Reklama
Biznes

Trump mówi, AI słucha. Tak prezydent USA może wpływać na ceny ropy

Kryzys z 2022 roku miał być lekcją dla rynku ropy. Cztery lata później sytuacja jest jednak znacznie poważniejsza: surowca fizycznie brakuje, a rezerwy topnieją. Tyle że dziś o cenach paliw decydują nie tylko wojna, tankowce i rafinerie. Coraz większe znaczenie ma to, co z politycznego szumu wyłapią algorytmy.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 17:10
11 min
Niemal codzienne Donald Trump zapewnia, że „wszystko jest pod kontrolą”, że „Iran błaga o zawieszenie broni” i „wojna skończy się w ciągu trzech dni”. Nie jest to jedynie przekaz skierowany do Amerykanów i sojuszników (fot. PAP)
TYLKO NA
  • W weekend polscy kierowcy odetchną. Zaczną obowiązywać przepisy, dzięki którym ceny paliw spadną. 
  • Polski rząd podejmuje doraźne działania, aby zahamować gwałtowne wzrosty cen. Nie rozwiązują one jednak kluczowego problemu.
  • Na światowym rynku brakuje nawet 2,2 mln baryłek ropy dziennie, mimo spadku popytu i uwolnienia ponad 400 mln baryłek z rezerw państw IEA.
  • Polska szczególnie odczuła kryzys, bo 47 proc. naszego importu ropy pochodziło w ubiegłym roku z Arabii Saudyjskiej, której szlaki eksportowe zostały poważnie zakłócone.
  • Paliwo na rynku drożeje, choć średnia cena ropy jest niższa niż w 2022 roku. Fizyczna baryłka Brent kosztowała 30 września 119 dolarów, przy giełdowej wycenie na poziomie 102 dolarów.
  • Jest jeszcze jeden gracz, który może wpływać na ceny ropy: Donald Trump. Nie musi kontrolować rynku ani algorytmów AI. Może wystarczyć, że wie, jak do nich „mówić”.

Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę

Jako kierowcy wciąż mamy w pamięci kolejki na stacjach paliw z lutego 2022 roku, tuż przed rosyjską inwazją na Ukrainę oraz w pierwszych miesiącach jej trwania. Wówczas na rynkach cena ropy gwałtownie wzrosła, osiągając w czerwcu chwilową górkę 120 dolarów za baryłkę ropy Brent.

Zjawisko to było naturalną konsekwencją szoku podażowego spowodowanego ograniczeniem dostaw rosyjskiej ropy do Europy. Rynki surowcowe odnotowały gwałtowne wzrosty cen, co przełożyło się na podwyżki na rynku detalicznym. Już w listopadzie cena detaliczna sięgała około 8 zł za litr oleju napędowego i 7 zł za litr benzyny.

Po początkowej panice podażowej na rynku, czyli prognozach wystąpienia deficytu surowca, przewidywano, że ubytek rosyjskiej ropy wyniesie około 3 mln baryłek dziennie. Rzeczywistość pokazała jednak, że niedobór przełożył się na około 1 mln baryłek dziennie, a do lipca został ograniczony do 0,31 mln baryłek dziennie.

Reklama
Reklama

Nagły wzrost cen został jednak w stosunkowo krótkim czasie złagodzony dzięki zastąpieniu dostaw rosyjskiej ropy alternatywnymi dostawami z USA oraz państw Bliskiego Wschodu. Producenci, aby ograniczyć destabilizację rynku ropy, zdecydowali się zwiększyć swoje wydobycie.

Wówczas uznawano również, że Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) dokonała bezprecedensowej ingerencji w rynek, tworząc swoistą poduszkę energetyczną zabezpieczającą jego potrzeby. Od marca do listopada 2022 roku z rezerw uwolniono łącznie ponad 240 mln baryłek ropy naftowej.

Całość tych działań w stosunkowo krótkiej, kilkumiesięcznej perspektywie pozwoliła zniwelować lukę między podażą a zapotrzebowaniem rynku. Choć rynek nie powrócił do stanu sprzed 2022 roku, ceny się ustabilizowały.

Czytaj również: Węgiel zostanie z nami na dłużej? Rządzący zmieniają podejście

Obecny kryzys

Taka sytuacja utrzymywała się przez kolejne cztery lata, aż do 28 lutego 2026 roku, kiedy w wyniku ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran władze irańskie nałożyły blokadę na Cieśninę Ormuz, przez którą wcześniej przebiegało do 25 proc. światowego handlu ropą naftową. Dziś cieśnina jest niemal wyłączona z użytku. Pod osłoną nocy i amerykańskich okrętów wojennych przepływa przez nią jedynie 5 proc. przedwojennego ruchu statków.

Reklama
Reklama

Sytuacja dodatkowo skomplikowała się pod koniec lipca wraz ze wznowieniem konfliktu Arabii Saudyjskiej z jemeńskimi rebeliantami Huti. Arabia Saudyjska, będąca w 2025 roku największym eksporterem ropy naftowej na świecie, musi obecnie mierzyć się z blokadą morską nałożoną przez Huti. Jednocześnie celem ataków Huti pozostają saudyjskie rafinerie, naftoporty, tankowce oraz aorta saudyjskiej gospodarki, czyli rurociąg Wschód-Zachód. Ten stał się alternatywnym szlakiem eksportu saudyjskiej ropy przez Morze Czerwone, umożliwiającym ominięcie irańskiej blokady cieśniny Ormuz.

Tak wygląda dzisiejsza sytuacja bezpieczeństwa globalnej stacji benzynowej, czyli regionu, który w 2025 roku odpowiadał za niemal 32 proc. światowego wydobycia ropy naftowej.

Czytaj także: Ropa płynie przez Ormuz, a paliwa dalej rujnują kieszeń. O co chodzi?

Podobnie jak w przypadku zerwania łańcuchów dostaw rosyjskiej ropy, od lutego alternatywni dostawcy spoza Zatoki zwiększyli wydobycie i przerób surowca łącznie o około 2,3 mln baryłek dziennie. Również państwa IEA, dostrzegając skalę deficytu surowca, podjęły decyzję o złagodzeniu szoku na rynku, uwalniając tym razem od marca ponad 400 mln baryłek ropy z rezerw.

Nie da się jednak porównać obecnej skali kryzysu na globalnym rynku ropy naftowej z wcześniejszymi zaburzeniami.

Reklama
Reklama

Choć globalny popyt na ropę spadł w drugim kwartale 2026 roku o około 5,1 proc. rok do roku, deficyt na rynku wynosi, według IEA, do 2,2 mln baryłek dziennie. Oznacza to, że cały rynek funkcjonuje obecnie dzięki wykorzystywaniu uwolnionych rezerw ropy naftowej. Rezerwy te nie mogą zostać natychmiast uzupełnione, ponieważ bieżące wydobycie musi trafiać na rynek, aby podtrzymać podaż. W efekcie dzisiejsze stany magazynowe rezerwy federalnej USA są najniższe od 1982 roku.

Wycena ropy

Mimo skali deficytu fizycznie dostępnej ropy, według IEA średnia cena surowca na rynku od początku stycznia do końca września 2026 roku wynosi 91 dolarów za baryłkę. Tymczasem przez cały 2022 rok średnia cena wynosiła niespełna 101 dolarów za baryłkę. Porównanie chwilowego wzrostu ceny detalicznej oleju napędowego do 8 zł za litr w 2022 roku z dzisiejszą ceną przekraczającą 9 zł za litr nie jest jednak uprawnione.

Pierwszym powodem jest fakt, że o ile na szczeblu władzy centralnej Polska słusznie rozpoczęła z wyprzedzeniem proces dywersyfikacji dostaw rosyjskiej ropy, o tyle w praktyce jedno uzależnienie zastąpiliśmy innym, czyli uzależnieniem od Arabii Saudyjskiej. Państwo to w ubiegłym roku odpowiadało za 47 proc. polskiego importu. Jego szlaki eksportowe są dziś, delikatnie mówiąc, poważnie utrudnione.

Reklama
Reklama

Choć słusznie dostrzeżono zagrożenia wynikające z uniezależnienia od rosyjskiego dostawcy, jednocześnie założono, że Arabia Saudyjska nie będzie wykorzystywać ropy naftowej jako narzędzia politycznego do realizacji własnych celów. Z całym szacunkiem dla politycznych ambicji Saudyjczyków, taki pogląd można uznać za racjonalny. Trudniej jednak zrozumieć założenie, że dobrym rozwiązaniem było uzależnienie niemal połowy naszego importu ropy od szlaków przebiegających przez region, w którym od ponad 30 lat regularnie wybuchają kolejne konflikty.

Któż mógłby się spodziewać, że w momencie przerwania łańcuchów dostaw będziemy zmuszeni do nagłego poszukiwania alternatywnych źródeł, a wyższe ceny surowca będą wynikały z wykorzystania sytuacji przez jego dostawców. W rezultacie, zgodnie z prawem „popytu i podaży”, giełdowa wycena ropy nie odpowiada cenie fizycznego surowca dostarczanego do rafinerii.

Widząc na stacji paliw cenę detaliczną, należy pamiętać, że nie ma ona bezpośredniego przełożenia na ceny kontraktów „futures” notowanych na giełdzie. Płacimy bowiem za gotowy produkt rafineryjny, którego cena obejmuje cały łańcuch kosztów: transport morski, ubezpieczenie ładunku, infrastrukturę przeładunkową czy magazynowanie. Koszty te powodują, że do giełdowej wyceny na poziomie 102 dolarów za baryłkę z 30 września konieczne jest doliczenie kolejnych dolarów. Finalnie tego samego dnia fizyczna ropa Brent na rynku europejskim kosztuje 119 dolarów za baryłkę.

Reklama
Reklama

Mimo tej realnej, wręcz namacalnej różnicy między tym, co jest wyceniane na giełdzie, a tym, za co faktycznie płacimy na stacji paliw, to właśnie kontrakty „futures” pozostają najważniejszym punktem odniesienia dla oczekiwań dotyczących cen ropy. Dzieje się tak dlatego, że odzwierciedlają one oczekiwania rynku. Powinny uwzględniać bieżące ryzyko, jednak przede wszystkim pokazują oczekiwania dotyczące tego, jak rynek może wyglądać w przyszłości: jutro, za miesiąc lub dwa.

Wpływ AI na wycenę ropy

I tutaj dochodzimy do elementu, który jeszcze kilka lat temu miał znacznie mniejsze znaczenie dla procesu wyceny ropy niż obecnie. Jest nim automatyzacja rynku finansowego, czyli coraz szersze wykorzystanie narzędzi sztucznej inteligencji (AI), które wspomagają analizę informacji i podejmowanie decyzji inwestycyjnych.

W tradycyjnym modelu analityk, podejmując decyzję dotyczącą obrotu kontraktami w okresie tak poważnego kryzysu na Bliskim Wschodzie, musiałby najpierw przeanalizować przemówienie prezydenta USA i zestawić je z sytuacją w regionie. Następnie musiałby ocenić, jak deklaracje polityczne odnoszą się do rzeczywistych działań wojskowych, a także uwzględnić decyzje innych państw oraz pozostałe czynniki wpływające na rynek. Dopiero po przeprowadzeniu takiej analizy podejmowałby decyzję o ewentualnym zakupie kontraktów.

Reklama
Reklama

Dzisiaj proces ten został znacząco skrócony. Narzędzia AI analizują nagłówki prasowe, wystąpienia polityków, raporty dotyczące rezerw, informacje o ruchu tankowców oraz setki innych danych w czasie rzeczywistym.

Precyzyjniej mówiąc, nie oznacza to oczywiście, że narzędzia AI ustalają cenę baryłki ropy. Modele generują jednak sygnał, na którego podstawie system transakcyjny podejmuje decyzję i składa zlecenie kupna albo sprzedaży. Dalej tysiące takich decyzji zaczynają wpływać na bieżący kurs kontraktów. I właśnie tutaj pojawia się element, który może być niezwykle istotny dla zrozumienia obecnej sytuacji.

Czytaj też: System kaucyjny do poprawki. Ministerstwo szykuje zmiany, ale problem jest większy

Informacja poddana automatycznemu przetwarzaniu nie jest już materiałem, który analityk czyta przy kawie, by następnie interpretować go przez kolejne godziny. Informacja staje się częścią lawiny danych przetwarzanych w czasie rzeczywistym.

W takiej sytuacji niemal codzienne, powtarzane od siedmiu miesięcy zapewnienia Donalda Trumpa, że „wszystko jest pod kontrolą”, że „Iran błaga o zawieszenie broni” i „wojna skończy się w ciągu trzech dni”, nie są jedynie przekazem skierowanym do Amerykanów i sojuszników. Po kilkudziesięciu takich stwierdzeniach człowiek traktuje je już z dużą rezerwą. Sytuacja wygląda jednak inaczej, jeśli to nie człowiek jest głównym odbiorcą takiego komunikatu.

Reklama
Reklama

Ze względu na autorytet administracji prezydenckiej USA przekazywane przez nią informacje szybko trafiają do światowych mediów i mediów społecznościowych. Sprzyja temu również sposób interpretowania raportów rządowych, pomijanie wybranych wątków oraz umyślne przecieki do renomowanej prasy. W efekcie informacja generuje informacje.

W takiej sytuacji powstały szum informacyjny, ukierunkowany na prognozę zakończenia wojny, może stanowić świadomą próbę oddziaływania na modele kształtujące rynek ropy.

Jeżeli bowiem współczesne algorytmy w ciągu sekund analizują wypowiedź prezydenta USA i przypisują jej określone prawdopodobieństwo normalizacji sytuacji, to systematyczne powtarzanie komunikatu o zbliżającym się zakończeniu wojny wpływa na warstwę oczekiwań uwzględnianą w cenie kontraktu.

Nie trzeba w tym celu kontrolować żadnego algorytmu czy ludzi. Nie trzeba również wydawać funduszom poleceń, by wykonały określony ruch na rynku. Wystarczy generować ukierunkowany szum informacyjny.

Jeżeli bowiem tysiące systemów AI analizują te same depesze największych agencji prasowych, te same wystąpienia prezydenta USA oraz te same nagłówki dotyczące rozmów pokojowych, wówczas polityk dysponujący największym „megafonem informacyjnym” świata aktywnie wpływa na oczekiwania rynku.

Reklama
Reklama

W ten sposób wycena rynkowa kształtuje się w świecie szumu informacyjnego, a nie na podstawie realnej wymiany handlowej.

Powtórzę: nie twierdzę, że Donald Trump kontroluje algorytmy handlujące kontraktami na ropę. Twierdzę natomiast, że w świecie, w którym algorytmy przetwarzają komunikaty polityczne równie szybko jak dane o zapasach, prezydent USA może próbować wpływać na ich środowisko informacyjne. W sytuacji realnego, fizycznego niedoboru ropy w gospodarce światowej postawa Trumpa nie sprowadza się jedynie do jego psychologicznego wpływu. Jego działania służą ograniczeniu paniki na rynku, która mogłaby rozlać się na pozostałe obszary życia gospodarczego.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama