Czasami dziennikarze w przypływie refleksji nad kolejnym przypadkiem przemocy pytają, co jeszcze jako kraj możemy zrobić, aby dzieci w Polsce były bezpieczne i już żadne z nich nie doznało krzywdy, niezależnie od jej formy. Opinia publiczna, porażona brutalnością kolejnego medialnego przypadku, koniecznie chciałaby coś zmienić, zadziałać, po części też po to, aby odzyskać poczucie wpływu.
W takim momencie moglibyśmy wyciągnąć opasły notatnik i zacząć po kolei wymieniać, że potrzebujemy specjalistycznych służb w każdej gminie czy powiecie, które będą zorientowane na ocenę bezpieczeństwa dziecka, wielodyscyplinarnych ośrodków pomocy, porządnie wytrenowanych i wyspecjalizowanych sędziów w sprawach rodzinnych. Przykłady można mnożyć.
Gdy krzywdzone jest dziecko, państwo często widzi za mało i reaguje za późno
W tych dyskusjach eksperckich i quasi-eksperckich umyka nam jednak to, jak język debaty społecznej czy nawet naszych zwykłych codziennych rozmów wpływa na to, że dzieci są najwyżej ubocznym przedmiotem, a nie podmiotem polityk publicznych.
Nieznośne kaszojady
Pamiętam taki Sejm Dzieci i Młodzieży, w trakcie którego młody człowiek odważył się mieć zdanie dalece odbiegające od mainstreamu w temacie członkostwa Polski w Unii Europejskiej i niejeden profesor nie miał problemu, aby w mediach społecznościowych pod swoim imieniem i nazwiskiem wyzwać dziecko i jego rodzinę.
Dobrze wiemy, kto i kiedy pisał o masowej defekacji na wydmach jako (domniemanym) efekcie wprowadzenia 500 (obecnie 800) plus, niezależnie od faktycznie stwierdzonego spadku ubóstwa wśród populacji dzieci w Polsce.
Dzieci zabrane rodzicom po interwencji RPD. Psycholog: Ta pani nie wie, czym pachnie dom dziecka
Gdzie się nie obejrzymy, dzieci są problemem. Używanie słów „gówniaki” czy „kaszojady” nie jest ani trochę ujmą na wizerunku czy „obciachem”. Idziemy do restauracji, a tam awantura toczy się nie wokół tego, że pies bez kagańca ugryzł dziecko, tylko wokół tego, dlaczego „niewychowane” dziecko ośmieliło się psa dotknąć. A przecież nawet zwykła logika przemawia za tym, że pies bez kagańca jest tym, który radzi sobie z obecnością ludzi i jest dla nich całkowicie bezpieczny. Nikt (nawet obsługa) nie zadaje pytań o postępowanie właściciela psa.
Dziecko sąsiada czy dziecko siedzące w naszym przedziale/samolocie nie płacze, a „ryczy”, a umęczonemu rodzicowi nikt z obecnych nie poda chusteczki, która spadła. Zamiast tego spotka się w najlepszym przypadku z odwróconym wzrokiem, przewracaniem oczu czy wymownym westchnięciem. Może się zdarzyć, że rodzic dziecka, które płakało w podróży, obejrzy o sobie i swojej rodzinie rolkę w mediach społecznościowych, na której drobiazgowo analizowane jest ich zachowanie, w tym każde ewentualne potknięcie, przy akompaniamencie rozpaczy nad zepsutym urlopem. A przecież nie tylko dzieci płaczą, dorośli też krzyczą, też hałasują, i to często nawet dużo swobodniej niż rodzina na tym jednym, jedynym urlopie w roku.
Siedem milionów problemów
Firmy nie wstydzą się wprowadzać godzin czy dni „wolnych od dzieci”. Jeden z parków wodnych z dumą promował swoje „godziny bez dzieci” zdjęciem przekreślonego, płaczącego dziecka. Godziny nie bez powodu były reklamowane jako godziny bez dzieci, a nie godziny dla dorosłych (w których nie ma nic złego, podobnie jak w strefach czy miejscach tylko dla dorosłych), gdyż ten efekt obliczony na wykorzystanie antagonizmów społecznych nie mógł się nie powieść. I w tym samym klimacie pojawia się pomysł „stref wolnych od dzieci”. Już sama nazwa jest znacząca, nie mówi o komforcie, spokoju czy zasadach korzystania z danej przestrzeni, ale wskazuje dziecko jako problem, przed którym trzeba się chronić.
To bardzo mocny komunikat: tutaj dzieci są niemile widziane. Oczywiście każdy ma prawo do ciszy i odpoczynku, a miejsca mogą mieć różny charakter, ale warto zastanowić się, dlaczego tak często rozwiązaniem staje się po prostu wykluczenie dzieci zamiast tworzenia przestrzeni, w których różne potrzeby mogą się ze sobą spotkać. I to wszystko pomimo tego, że każdy z nas ma w najbliższej rodzinie czy wśród przyjaciół jakieś dziecko, a sami też kiedyś byliśmy dziećmi. Przedsiębiorcy wiedzą, że nie grozi im ostracyzm, lecz aprobata, mimo że swoim postępowaniem wykluczają około siedmiu milionów młodych Polaków.
Masz dzieci? To one zdecydują, z kim będziesz spędzać weekendy
Przekładając tak zastaną społeczną rzeczywistość na polityki publiczne, zupełnie nie dziwi nas, że dzieci występują w nich koniunkturalnie i zwykle jako problem do rozwiązania.
Gdybyśmy chcieli poważnie rozmawiać o tym, jakiej Polski chcemy dla dzieci, na stole leżałby od dawna dokument solidnej strategii na rzecz dzieci, który co kilka lat podlegałby ewaluacji na podstawie twardych danych.
Takiego dokumentu nie ma. Nie powstał dotąd nawet Plan Przeciwdziałania Przemocy Wobec Dzieci, zapisany w ustawie Kamilka trzy lata temu.
Nie dziwi, że dwa lata temu Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało powstanie systemu śledzenia losów dziecka i jak dotąd to się nie udało. A system miał powstać, aby sędzia prowadzący sprawę dotyczącą jednego dziecka nie musiał ręcznie przeszukiwać rejestru sądowego, aby upewnić się, czy aby na pewno nie toczy się (tyle że przed innym sędzią) sprawa dotycząca nieprawidłowego wykonywania władzy rodzicielskiej nad tym dzieckiem. I po to też, aby w sytuacjach takich jak sprawa Kamilka z Częstochowy dokumentacja odpowiednio szybko szła za dzieckiem, nawet jeśli rodzina się przeprowadzi.
Książulo poszedł do zoo. I pokazał, gdzie kończy się troska o zdrowe żywienie dzieci
Nie zaskakuje zupełnie, że raz Rzeczpospolita jest dwudziestą gospodarką świata, a innym razem nie może zapewnić wszystkim mniejszym dzieciom jednego bezpłatnego, ciepłego posiłku dziennie.
Nie wspominając już nawet o takich drobiazgach jak postulaty Sejmu Dzieci i Młodzieży, które po sesji zdjęciowej i paru rolkach w mediach społecznościowych co roku trafiają w czarną nicość.
Jak zakończyć ten gorzko-gorzki tekst? Czy da się sprawić, aby dzieci w Polsce nie były obecne w języku debaty społecznej tylko jako problem, koszt albo kłopot? Tego nie wiem. Mam jednak wrażenie, że dopóki nie zmieni się sposób, w jaki o dzieciach mówimy i w jaki je widzimy, dopóty będziemy powtarzać te same historie, te same tragedie i te same obietnice bez pokrycia.


