Piszę o tym nie bez przyczyny – BMW wcale nie musiało tworzyć nowej „trójki” na podobieństwo elektryka. Bo choć oba auta wyglądają łudząco podobnie – poniżej zdjęcia obu samochodów – tak naprawdę nie mają nic wspólnego.
Ktoś widzi różnicę? Nie? Ja to rozumiem.
Centymetr mniej tu, centymetr więcej tam... a tak naprawdę jedyne, co łączy oba auta, to język stylistyczny, który Niemcy nazywają Neue Klasse. Czy to dobry wybór? Rynek to zweryfikuje, aczkolwiek pierwsze auta stworzone w tym stylu, czyli elektryczne iX3 oraz wspomniane już i3, zostały doskonale odebrane przez media.
Ba, sam chwaliłem iX3 na łamach Zero.pl.
W pewnym sensie nawet dziwię się Niemcom, bo oba auta nie mają nawet jednego wspólnego elementu nadwozia
Tak, żaden z paneli nowej „trójki” nie pasuje do i3 i odwrotnie. Maska, nadkole, cokolwiek. Za 20 lat trzeci właściciel tego auta też nie wspawa ćwiartki z elektryka po dzwonie. Chociaż może nie doceniam pomysłowości ludzi.
W każdym razie to dość odważna decyzja. Auta z jednej strony są podobne, z drugiej – linie produkcyjnie nie zazębiają się właściwie w żadnym momencie. Ba, auta w ogóle powstają w innych fabrykach. A można było przecież obniżyć koszty. Przynajmniej na mój chłopski rozum, ale zapewne ktoś sobie to wszystko w Monachium policzył.
Tak więc nowe BMW 3 jest dłuższe o 5 mm od i3 i ma 4765 mm długości. Jest z kolei węższe o 1,5 cm (i ma 1850 mm) i niższe o 2,5 cm (i ma 1455 mm wysokości). Bagażnik jest o 30 litrów większy niż w elektryku, ale elektryk ma jeszcze frunk, więc się to wszystko wyrównuje.
Oba auta mają też kierunkowskazy. Przepraszam. Musiałem.
Przede wszystkim łączy je jednak wnętrze, w którym pierwsze skrzypce gra rozpościerający się przez całe wnętrze ekran iDrive. To ten, który na zdjęciach znajduje się na podszybiu i jest de facto gigantycznym, wirtualnym kokpitem. Do tego dochodzi dość fikuśna kierownica (jednak inna niż w iX3) oraz charakterystyczny, „przetrącony” ekran multimedialny.

Wnętrze nowego BMW 3. (fot. Fabian Kirchbauer / materiały prasowe BMW)
Czas na kolejnego suchara: w gamie silnikowej nowego BMW 3 nie ma żadnej wersji czysto elektrycznej
Ciekawe czemu... Ale już poważnie: na dzisiaj nie ma nawet żadnego diesla, są same benzyny, prawie wszystkie w jakimś stopniu zelektryfikowane. Na razie są to (poza bazową wersją) miękkie hybrydy, z czasem dojdzie wersja PHEV.
Na szczycie gamy silnikowej stoi wersja M350 xDrive z osiągami, których jeszcze niedawno nie powstydziłoby się pełnoprawne M3. Mamy tu oczywiście trzylitrową, sześciocylindrową (chociaż to wcale nie jest takie oczywiste w 2026 r.) benzynę z układem miękkiej hybrydy i podwójnym turbo. Moc to 443 KM, a sprint do 100 km/h to 4,1 sekundy.
Jak to w BMW, nie zabrakło bajerów. Samochód ma np. opcję służącą do utraty prawa jazdy w Polsce. I nie mówię o elektronicznym kagańcu założonym dopiero przy prędkości 250 km/h, ale o funkcji określonej jako „moment driftu”. Zapewne coś więcej niż „moment” otrzymają właściciele „prawdziwych” M3.
Na drugim biegunie jest bazowa wersja 318. 156 koni mechanicznych, niemal 10 sekund do setki. Tak więc nowa „trójka” jest dostępna i dla wielbicieli wrażeń, i dla… klientów flotowych. To akurat dla BMW zresztą istotne, bo chociaż to marka premium, mówimy o firmie, która w minionym roku zajęła czwarte (!) miejsce w Polsce pod względem rejestracji nowych aut.
Wszyscy się będą czepiać, a sprzeda się jak zawsze
Pewnie wszyscy zainteresowani motoryzacją pamiętają szok poznawczy przy premierze ostatniego M3. Szok poznawczy wyglądał tak:

BMW M3 CS. (fot. UWE FISCHER / materiały prasowe BMW)
I co? Wszyscy się najęczeli, a w Monachium jednak mieli rację. Dziś już nikt na te gigantyczne nerki nie zwraca uwagi. Zresztą: BMW jest szczególnie uwielbiane właśnie u nas, w Polsce, o czym świadczą słupki sprzedaży, o których wspomniałem wyżej, ewidentnie nawet docinki mojego redakcyjnego kolegi Złomnika nie podziałały na Polaków głodnych BMW.
Czemu o tym piszę? Bo nie da się ukryć, że cały ten język Neue Klasse jest dość kontrowersyjny. Ale tym razem chyba jednak Niemcom udało się zamiast szokować po prostu trafić w gust kierowców. Bo komu nie pokazywałem wspomnianego iX3, ten był zachwycony tym autem. Nie inaczej pewnie będzie teraz.
A może już po prostu wszyscy przywykliśmy przez Chińczyków do szalonych projektów?
Skoro już o Chińczykach, to zupełnie szczerze – zawsze miło jest popatrzeć, kiedy europejski koncern, w którego łańcuch dostaw są wplecione także polskie biznesy, nie daje się przygnieść chińskiej nawałnicy. Chociaż trzeba oddać, że akurat w tym segmencie Chińczycy nie za bardzo mają się czym u nas popisać. Jednak poszli – zgodnie z rynkowymi trendami – w SUV-y.
Podejrzewam, że kierunek dla rynku jest jasny. Elektryki i spalinówki mają być nieodróżnialne
To też nie pierwszy raz, kiedy bawarski koncern przećwiczył taki schemat. Obecne Mini jest przecież łudząco podobne do siebie, mówię o spalinowym i elektrycznym. Przy czym to również zupełnie inne auta. Czyli tak jak tutaj.
Rynek pewnie będzie szedł w tym kierunku, bo przecież inni robią to samo. Lubują się w tej zagrywce zwłaszcza w Stellantisie, gdzie szereg modeli jest praktycznie nie do odróżnienia. Np. spalinowe i elektryczne wersje Peugeota 208. Albo Jeep Avenger.
Hyundai Kona elektryczny i spalinowy w Polsce też równi się głównie kolorem tablicy rejestracyjnej.
Po co to wszystko? To akurat oczywiste – żeby każdy nabrał (słusznego) przekonania, że elektryk to samochód jak każdy inny. Tym bardziej, że i próg wejścia robi się coraz bardziej zbliżony. BMW i3 w podstawie nie jest dużo droższe od BMW 3. Coraz częściej podobne są też ich osiągi (wszyscy poza Chińczykami już odkryli, że auto elektryczne naprawdę nie musi mieć 400 koni w najsłabszej wersji), do tego skraca się czas ładowania wersji elektrycznych.
Być może kolejne BMW 3 to będzie już po prostu i3. Co w sumie nie byłoby czymś złym, bo Bawarczycy robią fajne elektryki.
Może zainteresuje cię także:




