Reklama
Reklama
Reklama

Poczobut: Na Białorusi tysiące ludzi nie dało się złamać. Nie mogłem ich zawieść

TYLKO NA
poczobut-igs-g-0-nopills
Andrzej Poczobut w rozmowie z Arletą Bojke opowiada o pięciu latach spędzonych w białoruskich więzieniach i łagrach (fot. Kanał Zero)

– W obozie człowiek żyje jednym dniem, który nieustannie się powtarza, więc nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Dopiero gdy zobaczyłem syna i to, jak bardzo urósł, dotarło do mnie, jak długie było to pięć lat – mówi Andrzej Poczobut. – Żyłem w celi z otwartym oknem. Nie można go było zamknąć nawet zimą. To miejsce, którego więźniowie się boją, bo stworzone tam są najcięższe warunki.

Arleta Bojke, Zero.pl: Trafiłeś do więzienia, bo jesteś dziennikarzem czy dlatego, że jesteś działaczem Związku Polaków na Białorusi?

Andrzej Poczobut, dziennikarz, więzień polityczny na Białorusi: Myślę, że za całokształt.

Ale trafiali do więzienia również ci ze Związku Polaków na Białorusi, którzy nie są dziennikarzami.

Tak, bez wątpienia, ale w moim wypadku to wszystko miało znaczenie. Myślę, że nie było takiej opcji, żebym po 2020 r. nie trafił do więzienia.

Reklama
Reklama

Przypomina mi się rok 2020 i te wielkie protesty na Białorusi po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Rozmawiałam z tobą wówczas nie raz i nie dwa. Komentowałeś wydarzenia dla polskich mediów, relacjonowałeś sytuację z pierwszej ręki, będąc cały czas w Grodnie. I wszyscy znajomi mówili ci wtedy: „Dlaczego nie wyjeżdżasz? Przecież wiesz, że i tak cię prędzej czy później zatrzymają”. Mogło to z boku wyglądać tak, jakbyś z rozmysłem czekał na aresztowanie.

Nie czekałem na więzienie, tylko po prostu wykonywałem swoją pracę. I tyle. Wystarczająco dużo ludzi poza granicami Białorusi pracuje na rzecz Związku Polaków i całej polskiej społeczności. Kolejna osoba przebywająca w Warszawie, Białymstoku czy Wrocławiu to, owszem, zawsze jest jakaś dodatkowa pomoc, ale moim zdaniem osoba obecna na miejscu, na Białorusi – nawet przy rosnącym dyktatorskim zagrożeniu – potrafi tam zrobić bardzo dużo. I dopóki była jakakolwiek możliwość działania, trzeba było tam być z ludźmi.

Poczobut o pobycie w białoruskim łagrze. „Za całokształt”

Dzisiaj (16 września – red.) kolejnych 25 więźniów politycznych zostało zwolnionych z białoruskich więzień. W związku z tym dwie białoruskie firmy nie będą objęte amerykańskimi sankcjami. Kiedy wychodziłeś z więzienia w 2011 r., mówiłeś o handlowaniu ludźmi. To jest znowu handlowanie ludźmi?

Reklama
Reklama

Delikatnie mówiąc, sytuacja w 2011 r. i sytuacja w 2026 r. bardzo zasadniczo się różnią. W 2011 r. to był autorytarny reżim i pole manewru było znacznie większe – i dla Zachodu, i dla ludzi, którzy byli wewnątrz Białorusi, dla organizacji społecznych, dla Związku Polaków na Białorusi, ale także dla jakiejś tam politycznej opozycji. W 2026 r. to zupełnie inna sytuacja. Mamy państwo niemal totalitarne i to też determinuje poszukiwanie zupełnie innych podejść do reżimu Łukaszenki, do Białorusi i myślę, że należy docenić ten fakt, że Amerykanom udaje się uwolnić więźniów politycznych. Dzisiaj dla 25 osób, ale także dla ich rodzin to jest wielki dzień i te zachwyty, które słyszymy pod adresem specjalnego wysłannika Trumpa na Białorusi, Johna Coale’a, są absolutnie zrozumiałe. Także setki innych więźniów i setki innych rodzin czekają na to, więc ja doceniam wagę tego, co się dzisiaj wydarzyło.

Nie masz poczucia, że zarówno ty, jak i wielu innych białoruskich dziennikarzy oraz polityków, którzy przez lata mówiliście o tym, że Łukaszenka handluje ludźmi, że zamyka ludzi do więzień po to, żeby potem nimi handlować, staliście się niejako zakładnikami tego, co mówiliście wtedy? Według tej logiki ty również stałeś się żywym towarem.

Reklama
Reklama

Od 2020 r. zaszły daleko idące zmiany. Jest inny reżim i inaczej należy z nim rozmawiać. Ja bym nie porównywał tych dwóch wypowiedzi.

Andrzej Poczobut wrócił z Białorusi. „Już na terenie Najjaśniejszej”

Czyli nie masz takiego poczucia, że zostałeś narzędziem w czyichś rękach?

W sytuacji, w której znalazł się Związek Polaków na Białorusi w 2021 r., reżimowi wcale nie chodziło o to, żeby coś osiągnąć w roku 2026. Przy całym szacunku do zdolności KGB, oni tak daleko nie prognozują. Wtedy chodziło o bardzo szybkie pozbycie się z Białorusi kierownictwa Związku. Propozycja wyjazdu została nam zgłoszona dwa miesiące po aresztowaniu. Część osób z niej skorzystała i została wywieziona do Polski. To była realizacja scenariusza białoruskich władz: zniszczyć Związek Polaków, wyrzucić kierownictwo, a tych, co by działali dalej – zamykać i kolejno wyrzucać z kraju w nasze ślady. Ale to im się nie udało. I to jest w tej historii najważniejsze.

Czy nie czujesz, że to jest znowu ten sam zaklęty krąg? Łukaszenka od 30 lat wsadza ludzi do więzień, a potem wymienia ich na znoszenie sankcji.

Ale kwestia też jest taka, że sankcje zostały wprowadzone, ponieważ ludzie znaleźli się w więzieniu. Kiedy ludzie opuszczają więzienia, wydaje mi się, że podstawy, z powodu których były wprowadzane sankcje, przestają istnieć, więc naturalnie wydaje mi się, że te sankcje są wycofywane. Więc kto tu wygrywa?

Oby wygrywali ludzie, tylko jeżeli on wsadza do więzień kolejne osoby, jedną ręką wypuszcza, a drugą ręką zamyka, to może być złudne.

Reklama
Reklama

To jest zasadniczy problem. Wcześniej podjęcie dialogu z Zachodem powodowało wstrzymanie represji. Teraz widzimy, że ta zasada nie działa. Represje trwają, a Łukaszenka ma wielką traumę po 2020 r., kiedy społeczeństwo nagle się zbuntowało. On dziś w całości kontroluje sytuację w kraju, ale represje są mu potrzebne do utrzymania wysokiego poziomu strachu. Strach paraliżuje wolę i czyni społeczeństwo uległym. Ludzi aktywnych wypchnięto za granicę, a ci, którzy zostali, dostosowali się i po cichu czekają na zmianę. Na każdy, nawet najmniejszy przejaw sprzeciwu, reżim reaguje drastycznie. Wystarczą podejrzenia, przegląd telefonu, subskrypcja niezależnego portalu. Społeczeństwo zostało spacyfikowane.

Ale ciebie spacyfikować się nie udało. Po uwolnieniu od razu zapowiadałeś, że wrócisz na Białoruś, mimo że wszyscy – łącznie ze mną – ci to odradzali. Pojechałeś na granicę i co? Powiedziałeś: „Oto jestem”?

Oddałem paszport do kontroli. Kiedy wbito moje dane, zapaliły się chyba wszystkie czerwone lampki, jakie tam mają. Pojawił się kapitan, najpewniej z KGB, który zaprosił mnie na rozmowę. Chciał, żebym wziął telefon. Odpowiedziałem, że owszem, mam go przy sobie, ale jest zablokowany, a ja dobrowolnie go nie odblokuję. Zapytali mnie, kiedy stąd wyjeżdżam. Odpowiedziałem: „Dziwne pytanie, przecież ja tu przyjechałem na zawsze”. Ostatecznie uznali, że rozmowa ze mną nie ma sensu. Trwało to około 10 minut, po czym pozwolono mi jechać do domu.

Reklama
Reklama

Poczobut wrócił na Białoruś. Jak stał się „potężnym symbolem nieprzejednania”

Myślisz, że grodzieńskie KGB złapało się za głowę, że znowu mają Poczobuta u siebie?

Nie wywołało to w KGB aż takich emocji. Na pewno emocje pojawiły się wśród ludzi zaangażowanych w białoruską propagandę. Wylało się na mnie morze paszkwili. Odebrałem to jako wściekłość z bezsilności. Ewidentnie wewnątrz aparatu władzy, który na zewnątrz wydaje się monolitem, są tarcia. Część aparatu siłowego chce nieustannych represji, bo to zapewnia im pracę i wpływy, ale są też pragmatycy, którzy widzą, że represje blokują współpracę z Zachodem, a od niej zależy stabilność gospodarki. Stabilność gospodarki gwarantuje Łukaszence utrzymywanie się przy władzy.

Czułeś się obserwowany w Grodnie?

Kiedy tylko wszedłem do mieszkania, zanim rozpakowałem walizki, do drzwi zadzwonił milicjant z włączonym rejestratorem. Znowu pytał, kiedy wyjeżdżam, gdzie pracuję, jaki mam numer telefonu. Potem wyszedł, zameldował coś „smutnym panom” w cywilnym aucie pod blokiem, po czym wrócił i wezwał mnie na komisariat. Prawo przewiduje taki dozór nad osobami skazanymi z ciężkich artykułów. Zgodziłem się. Jednak następnego dnia żona odebrała telefon z informacją, że nigdzie nie muszę iść, bo „nie mają do mnie pytań”. Potem swobodnie jeździłem po kraju. Odwiedzałem działaczy Związku Polaków w Mińsku, Brześciu, małych wsiach. Obserwacji nie czułem, choć kto wie. Może była.

Reklama
Reklama

Andrzej Poczobut opowiedział żart o Łukaszence, który krążył w białoruskim więzieniu

A co czułeś, kiedy przejechałeś granicę i stanąłeś na białoruskiej ziemi, której tak naprawdę nie widziałeś przez pięć lat? Nie wiem, jak wyglądał twój transport na polską granicę po uwolnieniu, ale rozumiem, że bezpośrednio z Nowopołocka zostałeś odstawiony na granicę białorusko-polską.

Jechałem wtedy samochodem, dookoła siedzieli ludzie w kominiarkach. Jedna osoba nie miała kominiarki i próbowała ze mną prowadzić jakąś rozmowę. To byli funkcjonariusze KGB. Tak wyglądał mój przejazd z Nowopołocka do Puszczy Białowieskiej. Trafiłem na zamknięte przejście graniczne, które zostało otwarte w celu dokonania wymiany. Chcę przypomnieć, że wtedy odbyła się wymiana pięciu na pięciu. Mnie wymieniano na rosyjskiego archeologa Aleksandra Butiagina. To była pierwsza wymiana, a później dokonano jeszcze cztery.

A kiedy teraz przekroczyłeś granicę z Białorusią, co czułeś, widząc Grodno po pięciu latach łagru?

Byłem bardzo szczęśliwy, że wracam do domu, że zobaczę rodziców. Grodno się zmieniło, powstały nowe osiedla. W obozie człowiek żyje jednym dniem, który nieustannie się powtarza, więc nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Dopiero gdy zobaczyłem syna i to, jak bardzo urósł – ma teraz metr dziewięćdziesiąt wzrostu – dotarło do mnie, jak długie było to pięć lat. W 2021 r. mogłem go wziąć na plecy i nosić. A teraz chyba on mógłby nosić tak mnie. On mnie zresztą na początku nie poznał. Byłem potwornie wychudzony.

Reklama
Reklama

Które z miejsc odwiedzonych przez ciebie na Białorusi było dla ciebie najważniejsze?

Odwiedziłem m.in. Surkanty. Jest tam cmentarz żołnierzy Armii Krajowej, którym Związek Polaków opiekował się od lat. To miejsce, które w 2022 r. zostało przez władze zrównane buldożerami z ziemią. Kiedy dowiedziałem się o tym w więzieniu, czułem ogromną bezsilność. Będąc na miejscu, mogłem się tylko pomodlić. Dziś nawet śladu po cmentarzu nie ma, tylko drzewa wyznaczają teren, gdzie spoczywają szczątki naszych bohaterów. Reżim zniszczył też cmentarz w Mikuliszkach i usuwał polskie pomniki.

Wróćmy do łagru w Nowopołocku. To obóz owiany najgorszą sławą.

Uważany jest za więzienie numer jeden. Otwarcie stawia się tam na łamanie ludzi. Większość czasu spędziłem w karcerze i w PKT – to takie więzienie wewnątrz obozu, przeznaczone dla „niepoddających się resocjalizacji”. Przez dwa lata żyłem w celi z otwartym oknem, które czasem dało się zakryć ręcznikiem, a czasem nie. Nie można go było zamknąć nawet zimą, niezależnie od tego, jak duży panował mróz. To miejsce, którego więźniowie się boją, bo stworzone tam są najcięższe warunki. Nie mogłem dostawać normalnych paczek z domu. Nie masz tam koca, poduszki, materaca. Jest potwornie zimno. Najtrudniej jest między sezonami, kiedy już jest zimno, ale ogrzewanie w celi jest jeszcze wyłączone. Wtedy nie da się normalnie spać. Budzisz się z zimna i się trzęsiesz. Musisz się cały czas ruszać i rozgrzewać. W ciągu dnia nie możesz się położyć, bo to naruszenie regulaminu grożące przedłużeniem kary. Kamery patrzą na ciebie całą dobę.

Reklama
Reklama

I jak się położysz w ciągu dnia, to co się dzieje?

Może być natychmiastowa reakcja, a może nic się nie wydarzyć. To zależy od tego, w jakiej konkretnie sytuacji znajduje się dany więzień. Podstawą systemu jest ubezwłasnowolnienie człowieka. Jeżeli jest posłuszny władzy, to władza może przymknąć oko. Ale jeżeli nie jest posłuszny, to władza będzie go karała niezależnie od tego, czy popełnił wykroczenie, czy nie popełnił wykroczenia. Sedno wychowania w obozie polega na tym, że obywatel ma być posłuszny.

„Mój grzech? Byłem zbyt polski”. Poczobut obnażył białoruski absurd

Ale może się zdarzyć tak, że ty się położysz, a oni wchodzą i biją?

Najcięższy okres w Nowopołocku był wówczas, kiedy naczelnikiem był pułkownik o nazwisku Palczyk. Ja trafiłem do Nowopołocka, gdy nastąpiła zmiana kierownictwa i już takiego bicia politycznych więźniów nie było. Ale były sytuacje, kiedy słyszałem, jak bito więźniów kryminalnych.

Zobacz cały wywiad z Andrzejem Poczobutem:  

Ale słyszałam to z rozmów, niekoniecznie przed kamerą i niekoniecznie chcę wskazywać od kogo, o sytuacjach, w których pokazują ci zdjęcie twojego syna i mówią: „No wiesz, bo jak nie będziesz chciał z nami rozmawiać, to twój syn może na przykład wpaść pod autobus”.

Reklama
Reklama

Myślę, że białoruskie służby stosowały różne taktyki. Mnie nie grożono tym, że coś się stanie z moją rodziną, ale w momencie zatrzymania, kiedy byłem jeszcze w więzieniu śledczym w Wołodarce, przekazałem przez adwokata informację żonie, że w momencie, jeżeli ona poczuje, że jest jakiekolwiek zagrożenie, to niech zabiera dzieci i jedzie do Polski. I że ma się mną nie przejmować absolutnie.

A ile razy się widzieliście w trakcie pięciu lat, kiedy byłeś najpierw w aresztach śledczych, a później w kolonii karnej?

Przez dwa lata, dopóki toczyło się śledztwo, nie było pozwolenia na widzenia. Później po uprawomocnieniu się wyroku były dwa miesiące, kiedy dawano pozwolenie na spotkania. W ciągu tych dwóch miesięcy mieliśmy kilka spotkań. Od uprawomocnienia się wyroku do momentu zwolnienia z więzienia żadnych widzeń nie było.

Czyli można policzyć te spotkania na palcach.

Tak, to nie była duża liczba spotkań. Oprócz tego to był krótki okres, czyli od momentu wyroku do momentu uprawomocnienia się wyroku.

A listy dochodziły?

Tak, listy dochodziły.

Choć podobno nie wszystkie. I podobno nie mogłeś pisać po polsku, tak?

Tak, to była też wojna za język polski. Z synem od zawsze rozmawiam tylko po polsku, więc tak też do niego pisałem. Listy były blokowane. Dopiero po oficjalnych skargach i przejściu przez biurokratyczną machinę, powołując się na prawo do używania języka ojczystego, wymusiłem dostarczanie moich listów. Ale to skończyło się w dniu uprawomocnienia wyroku – od tego momentu administracja nakazała mi pisać wyłącznie w języku państwowym: rosyjskim lub białoruskim.

Reklama
Reklama

Czy trudniej było w karcerach, gdzie nie miałeś się do kogo odezwać, czy w celach, do których dokwaterowywano ci na przykład chorych na HIV?

Samotność była znacznie trudniejsza. Czuję się dziennikarzem i patrzę na ludzi z przekonaniem, że w każdym kryje się coś ciekawego. Trzeba to tylko wydobyć, odkryć tę jego niezwykłą historię. Budowałem relacje z przeróżnymi ludźmi i jakoś sobie z tym radziłem. Paradoksalnie, bardzo dobrym okresem był czas spędzony w piwnicznej celi w Wołodarce. Warunki były potworne – w 24-osobowej celi na głowę przypadało 1,1 metra kwadratowego przestrzeni. Człowiek był zmuszony do ciągłego stania w kolejkach: do ubikacji, po wrzątek i tak dalej. Cały czas żyjesz w ogromnym tłoku, ale obcujesz z ludźmi. A ponieważ to więzienie śledcze, towarzystwo nieustannie się zmieniało: ktoś jechał do sądu, ktoś do łagru, a na jego miejsce przychodził nowy. Mimo trudnych warunków ten czas bardzo szybko mi zleciał. Z kolei w karcerze, gdy byłem sam, dni i godziny niemiłosiernie się wydłużały. Każdy dzień był kopią poprzedniego. Czasem traciłem poczucie czasu – nie wiedziałem, czy minęło pięć minut, czy pięć godzin. Działo się dokładnie to samo, co tydzień czy miesiąc wcześniej. To było naprawdę trudne.

A po czym poznawałeś, że możesz już komuś zaufać?

Reklama
Reklama

Moment. Ja nikomu nie ufałem. Rozumiesz? O Związku Polaków w ogóle nie rozmawiałem. Mogłem za to opowiadać przeróżne historie ze swojego życia. Czasem wyglądało to tak, że opowiadam coś współwięźniowi, a on – ewidentnie współpracujący z administracją – nagle pyta: „Słuchaj, a ty o tym pisałeś?”. Bo ja celowo opowiadałem tylko to, co już dawno sam opisałem w mediach i opublikowałem. Za to jeśli ktoś z własnej woli coś mi opowiadał, słuchałem z czystej ciekawości.

Czyli nie siedzieliście sobie i nie narzekaliście, jakim to okropnym człowiekiem jest Alaksandr Łukaszenka?

Nie no, o Łukaszence też się zdarzało rozmawiać, a nawet opowiadać dowcipy.

Opowiesz nam jakiś?

Zbliża się koniec świata, więc Pan Bóg wzywa prezydentów: Obamę, Putina i Łukaszenkę. Mówi do nich: „Panowie, idzie koniec świata, uspokójcie lud, niech się do tego przygotuje”. Jest orędzie prezydenta Obamy, który mówi: „Amerykanie, mam dla was dwie wiadomości. Jedna dobra, jedna zła. Ta dobra to taka, że Pan Bóg rzeczywiście istnieje. A zła, że jutro jest koniec świata”. Putin z orędziem występuje i mówi: „Rosjanie, mam dla was dwie złe wiadomości. Pierwsza: Pan Bóg rzeczywiście istnieje, druga: jutro jest koniec świata”. No i występuje Łukaszenka i mówi: „Białorusini, mam dla was dwie dobre wiadomości. Pierwsza: legalność moich wyborów uznał Pan Bóg. Druga: będę rządził do końca świata”.

Reklama
Reklama

Andrzej Poczobut o powrocie na Białoruś. Tłumaczy powody

Śmiali się?

Oczywiście.

Czyli nie baliście się o nim rozmawiać? Nie był to temat w stylu „o sam wiesz kim”?

Nie, aż tak to nie. Zazwyczaj, jeśli ktoś już coś o nim mówił, to używał oczywiście odpowiednich określeń. Ale generalnie tematu Łukaszenki w rozmowach się unika. Myślę zresztą, że dziś w całym państwie jest podobnie – to po prostu temat tabu.

Paweł Mażejka, którego znasz lepiej ode mnie, po wyjściu z więzienia – trochę wcześniej niż ty – wspominał, że więźniowie polityczni byli specjalnie oznaczani. Oczywiście od razu nasuwa się skojarzenie z żółtą gwiazdą Dawida, którą podczas II wojny światowej musieli nosić Żydzi. Czy ty też musiałeś nosić jakąś opaskę?

To nie była opaska. Każdy więzień ma na ubraniu specjalną naszywkę. Tyle że w przypadku więźniów politycznych, których reżim uznaje za ekstremistów, ta naszywka jest koloru żółtego. Stąd właśnie wzięło się to skojarzenie z gwiazdą Dawida z czasów okupacji.

Czy to żółte oznaczenie sprawiało, że strażnicy i inni więźniowie odnosili się do was inaczej?

Z innymi więźniami nie miałem problemów. Oczywiście w łagrze wybuchały różnego rodzaju konflikty, ale potrafiłem sobie z nimi radzić i jakoś je łagodzić. Zasadnicza różnica dotyczy administracji – ta traktuje więźniów politycznych jako osoby wymagające szczególnej formy resocjalizacji. Wywiera się na nich wyjątkową presję. Więzień polityczny, trafiając do obozu, z góry znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji.

Reklama
Reklama

Poczobut o powrocie na Białoruś. Jestem moralnie, psychicznie przygotowany

Próbowano cię złamać?

Więzienie polityczne to dla administracji walka o stworzenie bezosobowego tłumu. Wszyscy ubrani na czarno, ogoleni na łyso, pokorni. Kiedy trafia tam więzień, który się wyróżnia, który ma autorytet, natychmiast próbuje się go złamać albo zmusić do współpracy. Mnie nie bito, ale w ciągu pięciu lat administracja przećwiczyła na mnie wszystkie inne instrumenty: głód, niewyobrażalny chłód, izolację.

Był taki moment, gdy chciałeś się poddać i podpisać prośbę o łaskę?

Nie. Nie było takiego momentu. Ale był czas, kiedy myślałem, że umrę. Przez siedem miesięcy nie podawano mi leków nasercowych, które muszę przyjmować codziennie. Ciśnienie skoczyło do 220. Doszło do tego, że lekarka więzienna odmówiła zgody na dalsze trzymanie mnie w karcerze, bo obawiała się, że tego nie przeżyję.

Czy mimo izolacji wiedziałeś, że w Polsce jesteś nagradzany i wspierany?

Docierały do mnie strzępy informacji. Przez szybę, w obecności funkcjonariusza służby więziennej nagrywającego każde słowo, rozmawiałem z moją adwokatką. Każdy taki sygnał ze świata, że ktoś o mnie pamięta, był jak uścisk dłoni przyjaciela. Trzymał mnie przy życiu.

A w imię czego to wszystko znosiłeś? O co tak naprawdę walczysz?

Reklama
Reklama

Dlaczego trawa, która rośnie pod asfaltem, przebija go? Bo jest trawą. Ja zachowuję się tak, a nie inaczej, bo po prostu taki jestem.

To piękna metafora, ale dla wielu wciąż trudna do zrozumienia. Mogłeś żyć wygodnie w Polsce, komentować wydarzenia z bezpiecznej odległości.

Odwaga przychodzi w miarę powstawania problemów. Ja byłem w konflikcie z autorytarnym państwem od 2005 r., kiedy reżim uderzył w Związek Polaków. Broniliśmy wtedy prawa do samostanowienia naszej organizacji. Obserwowałem, jak władza uderza w polskie szkoły, jak w państwowej telewizji pokazywano bombowce zrównujące miasta z ziemią na przemian z logo Związku Polaków. Władza robiła z nas terrorystów tylko dlatego, że uczyliśmy polskiego języka i dbaliśmy o groby. Dla mnie polskość to nie jest kwestia granic państwowych. Polskość ma się w środku. Na Białorusi tysiące ludzi zachowało twarz, nie dało się złamać. Nie mogłem ich zawieść. Związek Polaków przetrwał jako jedyna niezależna organizacja, bo zadziałała zasada tarczy: to liderzy biorą na siebie uderzenie. Wiedziałem, że jeśli aresztują mnie, być może nie aresztują setek zwykłych nauczycieli i członków Związku.

Czytaj również: Łatuszka o uwolnieniu Poczobuta: Łukaszenka został zmuszony do ustępstw

Reklama
Reklama

Jak syn patrzy na te stracone lata? Tłumaczyłeś mu to?

Syn jest w tej historii najbardziej poszkodowaną osobą. Mam tego pełną świadomość. Pisałem do niego w listach, że być może dzisiaj mnie nie rozumie, ale kiedy dorośnie, to pojmie. Zależy mi tylko na jednym – żeby moje dzieci nigdy nie miały powodów, by się mnie wstydzić. Jeśli kiedyś będą ze mnie dumne, to mi wystarczy.

Napisałeś historię własnym życiem. Masz w planach książkę?

Tak, piszę książkę. Mam ogromną potrzebę wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, co widziałem w łagrach i więzieniach – od Wołodarki w Mińsku po Nowopołock. To też swego rodzaju terapia. Kiedy postawię ostatnią kropkę, ten rozdział będzie zamknięty. Będę stale mieszkał na Białorusi. Oczywiście będę wyjeżdżał, ale jeśli zajdzie potrzeba, abym był na miejscu ze Związkiem Polaków – stawię się tam natychmiast. Skupiam się teraz na historii. Dziennikarstwa na Białorusi już nie ma. Została państwowa sowietologia. Będę więc badał i opisywał historię Polaków na tych ziemiach.

Słuchacze nazywają cię „człowiekiem z żelaza”.

Bardzo staram się unikać takich epitetów. To gruba przesada, która stanowi tylko dodatkowy ciężar na plecach. Wolałbym, żeby nazywano mnie po prostu: Andrzej Poczobut.

Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama