Kraj

Mojżesz, naziści i szalenie uprzejmy łoś

Polskie prawo przypomina dziś opowieść, w której Mojżesz gubi tablice, naziści pojawiają się znikąd, a nad wszystkim unosi się woń absurdu, którą tylko Zenek potrafi rozsądnie zinterpretować. A skoro prawnicy od wieków komplikują rzeczy proste, może czas oddać legislację w ręce człowieka, który niczego nie komplikuje?

Andrzej Dybczyński
Felieton autorstwa: Andrzej Dybczyński
17 marca
13 minut

Reklama

TYLKO NA

Powiedzieć, że polskie prawo jest skomplikowane, to jak powiedzieć, że Trump jest niebanalny. Wszyscy z nas, którzy kiedykolwiek zarządzali jakąkolwiek organizacją wiedzą, że poruszanie się w gąszczu polskich przepisów jest znacznie trudniejsze, niż porwanie spodziewającego się tego prezydenta państwa z jego własnej rezydencji.


Reklama

Wymaga połączenia intelektu Einsteina, giętkości Houdiniego i moralności Ziobry. Zarządzając powierzonymi nam instytucjami płacimy setki tysięcy złotych znienawidzonym przez nas prawnikom, żeby bronili nas przed innymi kosztującymi setki tysięcy złotych i znienawidzonymi przez swoich pracodawców prawnikami. A na końcu i tak dowiadujemy się w sądzie – zwykle po 8-10 latach – że żaden z nich nie miał racji.

Sądzę jednak, że polskie prawo można naprawić. Będzie to proces dość długi, jak się wkrótce okaże – śmierdzący, ale względnie łatwy i mało kosztowny. Zanim jednak sposób naprawy przedstawię, musimy dokładnie zrozumieć, dlaczego nasze prawo jest tak skomplikowane. Oraz – jak bardzo? Mój ulubiony przykład to ustawa „Polski Ład”, art. 13: „w art. 3 w pkt 1 w lit. c w tiret trzydziestym czwartym średnik zastępuje się przecinkiem i dodaje się tiret trzydzieste piąte…” i tak dalej. Mnie najbardziej podoba się nazwa tej ustawy – „Polski Ład”.

Reportaż TVN i oszustwo dewelopera. Pracownica firmy udawała klientkę szukającą mieszkania


Reklama

Skala wewnętrznych sprzeczności, absurdów i diabolicznych żartów w polskich przepisach nie jest konsekwencją niekompetencji i lenistwa polskich polityków. Oni również są w tej historii ofiarami. Stan polskiego prawa jest po prostu skutkiem międzynarodowego spisku prawników. A żeby ten problem rozwiązać, najpierw trzeba go dogłębnie zrozumieć.


Reklama

Skąd wziął się chaos legislacyjny

Jak większość naszych kłopotów, wszystko zaczęło się na Synaju. Pewien pretendent do tronu faraona, imieniem Musa, pokłócił się z Merenptahem – innym kandydatem do stołka. Zbałamucił więc swoich wyborców, obiecał im lepsze życie i wyprowadził na pustynię. Historia stara jak świat – nasi politycy robią to samo co cztery lata. Na tejże pustyni Musa wszedł na spowitą chmurami górę i po czterdziestu dniach zszedł jako Mojżesz, niosąc nowe prawo. Stopień komplikacji? Dziesięć artykułów. Zero tiretów. Dwie kartki kamienia. Bosko!

Wstępni obecnych zstępnych, czyli przodkowie najlepszych prawników współczesnego świata, zamarli z przerażenia. Po analizie dziesięciu przykazań doszli do słusznego wniosku, że w zasadzie jedyne, do którego byliby potrzebni prawnicy, to przykazanie szóste. A ono oznacza brak klientów korporacyjnych i publicznych oraz najczęściej słabo płatne procesy, w których bardzo szybko z pełnomocników mogą stać się stronami. Koszmar. Natychmiast wyczuli, że Mojżesz podkłada im zwykłą świnię. A jako porządni Żydzi, świni zaakceptować nie mogli.


Reklama

 


Reklama

Zrobili awanturę i kazali Mojżeszowi wdrapać się na górę drugi raz. Ale organ ustawodawczy odrzucił weto. Żydzi zgłosili zatem do przyniesionych przez Mojżesza dziesięciu przykazań pewne wątpliwości interpretacyjne. I zrobili to w najlepszy możliwy sposób. Najpierw rozsiali plotkę, że przykazań było 15, a tablice trzy. Ale Mojżesz schodząc z góry jedną stłukł i teraz w prawie są luki. Żeby zbicie trzeciej tablicy uznać za fakt bezsporny, zainicjowali sprytną dyskusję. Czy Mojżesz przewidywał, ale lekceważył stłuczenie tablicy – a więc działał w zamiarze ewentualnym? Czy może działał w zamiarze bezpośrednim i chciał ją stłuc, bo nie leżało mu przykazanie trzynaste (o podatku VAT)?

Tak czy inaczej, dla wszystkich stało się jasne, że w przepisach są wyraźne luki. A ponieważ kontakt z organem ustawodawczym chwilowo się urwał, personel naziemny musiał te luki uzupełnić. I tak powstała Dewarim – czyli biblijna Księga Powtórzonego Prawa. Po prostu nowelizacja z dodanym komentarzem, ponad 200 przykazań – oczywiście żeby było łatwiej. Dalej było już – nomen omen – z górki: cała Tora to 613 nakazów i zakazów. Prawnicy założyli najlepsze nowojorskie, paryskie, warszawskie i wszelkie inne kancelarie i zaczęli z tego godnie żyć, solidarnie dzieląc się swoim know-how z prawniczymi przedstawicielami wszystkich narodów niewybranych.

Zanim powiemy, że dogoniliśmy Hiszpanów – kilka faktów


Reklama

Dla Polski była to wielka rozwojowa szansa. Żydom w Polsce żyło się nieźle, a Polakom z Żydami równie dobrze. Mój dziadek na ten przykład zatrudniał w swoim sklepie jako kasjerki tylko Żydówki, bo polskie dziewuchy ciągle go okradały. Niestety, w pewnym momencie na scenę historii wkroczył wariat z wąsem pojedynczym (nie mylić z psychopatą z wąsem podwójnym, działającym w tym samym okresie). I wszystko w Polsce szlag trafił.


Reklama

Gdyby przeklęty Hitler nie wymordował nam naszych Żydów, to teraz w niemieckich sądach toczyłyby się obiecujące procesy o polskie roszczenia do Budziszyna i Łużyc, oraz odszkodowania za opóźnianie chrztu Polski. I jestem przekonany, że nasi prawnicy zawarliby z Niemcami jakąś uczciwą, korzystną dla obu stron ugodę.

A zamiast tego musimy udowadniać, że to Niemcy zabijali Żydów, a nie my. Przepraszam – oczywiście nie Niemcy. Naziści. Naziści to taki naród, który znikąd pojawił się na kartach historii w połowie XX wieku na nizinie środkowoeuropejskiej. I po 12 latach w równie tajemniczy sposób zniknął w mrokach dziejów. To jest lepszy numer niż ten z Sumerami….

Tak czy inaczej, po wojnie pozostała nam entuzjastycznie rozwijana przez komunistów kultura skomplikowanego prawa, ale straciliśmy cenną kadrę, która ten system była w stanie jako tako obsługiwać.


Reklama

Oczekiwanie od prawników, że pracując w ministerstwach, Sejmie, Rządowym Centrum Legislacji czy w prywatnych kancelariach będą dążyli do tworzenia prawa jasnego i zrozumiałego dla przeciętnego człowieka jest absurdem i dowodem intelektualnej ociężałości marzycieli. To tak samo jakby oczekiwać, że koncerny samochodowe będą produkowały coraz trwalsze i mniej awaryjne auta.


Reklama

Trzeba być kretynem, żeby projektować, produkować i sprzedawać samochód, w którym wymiana żarówki wymaga dwóch minut i jednej sprawnej ręki kierowcy, a nie wizyty w serwisie, demontażu zderzaka, połowy silnika, wyjęcia koła zapasowego, skasowania błędów w komputerze i renowacji lakieru. A szefowie motoryzacyjnych gigantów kretynami na pewno nie są. Podobnie jak kretynami w znakomitej większości nie są prawnicy. Zawsze będą tworzyli skomplikowane prawo, zawsze będą komplikowali je coraz bardziej i zawsze będą dążyli do sytuacji, w której rozwiązanie problemu z nieopłaconym parkingiem będzie wymagało pomocy prawnika. To ich chleb.

