W tej sprawie chodzi o coś więcej niż o kolejną medialną burzę, o której za kilka dni wszyscy zapomną, bo pojawi się inny, świeży temat, bardziej emocjonalny i lepiej monetyzujący uwagę. Chodzi o coś znacznie trwalszego – o budowanie albo o osłabianie kultury ochrony praw człowieka.
Taka kultura nie powstaje sama. A w przypadku praw człowieka w obszarze przeciwdziałania przemocy domowej trudno się ją buduje. Opiera się na trzech filarach: zapobieganiu przemocy, ochronie osób, które jej doświadczają, oraz skutecznym ściganiu sprawców. Prewencja oznacza między innymi edukację i budowanie świadomości. Ochrona wymaga sprawnej policji, dostępnych miejsc pomocy i procedur, które rzeczywiście działają wtedy, kiedy człowiek ich potrzebuje. Ściganie wymaga jasnego prawa i jego konsekwentnego egzekwowania.
Ale w centrum całego tego systemu są instytucje państwa. Silne, skuteczne i pryncypialne. Bez nich nawet najlepsze przepisy pozostaną na papierze. Prawo jest warunkiem sine qua non ochrony praw człowieka, ale samo prawo nie przypilnuje, by ktoś odebrał telefon, pojechał na interwencję, rozpoznał przemoc, odpowiednio przesłuchał osobę krzywdzoną i zapewnił jej bezpieczeństwo. Przypilnują tego ludzie działający w ramach instytucji.
Dlatego osoby, które mają wpływ na życie publiczne, działają społecznie lub politycznie, pracują naukowo albo realizują misję dziennikarską, mają szczególną odpowiedzialność w debacie na temat tych instytucji.
Nie oznacza to oczywiście, że instytucji nie wolno krytykować. Jest dokładnie odwrotnie. Rozliczalność jest jednym z warunków ich siły. Ale rozliczanie instytucji publicznych powinno odbywać się w interesie publicznym, na podstawie faktów, twardych danych i z zachowaniem szczególnej staranności. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o instytucje stojące na straży praw człowieka, w tym praw dziecka.
Bo istnieje zasadnicza różnica między kontrolą a publicznym linczem, między rozliczaniem a obwinianiem.
Zacznijmy od danych
Przeciwdziałaniem przemocy domowej zajmuję się od ponad dwudziestu pięciu lat i przez cały ten czas w debacie publicznej powraca jedna idea – że to, co dzieje się w domu, rodzinie, między bliskimi, jest sprawą prywatną, a państwo nie powinno się wtrącać. Ten sposób myślenia okazuje się niezwykle odporny na wiedzę, doświadczenie i zmiany prawa. Szczególnie dotyczy przemocy fizycznej i psychicznej wobec kobiet, dzieci, osób starszych i z niepełnosprawnościami.
Wymieniam te grupy nieprzypadkowo. Te osoby są szczególnie narażone na przemoc domową. I tym osobom szczególnie trudno jest się poskarżyć. Sprawcami przemocy są natomiast najczęściej mężczyźni. Krzywdzą dzieci, partnerki, żony, rodziców, rodzeństwo, także innych mężczyzn. To pokazują dane, w tym sądowe i policyjne.
Warto o tym mówić właśnie dlatego, że w debacie o prawach człowieka nie powinniśmy wybierać faktów według tego, czy są wygodne politycznie, medialnie albo światopoglądowo. Powinniśmy zaczynać od danych. Zwłaszcza wtedy, gdy są niewygodne.
Kiedy w 2003 roku napisałam pierwszy w swoim życiu projekt ustawy – o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, po raz pierwszy zobaczyłam z bliska sprawczość polityczną i medialną zwolenników prywatyzacji przemocy domowej. Takie osoby uważają, że przepisy określające prawo kobiety lub dziecka do życia bez przemocy oraz dotyczące odpowiedzialności ojca, męża, partnera, brata czy syna za jej stosowanie stanowią zagrożenie – zagrożenie dla rodziny.
Czytaj również: Paweł Jabłoński zawiadomił prokuraturę w sprawie RPD. Zero.pl ma dokument
Rodzina zostaje w tej narracji niemal wyjęta spod działania praw człowieka. Rodzice mają decydować o wychowaniu dzieci, także o środkach, których w tym wychowaniu używają. Państwo może rodzinę wspierać, ale nie powinno, jak słyszymy, „wtrącać się” w jej sprawy. Nawet wtedy, kiedy ktoś w tej rodzinie jest krzywdzony. Oczywiście prawie nikt nie powie wprost, że przemoc jest dopuszczalna. Znacznie częściej zaczyna się jej relatywizowanie – że to przecież nie było bicie, tylko klaps; nie przemoc, tylko dyscyplina; nie poniżanie, tylko emocje rodzica. Pojawia się pytanie, co zrobiło dziecko, dlaczego dorosły „musiał zareagować”. Przemoc bardzo rzadko wchodzi do debaty pod własnym imieniem. Znacznie częściej przychodzi przebrana za wychowanie, dyscyplinę, emocje albo konieczność.
Klaps to też przemoc
Projekt z 2003 roku oparłam na najlepszych rozwiązaniach zagranicznych. Zawierał wiele regulacji, ale dwie z nich szczególnie przekraczały wówczas granice politycznej wyobraźni. Jedną była izolacja sprawcy od ofiary dla zapewnienia jej bezpieczeństwa. Ta regulacja nie spodobała się rządowi. Drugą regulacją był właśnie zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci. Z projektu ten zakaz został usunięty przez posłów i posłanki. Do polskiego prawa trafił w sierpniu 2010 roku. Dopiero wtedy ustawodawca jednoznacznie przeciął spór o rzekome prawo rodziców do „karcenia” dziecka w celach wychowawczych.
Przy pierwszej próbie wprowadzenia do polskiego prawa zakazu bicia dzieci reakcja była gwałtowna. Słyszałyśmy o bezwarunkowym prawie rodziców do wyboru metod wychowawczych. O tym, że „klaps to nie przemoc”. Posłowie z dumą opowiadali, że sami byli bici i dlatego „wyrośli na ludzi”. „Argumentem” było także to, że sama nie mam dzieci. A przecież dziecko ma prawo do ochrony przed przemocą. Nie tylko dlatego, że przemoc zostawia ślady. Nie tylko dlatego, że ma krótko- i długotrwałe skutki. Ma to prawo dlatego, że jest człowiekiem. Ten argument wtedy nie był wystarczający.
Tak wyglądała świadomość praw dziecka w Polsce dwadzieścia lat temu. Czy wiele się zmieniło? I czy to, jak to będzie wyglądało za kolejnych dwadzieścia, jest przesądzone?
Postęp w prawach człowieka nigdy nie odbywa się automatycznie. Możemy iść naprzód, ale możemy również się cofać. A kierunek w dużej mierze zależy od języka i standardów debaty publicznej.
Skuteczna ochrona
W tej sprawie nie chodzi o to, kto dzisiaj pełni funkcję Rzeczniczki czy Rzecznika Praw Dziecka. Chodzi o to, czy dzieci w Polsce będą skutecznie chronione przed przemocą i czy system będzie reagował wtedy, kiedy pojawia się sygnał zagrożenia. A taki system nie działa sam.
Potrzebuje dobrego, precyzyjnego prawa. Potrzebuje silnych, skutecznych i działających pryncypialnie instytucji. Ale potrzebuje także czegoś mniej uchwytnego – społecznego otoczenia, które pozwala temu systemowi działać. Tworzymy je wszyscy.
Ogromne znaczenie mają świadkowie przemocy. Ludzie, którzy nie odwracają wzroku, reagują, pytają, zgłaszają i nie zasłaniają swojego zaniechania prywatnością rodziny. Tworzą je również osoby wykonujące zawody, w których można dostrzec pierwsze fizyczne albo psychiczne sygnały przemocy: lekarki i lekarze, pielęgniarki i pielęgniarze, nauczycielki i nauczyciele, pracowniczki i pracownicy pomocy społecznej.
Jedna uważna reakcja może czasem ochronić dziecko przed utratą zdrowia. Czasem przed utratą życia. Ale żeby ludzie reagowali, muszą wiedzieć, że reakcja jest czymś właściwym.
A przecież znamy także drugą stronę tego problemu. Historie dzieci, które przez miesiące albo lata doświadczały przemocy, choć wokół były osoby widzące sygnały. Dzieci, które trafiały do szpitali z kolejnymi obrażeniami, wracały do domów, w których były krzywdzone, albo umierały, zanim system zdecydował się zareagować wystarczająco stanowczo. Znamy z doniesień medialnych sprawy, w których sądy nie decydowały się na odebranie dziecka, lecz po raz kolejny dawały szansę rodzicom – na poprawę, terapię, współpracę z pomocą społeczną, zmianę zachowania.
Za każdym razem można było znaleźć argument, by jeszcze poczekać – że ingerencja byłaby zbyt daleko idąca, że trzeba zachować proporcjonalność, że rodzina powinna dostać kolejną możliwość. Tyle że w ochronie dziecka zwłoka również jest decyzją. Brak stanowczego działania również ma konsekwencje. I czasem cenę za ostrożność dorosłych, za kolejne szanse dawane dorosłym, płaci dziecko swoim zdrowiem, bezpieczeństwem albo życiem. Wtedy wszyscy zgodnym chórem pytają: gdzie byli sąsiedzi, policja, pomoc społeczna, gdzie były instytucje i dlaczego nie reagowały?
W obecnym sporze bliższy jest mi standard instytucji, która w sytuacji niepewności wybiera sprawdzenie sygnału zagrożenia i ochronę dziecka, niż standard oczekiwania, aż zagrożenie stanie się bezsporne. Nie chcę instytucji, która z obawy przed zarzutem nadmiernej ingerencji postanawia czekać. Standardem państwa chroniącego prawa dziecka nie może być oczekiwanie na pewność wtedy, gdy ceną pomyłki może być zdrowie albo życie dziecka.
Musimy budować kulturę, w której bezpieczeństwo dziecka jest ważniejsze niż źle rozumiane „prawo rodziny do prywatności”. Kulturę, w której zgłoszenie podejrzenia przemocy jest obywatelską odpowiedzialnością, a nie donosicielstwem. Kulturę, w której widząc krzywdę, nie zaczynamy od pytania, czy wypada się wtrącać.
A ilekroć słyszę, że państwo powinno „nie wtrącać się” w wychowanie dzieci, że rodzina ma własne zasady, a granice ingerencji powinny być ustawione możliwie daleko, czuję niepokój. Bo takie zdania nigdy nie są tylko abstrakcyjną teorią o relacji państwa i rodziny. Za nimi może kryć się przyzwolenie na bardzo szeroką władzę silniejszego nad słabszym, a nawet na upokorzenie, przemoc i krzywdę, której nikt z zewnątrz nie ma zobaczyć. I kiedy ktoś z taką pewnością domaga się, żeby państwo odsunęło się od zamkniętych drzwi rodzinnego domu, trudno mi nie pytać, co może pozostać za tymi drzwiami niewidoczne i kto zapłaci cenę za nasze niewtrącanie się.
Państwo, społeczeństwo, instytucje i każdy oraz każda z nas powinni stać po stronie osoby słabszej, a nie po stronie (swojego) świętego spokoju lub, po prostu, po stronie sprawcy. I właśnie dlatego sposób, w jaki piszemy i mówimy o przypadkach możliwego łamania praw człowieka, ma znaczenie. Może tę kulturę wzmacniać. Może też ją niszczyć.
Nie odwracajmy wzroku
Instytucje publiczne muszą być rozliczane. Media, organizacje społeczne, politycy i polityczki mają prawo, a często obowiązek patrzeć im na ręce. Ale jeżeli chcemy wzmacniać państwo prawa, kontrola musi opierać się na faktach, danych i rzetelnej procedurze. Musi zostawiać miejsce na ustalenie, co rzeczywiście się wydarzyło.
Komenda Stołeczna Policji wydała oświadczenie ws. Hornej-Cieślak. Zero.pl odpowiada
W przeciwnym razie może pojawić się efekt mrożący znacznie poważniejszy niż jedna medialna awantura. Urzędniczka, nauczyciel, lekarka, policjant, pracownica socjalna, osoba stojąca na czele instytucji ochrony praw mogą zacząć kalkulować. Czy reagować? Czy zgłaszać? Czy podejmować decyzję? Czy lepiej poczekać, skoro za reakcję można zostać publicznie osądzonym, zanim ktokolwiek ustali fakty?
A system ochrony praw człowieka zaczyna się psuć dokładnie w tym momencie, w którym człowiek widzący krzywdę zamiast reagować zaczyna zastanawiać się, czy bezpieczniej będzie odwrócić wzrok.
PS Jest w tej sprawie jeszcze jeden wymiar, którego nie powinniśmy pomijać. Sposób, w jaki oceniamy kobiety pełniące funkcje publiczne. Krytyka ich decyzji jest naturalna i akceptowalna, ale komentarze bardzo szybko przestają być merytoryczne. Zaczynają dotyczyć osoby, jej charakteru, emocji, wyglądu, życia prywatnego, rzekomych intencji. W internecie ten mechanizm przyspiesza jeszcze bardziej i łatwo przechodzi w cyberprzemoc: falę wyzwisk, pogróżek, poniżania, seksualizowanych komentarzy czy zorganizowanego nękania. To nie jest argument za chronieniem kobiet sprawujących funkcje publiczne przed odpowiedzialnością. Przeciwnie. Chodzi o to, by rozliczać je tak samo poważnie jak mężczyzn, czyli za decyzje, na podstawie faktów i według tych samych standardów, a nie dodatkowo karać za to, że są kobietami w przestrzeni publicznej.


