Reklama
Wojsko

Rosjanie czy Amerykanie przywrócą nam pobór? A może jednak damy radę zrobić to sami?

Możemy sami zdecydować, jak będzie wyglądał powrót obowiązkowej służby wojskowej. Możemy też udawać, że armia zawodowa i ochotnicy wystarczą, aż rzeczywistość odbierze nam ten komfort. Wówczas warunki mogą postawić nam albo Rosjanie, albo Amerykanie. Pobór wróci. Pytanie, czy wróci na naszych zasadach.

Sławomir Dębski
Opinia autorstwa: Sławomir Dębski
Dzisiaj 11:19
18 min
W ciągu najbliższych miesięcy nie będzie ważniejszego tematu wpływającego na bezpieczeństwo Polski niż kwestia przywrócenia zasadniczej służby wojskowej - pisze Sławomir Dębski. (fot. PAP)
TYLKO NA

W prywatnych rozmowach zarówno przedstawiciele rządu Donalda Tuska, jak i politycy opozycji przyznają, że nie ma wyjścia: powszechna, obowiązkowa służba wojskowa musi zostać przywrócona. Każda ze stron wolałaby jednak, aby z inicjatywą wystąpił ktoś inny.

Mamy więc trzy możliwości. Albo sami przywrócimy pobór, na własnych warunkach, póki mamy czas na przygotowanie jego kształtu i zakomunikowanie go Polakom. Albo wymuszą to na nas Rosjanie, kołacząc kolbami do polskich drzwi. Albo zrobią to Amerykanie, którzy zapytają, dlaczego ich żołnierze mają bronić kraju, którego premier ostrzega przed rosyjskim zagrożeniem, ale ociąga się z wprowadzeniem obowiązkowych szkoleń wojskowych dla własnych obywateli. Waszyngton może uzależnić wysłanie swoich wojsk do Polski od przywrócenia w Polsce poboru.

Czytaj też: Polski pocisk balistyczny i rezerwy jak w Finlandii. Przeczytałem program obronny „Rozwoju Plus”

Rozwiązanie zależy od nas samych

Gdy zastanawiałem się nad tematem felietonu do cyklu poświęconego przemianom politycznym w świecie i ich konsekwencjom dla pokoju i bezpieczeństwa Polaków, szukałem sprawy o fundamentalnym znaczeniu, która nie zestarzeje się po tygodniu, przysłonięta kolejnymi „przełomowymi wydarzeniami”. Dość szybko odrzuciłem pomysł, aby był to tekst „o Trumpie”, „o Putinie”, „o Iranie” czy „o Ukrainie”. Drogą eliminacji doszedłem do wniosku, że felieton powinien dotyczyć problemu, którego rozwiązanie zależy od nas samych. Sprawy, która warunkuje gotowość Polski do obrony własnej niepodległości, suwerenności i integralności terytorialnej – celów politycznych zdefiniowanych w art. 5 naszej własnej Konstytucji.

Reklama
Reklama

W ciągu najbliższych miesięcy nie będzie zaś ważniejszego tematu wpływającego na bezpieczeństwo Polski niż kwestia przywrócenia zasadniczej służby wojskowej.

Rację ma bowiem lider Konfederacji Sławomir Mentzen. Nie zwyciężymy Rosji armią wyłącznie zawodową. A przecież nie możemy przygotowywać kraju do obrony i zakładać, że poniesiemy klęskę. Musimy dążyć do zwycięstwa. Potrzebujemy więc rezerw i stale szkolonego społeczeństwa.

Pogląd ten podzielają inni przedstawiciele opozycji: były premier Mateusz Morawiecki i były szef KPRM Michał Dworczyk z Rozwoju Plus, a także kandydat PiS na premiera Jacek Sasin i były szef MON Mariusz Błaszczak. Opozycja broni więc racjonalności, a rząd Donalda Tuska ucieka się do populizmu. Ostrzega przed rosyjską agresją, a jednocześnie wmawia Polakom, że można przygotować kraj do wojny bez przywrócenia poboru.

Gdy w 2009 roku premier Donald Tusk ogłaszał „uwolnienie Polaków” od „przymusowego poboru” i przedstawiał go niemal jako kontynuację tradycji „carskiej branki”, eksperci zajmujący się problematyką bezpieczeństwa w Stanach Zjednoczonych i Europie pukali się w głowę. Dwa lata wcześniej, w 2007 roku, na konferencji w Monachium Putin wypowiedział współpracę z Zachodem na rzecz utrzymywania pokoju w Europie. Rok wcześniej dokonał napaści na Gruzję.

Reklama
Reklama

Czy wyście zwariowali – pytał mnie wybitny francuski ekspert od polityki obronnej, doradca nie tylko kolejnych francuskich prezydentów, ale także kilku innych europejskich rządów i sekretarza generalnego NATO – sąsiadujecie z coraz bardziej agresywną Rosją, a likwidujecie najtańszy i najbardziej efektywny system szkolenia wojskowego własnych obywateli i odtwarzania rezerw? Przecież to zwiększy rosyjską presję na Polskę i uzależni was politycznie od sojuszników? Odtworzenie tego systemu będzie droższe niż dzisiejsze pozorne oszczędności. A to, że sąsiadując z Rosją, będziecie go musieli odtwarzać, jest dla mnie oczywiste.

Nie miałem argumentów. W Polsce rządzili populiści, podejmujący głupie, szkodliwe dla Rzeczypospolitej decyzje. A Francuz miał rację. Dziś stoimy przed koniecznością odtwarzania systemu powszechnych, obowiązkowych szkoleń wojskowych, aby odbudować rezerwy.

20 listopada 2008 roku Donald Tusk mówił w Sejmie:

Z całą pewnością lepiej mieć armię zawodową, dobrze opłacaną, dobrze przygotowaną, niż obyczaj z czasów zaborów, przymusowy pobór.

Rosja zdążyła już wtedy napaść na Gruzję. Rok później koszary opuścili ostatni żołnierze z poboru.

Obywatelski obowiązek

Warto zatrzymać się przy porównaniu, użytym wówczas przez premiera Donalda Tuska, bo mówi sporo o sposobie myślenia, który wówczas zwyciężył. Zestawiając służbę w Wojsku Polskim z carską branką, premier pominął drobiazg: polską niepodległość i konstytucyjny obowiązek każdego polskiego obywatela do obrony Ojczyzny. Poddany cara służył obcemu imperium, często wbrew interesom własnego narodu. Obywatel Rzeczypospolitej ma bronić państwa, którego władze sam wybiera i którego wolność jest również jego wolnością. Można spierać się o długość służby, jej organizację i koszty. Trudniej przyjąć, że sam obowiązek obrony własnego kraju upodabnia naszą sytuację do położenia ludzi pozbawionych własnego państwa.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Rosja grozi NATO bronią jądrową. Moskwa ostrzega w sprawie Królewca

Fatalne było także przeciwstawienie armii złożonej z zawodowych żołnierzy, która siłą rzeczy jest armią wystarczającą w scenariuszach działań zbrojnych o małej intensywności, armii posiadającej głębokie rezerwy tworzone w powszechnych, obowiązkowych szkoleniach. Taka armia jest skuteczna w znacznie większym spektrum prawdopodobnych scenariuszy. Można ją łatwo skalować i dostosowywać do aktualnych realiów i potrzeb państwa. W czasach, gdy Rosja dokonuje zbrojnych napaści na sąsiadów, morduje ludność cywilną na zajętych terytoriach, armia zawodowa jest za mała. Powszechna służba dostarcza rezerw na wypadek wojny z takim przeciwnikiem jak Rosja.

Możemy więc dyskutować nie o tym, czy, ale jak ponownie wprowadzić powszechny obowiązek służby wojskowej. Zasadnicza służba wojskowa dla młodych ludzi w wieku 18–19 lat, a więc w okresie, gdy nie weszli oni jeszcze na rynek pracy i nie założyli rodzin, jest najtańszym sposobem tworzenia rezerw. Zarówno koszt dla gospodarki, jak i koszty społeczne są relatywnie najniższe. Po odbyciu podstawowego szkolenia wojskowego młody człowiek zasila rezerwy. Rezerwista przez większość życia pracuje w cywilu. Jego przygotowanie wojskowe pozwala państwu zwiększyć siły w sytuacji bezpośredniego zagrożenia, bez ponoszenia przez dziesięciolecia kosztów zawodowego etatu.

Reklama
Reklama

Żołnierz po 16-dniowym szkoleniu

Niestety. Poza odwagą w głoszeniu konieczności odwieszenia poboru pomysły opozycji też nie wychodzą poza paradygmat propagandowy. Minister Mariusz Błaszczak ogłaszał ostatnio program odbudowy rezerw dzięki 16-dniowym szkoleniom, zakończonym „pętlą taktyczną” i odebraniem przysięgi. Czy chcielibyśmy, aby kontyngent wojsk amerykańskich w Polsce składał się z żołnierzy po 16-dniowym szkoleniu?

Czytaj również: Ukraina odzyskała 176 km kw. terytorium. Zełenski o operacji Vivaldi

Nikt przy zdrowych zmysłach w Stanach Zjednoczonych nie wpadł na taki pomysł. Szkolenie podstawowe w armii lądowej USA trwa 10 tygodni (70 dni), w piechocie morskiej nawet 18 tygodni (126 dni). W Finlandii takie szkolenie trwa 6 tygodni (42 dni). W Niemczech Grundausbildung trwa 12 tygodni (84 dni). W neutralnej Austrii obowiązkowa służba wojskowa trwała dotychczas 6 miesięcy, ale od 1 stycznia 2027 r. zostanie wydłużona do 9 miesięcy, w tym 30 dni szkolenia podstawowego. Nawet w Polsce, w systemie Dobrowolnej Zasadniczej Służby Wojskowej, szkolenie podstawowe trwa 27 dni.

Były minister obrony Mariusz Błaszczak twierdził przy tym, że „WOT się nam udał”. Zgadzam się w jednym aspekcie. WOT się udał – owszem – jako odpowiedź na realne zapotrzebowanie patriotycznie motywowanych obywateli Rzeczypospolitej na służbę wojskową na rzecz współobywateli.

Reklama
Reklama

Ale skąd wiadomo, że WOT udał się pod względem realnych zdolności wojskowych? Sam system szkolenia Wojska Polskiego przeczy politycznej sugestii, że po 16 dniach otrzymujemy żołnierza o pełnowartościowym przygotowaniu podstawowym. W Dobrowolnej Zasadniczej Służbie Wojskowej szkolenie podstawowe trwa 27 dni. Tymczasem szesnastodniowe szkolenie żołnierza WOT Ministerstwo Obrony Narodowej samo określa jedynie jako wstęp do trzyletniego cyklu szkolenia, obejmującego cykle indywidualne, specjalistyczne i zgrywające, zakończonego dopiero certyfikacją.

Nie można więc jednocześnie twierdzić, że szesnaście dni jest tylko początkiem kilkuletniego procesu szkolenia, a następnie politycznie przedstawiać każdego żołnierza po takim szkoleniu jako zdolnego do wykonywania działań bojowych. Ewidencyjna liczebność nie jest tym samym co zdolność bojowa. Im krótsze szkolenie, tym większej ostrożności wymaga przeliczanie liczby ludzi na realną siłę wojskową. Proponujemy najkrótsze na świecie szkolenie obowiązkowe, podczas gdy nawet neutralna Austria właśnie wydłuża je do 9 miesięcy!

Oferta dla ochotników powinna pozostać częścią systemu. Nie chciałbym tylko, aby gotowość do wojny zależała od skuteczności kampanii zachęcającej do wstąpienia do wojska.

Reklama
Reklama

Artykuł 85 Konstytucji stanowi: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest obrona Ojczyzny”. Nie narzuca konkretnego modelu służby, pozostawiając politykom swobodę w organizacji systemu obrony państwa, w tym utrzymywania i odtwarzania rezerw sił zbrojnych. Trudno jednak wyczytać z przepisów Konstytucji prawo obywatela do scedowania swojego obowiązku na kogoś bardziej chętnego lub opłacania „zastępstwa”. Zadaniem państwa, rządu i prezydenta jest stworzenie optymalnych warunków do wykonania tego obowiązku. A warunki stają się coraz bardziej wymagające.

Biliony rubli na rosyjskie wojsko

28 września 2026 roku Putin podpisał dekret ustalający etatową liczebność rosyjskich sił zbrojnych na 1 550 500 wojskowych. Tego samego dnia Reuters poinformował, że projekt wydatków obronnych Rosji na 2027 rok to 17,1 biliona rubli (około 203 miliardów dolarów), o 27 procent więcej niż wcześniej planowano. W planie trzyletnim przewidziano 50 bilionów rubli (około 592 miliardów dolarów). Moskwa najwyraźniej zakłada rozbudowę potencjału sił zbrojnych w scenariuszu długiej wojny z Ukrainą, która wiąże i ściera rosyjski ofensywny potencjał. Ale jeśli wojna się skończy, to możemy się obawiać, że Rosja będzie mogła ten potencjał skierować w inną stronę.

Reklama
Reklama

Dekret Putina nie oznacza jeszcze, że u naszych drzwi za rok stanie półtoramilionowa wroga armia. Etaty trzeba jeszcze obsadzić, ludzi wyszkolić i uzbroić. Ale zanim – parafrazując Broniewskiego – ktoś przyjdzie podpalić dom, w którym mieszkamy, Polskę, i nocą załomocze kolbami do drzwi, należałoby nauczyć Polaków, jak tego domu bronić. Fatalna decyzja rządu Donalda Tuska z 2009 roku wytworzyła wielką, ziejącą wyrwę w rezerwach polskich sił zbrojnych. Sprawia ona, że gdy nagle zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski stanie się realne i bezpośrednie i znowu Polaków obudzi okrzyk: „Bagnet na broń!”, nie będzie już czasu na szkolenie. Nie będziemy gotowi, bo kolejne rządy zbudowały potiomkinowską wioskę polskiej gotowości.

Polska dynamicznie modernizuje swoje siły zbrojne. W ostatnich latach nastąpiła prawdziwa rewolucja w jakości polskiego uzbrojenia. Kupujemy dużo i szybko nowoczesnej broni. Kłopot w tym, że liczby zamówionych czołgów, samolotów, efektorów zbyt łatwo pozwalają politykom wszystkich opcji politycznych uciec od odpowiedzialności za wskazanie politycznych celów użycia sił zbrojnych.

Od sześciu lat nie została ogłoszona nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, mimo że środowisko bezpieczeństwa Polski zmieniło się diametralnie – Rosja dokonała agresji na Ukrainę, która od prawie pięciu lat stawia jej skuteczny zbrojny opór. Szwecja i Finlandia zostały naszymi sojusznikami w NATO. Amerykanie planują wycofanie z całego świata do Stanów Zjednoczonych kilkudziesięciu tysięcy amerykańskich żołnierzy – co wczoraj zapowiedział Pete Hegseth, sekretarz obrony (wojny) w administracji Trumpa.

Reklama
Reklama

Kluczowe pytania

Tymczasem polskie elity polityczne chętniej zajmują się dyskusjami o wyposażeniu osobistym żołnierzy niż tym, co należy do ich bezwzględnych obowiązków – sformułowaniem kryteriów zwycięstwa nad Rosją oraz odpowiedzią na pytanie, czy Polska powinna dysponować potencjałem umożliwiającym narzucenie Rosji naszych politycznych kryteriów zwycięstwa wyłącznie w scenariuszu wojny krótkiej, prowadzonej głównie przez armię złożoną z zawodowych żołnierzy, czy może powinniśmy przygotować nasze społeczeństwo także na scenariusz wojny długiej?

Politycy nie wykonują swoich obowiązków, nie udzielają odpowiedzi na kluczowe polityczne pytania, a koncentrują się na zakupach nowoczesnych platform bojowych: czołgów, samolotów, okrętów, dronów. Tymczasem nie wiemy nawet, jakie zadania zostaną im postawione. Czy będziemy się bronić na własnym terytorium i mamy się szykować do kolejnego Cudu nad Wisłą, z Wojskami Obrony Terytorialnej prowadzącymi działania nieregularne na utraconym przez własne wojska terytorium Rzeczypospolitej? Czy może chcemy się bronić na terytorium Białorusi, Ukrainy, państw bałtyckich?

Dopiero od odpowiedzi na te pytania zależy to, do jakiej wojny powinniśmy szykować polskie siły zbrojne i jakim powinny one dysponować uzbrojeniem i kadrami, aby móc zrealizować stawiane przed nimi zadania. Tylko że polska klasa polityczna boi się te zadania im postawić.

Reklama
Reklama

Ostatnie państwo

Polska jest ostatnim państwem wschodniej flanki NATO, które jeszcze nie przywróciło obowiązkowej służby wojskowej. W raporcie fińskiego rządu z 16 lutego 2017 roku czytamy:

Powszechny pobór i szkolenie całego rocznika mężczyzn zdolnych do służby pozwalają w efektywny kosztowo sposób tworzyć wojska na czas wojny.

Proszę zwrócić uwagę na datę. Finowie nie potrzebowali pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, aby przypomnieć sobie, z kim sąsiadują. Wiedzieli też, że zamożne społeczeństwo, przywiązane do wygody i swobody układania sobie życia, nadal musi się liczyć z wolą sąsiada, który może chcieć urządzić to życie według rosyjskich standardów.

Potrzeba przywrócenia poboru wraca w debacie publicznej także w państwach niegraniczących z Rosją. W raporcie z 18 czerwca 2024 roku eksperci amerykańskiego think-tanku zajmującego się bezpieczeństwem i obronnością, stale realizującego kontrakty m.in. dla Pentagonu – Center for a New American Security – badali zdolność Stanów Zjednoczonych do przeprowadzenia poboru, gdyby odstraszanie zawiodło. Nie mieli wątpliwości, że w scenariuszu długiej wojny z równorzędnym przeciwnikiem wprowadzenie poboru będzie konieczne.

W Wielkiej Brytanii Komisja spraw międzynarodowych i obrony Izby Lordów w raporcie z 26 września 2024 roku stwierdziła, że „rezerwy stanowią efektywny kosztowo sposób zwiększania liczebności sił zbrojnych”. W debacie na ten temat pojawił się argument, że będzie potrzebny obowiązkowy pobór.

Reklama
Reklama

Prezydent Francji Emmanuel Macron w przemówieniu do wojska 13 lipca 2023 roku postulował odtworzenie rezerwy „silniejszej, liczniejszej, lepiej wyposażonej i lepiej wyszkolonej”, wyznaczając cel jednego rezerwisty na dwóch żołnierzy służby czynnej.

Konieczne przygotowania

Dziś premier Donald Tusk dostrzega potrzebę zmiany podejścia. 7 marca 2025 roku zapowiedział przygotowanie „do końca roku” modelu szkolenia każdego dorosłego mężczyzny na wypadek wojny. Kilka dni później rząd wyjaśniał, że szkolenia będą dobrowolne. Chętnie poznałbym symulację, z której wynika, że ochotników wystarczy do odbudowania rezerw. Ilu ludzi rocznie trzeba wyszkolić, do jakich jednostek mają trafić, jak często będą ćwiczyć? Bez odpowiedzi zapewnienia o wystarczalności dobrowolnego modelu pozostają polityczną propagandą.

Przywrócenie poboru wymaga przygotowań. Trzeba przygotować centra szkolenia oraz instruktorów. Nie mogą tego robić żołnierze jednostek liniowych, bo to obniży poziom ich gotowości. Warto więc sięgnąć po weteranów. Konieczne jest dostosowanie całego systemu edukacji, w tym szkolnictwa wyższego, które będzie musiało się dostosować do sytuacji, w której pierwszy rok akademicki będzie się rozpoczynał nie jak dotychczas 1 października, ale na przykład 7 stycznia.

Reklama
Reklama

Młody człowiek ma wiedzieć z wyprzedzeniem, kiedy pójdzie do służby, ile ona potrwa, ile wpłynie na jego konto po zakończeniu szkolenia – a mogą to być jego pierwsze większe pieniądze w życiu – i jak uregulowanie stosunku do służby wojskowej wpłynie na jego studia, pierwszą pracę czy zdolność kredytową. Państwo, które wymaga od obywatela poświęcenia, musi szanować jego czas i stworzyć system zachęt ułatwiających życiowy start.

Powszechność powinna też oznaczać uczciwe zasady dotyczące kobiet i mężczyzn. Obowiązek obrony Ojczyzny spoczywa na wszystkich obywatelach, bez względu na płeć. Ale dla każdej wspólnoty kobiety są największym skarbem. Nikt nie jest w stanie zastąpić ich kluczowej roli społecznej. Dlatego służba zasadnicza dla mężczyzn musi być obowiązkowa, a dla kobiet powinna być dobrowolna.

Nie wszyscy po służbie podstawowej trafią do jednostek pancernych, zmechanizowanych czy artylerii. Armia potrzebuje również mechaników, logistyków czy operatorów dronów. Przydział powinien uwzględniać umiejętności i potrzeby wojska. Po służbie zasadniczej konieczne będą okresowe ćwiczenia. Nazwisko w ewidencji rezerw niewiele znaczy, jeżeli kryje się za nim człowiek, który od lat nie miał kontaktu z wojskiem.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Hegseth: Dowództwo ds. Wojny Autonomicznej i powrót wojsk USA do kraju

Jazda na gapę

Każdy rok zwłoki w odwieszeniu obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej zwiększa zagrożenie dla pokoju Polski, a kolejne roczniki pozostają nieprzygotowane do życia w czasach złej pogody. Tych zaległości nie odrobimy samym zwiększeniem budżetu MON, podobnie jak nie kupimy od ręki tysięcy doświadczonych instruktorów.

Pozostają Amerykanie, o których obecność zabiegamy od lat. 17 września Trump ogłosił postęp w rozmowach o bazie US Army w Polsce, przypisując zasługę prezydentowi Karolowi Nawrockiemu. Byłby to sukces zabiegów kolejnych polskich rządów. W opublikowanej 26 września rozmowie z Radiem Wolna Europa wiceminister obrony Paweł Zalewski mówił o ofercie finansowania infrastruktury oraz gotowości rządu do przeznaczania 15 tysięcy dolarów rocznie na każdego amerykańskiego żołnierza. Rozumiem sens tych starań. Nie rozumiem przekonania, że pieniędzmi można załatwić całą resztę.

Wyobraźmy sobie bowiem pytanie zadane w amerykańskim Kongresie: dlaczego nasi synowie i córki mają bronić państwa, które uznaje rosyjskie zagrożenie za śmiertelnie poważne, ale obowiązkowe szkolenie własnych obywateli za politycznie niemożliwe? Odpowiedź, że kupujemy dużo amerykańskiej broni, może nie wystarczyć. Amerykański podatnik ma prawo oczekiwać, że kraj, któremu pomaga, przygotowuje także własnych obywateli do jej użycia. Jeżeli najważniejszą funkcją amerykańskiej obecności miałaby być gwarancja, że śmierć żołnierzy USA wciągnie ich kraj do wojny, sami prosimy się o zarzut, że traktujemy ich jak żywe tarcze. Trudno będzie wówczas oburzać się na określenie „jazda na gapę”.

Reklama
Reklama

Waszyngton nie postawił nam dotąd warunku przywrócenia poboru. Może jednak zapytać o zdolność do odtwarzania rezerw i uzależnić dalsze zaangażowanie od naszych działań w tym obszarze. Lepiej zawczasu udzielić odpowiedzi własnym obywatelom, niż później układać ją pod dyktando sojusznika. Koszty polityczne będą wówczas wyższe. Rosjanie będą mniej uprzejmi. Jeżeli wymuszą na nas tę decyzję groźbą albo agresją, nie zostawią czasu na przygotowanie koszar i uzgodnienie terminów z rektorami. Dlatego uważam, że pobór wróci. Wolałbym, abyśmy sami zdecydowali, jak będzie wyglądał, póki jeszcze możemy spokojnie się o to pospierać.

Może Cię zainteresować: 

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero
Reklama
Reklama