidzieć ten problem, zanim zacznie tworzyć kolejne kopie.
Polecamy również: Polscy naukowcy odkryli nowy gatunek skorupiaka. Występuje tylko w jednym miejscu
Rodzic może zrobić coś znacznie prostszego. Zanim podpisze zgodę, niech przeczyta, na co właściwie się zgadza. Czy zdjęcia mają być dostępne tylko dla rodziców, czy trafią na otwarty Facebook? Czy zgoda obejmuje stronę internetową, media społecznościowe, materiały drukowane i promocję szkoły jednocześnie? Jak długo ma obowiązywać? Gdzie będą przechowywane fotografie i kto będzie miał do nich dostęp? I przede wszystkim: czy można zgodzić się na pamiątkowe zdjęcie z wycieczki, nie zgadzając się jednocześnie na reklamowanie szkoły twarzą własnego dziecka? Jeśli formularz wrzuca wszystkie te sytuacje do jednego worka, nie ma żadnego powodu, aby podpisywać go automatycznie.
Nie musimy czekać
Nowy rok szkolny zaczyna się teraz. Formularze zgód wkrótce trafią do rodziców, a szkolne profile znów zapełnią się zdjęciami z pierwszych uroczystości, wycieczek i konkursów. Nie musimy jednak czekać na zmianę przepisów.
Tam, gdzie szkoła prosi rodziców o zgodę na publiczne wykorzystywanie wizerunku dziecka, zwłaszcza w celach promocyjnych, rodzice mogą jej po prostu nie udzielić. Mogą zgodzić się na wykonanie fotografii pamiątkowej i jednocześnie nie wyrazić zgody na jej publikację w mediach społecznościowych.
Czytaj też: Czy to koniec z egzaminami zdalnymi w edukacji domowej?
Warto również rozmawiać z innymi rodzicami. Nie po to, by prowadzić spór ze szkołą, lecz po to, by zmienić sposób myślenia. Dziś podpisanie zgody uchodzi za oczywistość, a odmowa bywa traktowana jak kłopotliwy wyjątek. Tymczasem powinno być odwrotnie.
Szkoła może pokazywać swoje osiągnięcia, projekty, prace uczniów, metody nauczania i aktywność nauczycieli. Nie musi jednak reklamować się twarzami dzieci.
Dziecko ma obowiązek chodzić do szkoły. Nie powinno z tego wynikać, że ma również obowiązek ją reklamować.