Test Zenka – jedyna metoda na sensowne prawo

Dlatego właśnie, by jakoś to zjawisko ograniczać, potrzebujemy „testu Zenka”. Test Zenka jest procedurą, która umożliwi nam tworzenie prawa zrozumiałego i możliwego do stosowania nie tylko przez menadżerów, urzędy publiczne, firmy prywatne, drobnych przedsiębiorców, ale nawet – przez zwykłego człowieka. W uproszczeniu „test Zenka” sprowadza się do tego, że nie wprowadzamy do polskiego systemu prawnego żadnego przepisu, który nie przeszedł tego testu z wynikiem pozytywnym. Jest to rozwiązanie znane w krajach cywilizowanych, w których nie jada się uszu zanurzonych w zupie przypominającej krew.

Oto na przykład Szwedzi przed uchwaleniem nowego prawa sprawdzają, czy jest ono zrozumiałe dla zwykłego obywatela. Nazywają to Klarspråkstest. U nas to jednak nie zadziała. Zwykły obywatel Szwecji ma zdolność analizy prawnej rozwiniętą mniej więcej tak, jak Polak we wczesnym wieku przedszkolnym. Więc przeciętny Polak uzna za całkowicie normalne przepisy, które przeciętny Szwed uznałby za połączenie instrukcji obsługi reaktora jądrowego z kodeksem Bushido wydane w sanskrycie i przetłumaczone na staronordyjski przez pijanego Czukczę.


Reklama

Dlatego w warunkach polskich do testów musi zostać wykorzystany obywatel bardzo szczególny – właśnie Zenek. W baumanowskiej typologii człowieka ponowoczesnego Zenek to osobnik w typie „włóczęgi”. Życie traktuje jako serię epizodów, nie szuka zakorzenienia, nie inwestuje w przyszłość, tylko w doświadczenie „tu i teraz”. Świat toleruje Zenka tylko chwilowo i tylko na dystans.


Reklama

Ale uwaga! Zenek nie jest zwykłym skrzywdzonym przez los człowiekiem, kolejnym bezdomnym, który budzi w nas ludzki żal i współczucie. Zenek jest zadowolonym ze swego losu żulem z wyboru, którego dokonał w efekcie zetknięcia z polskim systemem sprawiedliwości. Zenek jest alegorią współczesnej wolności, sprzeciwem wykrzyczanym wobec systemu. Nieprzypadkowo wśród Zenków wysoki odsetek stanowią byli prawnicy, u których nie nastąpił zanik moralności.

 

Zenka można namierzyć na dwa sposoby.


Reklama

Sposób pierwszy, to po wyglądzie. Zenek ma na sobie granatowy lub zielony ortalion (przypadek...?), wzbogacony ciemniejszymi plamami z tłuszczu, substancji żrących oraz płynów ustrojowych. Nosi spodnie, również wzbogacone plamami, ale ich lokalizacji oraz pochodzenia opisywać nie będę – niektórzy czytają ten tekst nad kawą i ciastkiem w miejscu publicznym.


Reklama

Drugi sposób na namierzenie Zenka to po zapachu. Zenek roztacza woń bardzo podobną do woni odyńców w okresie huczki, tyle że bukiet zapachowy jest znacznie bogatszy, niż banalna smegma. Nuta głowy to indywidualna kompozycja alkoholi wszelakich oraz estrów kwasów karboksylowych. Nuta serca to woń nadwiślańskich szuwarów z okolic oczyszczalni „Czajka” oraz dyfuzji biogenicznych związków lotnych z innymi Zenkami. Nuta głębi to koloidalne zawiesiny metabolitów azotowych, z intrygującym zefirkiem związków siarki.

Jak Unia zgubiła swoją przewagę gospodarczą? Europa wyhodowała własnych rywali

Szczególnie bogatym zagłębiem Zenków w Warszawie jest pewna niemiejska, znana w całej Polsce ulica łącząca Plac Trzech Krzyży z ulicą Piękną. Stoi tam taki duży biały budynek, który przyciąga Zenków jak, nie przymierzając, Dąbrowa Górnicza kapłanów. Nie trzeba jednak zapuszczać się w aż tak niebezpieczne rejony stolicy, by dobrego Zenka do testu pozyskać.


Reklama

Po zidentyfikowaniu Zenka należy zaprosić go do współpracy z państwowym urzędem pracującym nad nowym przepisem. Niestety, nasi urzędowi prawnicy zasugerują zawarcie z nim umowy zlecenia, poprzedzonej rozeznaniem rynku, zapytaniem o cenę oraz sporządzeniem dwóch opinii prawnych o celowości i gospodarności tego działania. Doświadczony menadżer powinien wysłać prawników tam, gdzie przebywa obecnie Hitler (przecież i tak tam trafią) i zapłacić Zenkowi 50 złotych z własnej kieszeni. Skróci to cały proces o około trzy miesiące i pozwoli instytucji zaoszczędzić kilkanaście tysięcy złotych na prawnikach, którzy by ten proces sprawnie przeprowadzili.


Reklama

Test przeprowadza się w dowolnym pomieszczeniu urzędu, jakkolwiek sugeruję, by nie był to gabinet dyrektora, prezesa czy ministra, ze względu na potencjalną obecność gości zagranicznych. Zenkowi należy okazać przepis i poprosić, by przeczytał go na głos.

Jeżeli Zenek potwierdzi zrozumienie przepisu, należy poprosić go o opowiedzenie przepisu własnymi słowami. Jeśli Zenek odda sens poprawnie, test można uznać za zdany. Jeśli Zenek nie odda własnymi słowami sensu normy, oznacza to dyskwalifikujący błąd popełniony przez legislatorów. Należy zwrócić im projekt do dalszych modyfikacji oraz zagrozić dyscyplinarką lub gorzej – oddelegowaniem do pracy w Sejmie.


Reklama

Odprowadzenie Zenka po zakończonym teście wiąże się z pewnym ryzykiem dla instytucji goszczącej. Zenek lubi gromadzić pamiątki z miejsc, w które rzucił go los. Kryteria doboru tych pamiątek od lat pozostają tajemnicą dla naukowców. Nie potwierdziły się hipotezy o ich wartości materialnej (hipoteza harvardzka), przydatności termicznej (hipoteza moskiewska) czy bezkarności kradzieży (hipoteza sejmowa). Dlatego pożegnanie z Zenkiem, z reguły bardzo kurtuazyjne i pełne deklaracji gotowości dalszej współpracy, nie powinno usypiać naszej czujności.


Reklama

Dlaczego prawnicy powinni trzymać się od prawa z daleka

Co dalej? Dalej to już prosto. Protokół przeprowadzenia testu. Podpisy komisji. Ocena Skutków Regulacji. Laska marszałkowska, komisje sejmowe i tak dalej. I bardzo ważna uwaga: jakakolwiek najmniejsza nawet zmiana w przepisie mającym akceptację Zenka wymaga powtórzenia procedury testowej. Trzeba wpisać to do Konstytucji.

A teraz bonus. Otóż projekt nowego prawa z pieczęcią „Zenek Tested” można spokojnie procedować jako projekt obywatelski. Unikamy niezbędnych konsultacji społecznych oraz prac zespołów eksperckich, które w procesie tworzenia prawa są dla tego prawa najbardziej niebezpieczne.

Proszę sobie tylko wyobrazić, co by się stało, gdyby schodzący z góry Synaj Mojżesz spotkał na swojej drodze nazistów… przepraszam, specjalistów od prawa konstytucyjnego (przykazanie pierwsze), prawa karnego (drugie, piąte, siódme, ósme), prawa pracy (trzecie), prawa rodzinnego (czwarte, szóste, dziewiąte) oraz prawa gospodarczego (dziesiąte). A po tym wszystkim „dzień dobry” powiedziałby mu szalenie uprzejmy łoś… przepraszam… szalenie uprzejmy szef Rządowego Centrum Legislacji. Jestem pewien, że dzisiaj uczylibyśmy się nie o Mojżeszu, który uciekł do Kanaanu, tylko o Zenku, który uciekł do Egiptu.


Reklama

Tworzenie prawa jest bowiem zadaniem zbyt poważnym, by powierzać je prawnikom.


Reklama

Tekst ten dedykuję T.O. – swojemu prawnikowi, ale także serdecznemu znajomemu i niezrównanemu partnerowi na korcie i w dyskusjach. Choć Żydem niestety nie jest, to żydowscy prawnicy by się go nie powstydzili.

 

PS W przyszłym tygodniu zadzwonił do mnie Tusk. Czas pośmiać się z samego siebie.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Dybczyński
Andrzej DybczyńskiDoktor nauk humanistycznych, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz – autor zewnętrzny