Poniedziałek – „Lalka”. Wtorek – „Lalka”. Środa – jeszcze raz Polska. Jeżeli spędziliście ostatnie tygodnie w lodowej bryle, możecie nie wiedzieć, że najgorętszą narodową awanturą jest ta o adaptację XIX-wiecznej literackiej klasyki. Szczerze mówiąc, bywało gorzej. Nawet jeśli poziom czytelnictwa nie wystrzeli w kosmos, zawsze to miła odmiana od kłótni o politykę migracyjną albo stan polskiej piłki.
My również wzięliśmy w tym kolektywnym szaleństwie udział. Serialową „Lalkę” mamy za sobą. Tę filmową od dziś możecie oglądać w polskich kinach. Pozostało nam porównanie – rzecz fundamentalnie nieistotna (no bo jak tu porównywać kuchnię molekularną do domowego schaboszczaka z kapustką), ale dająca sporo frajdy. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, jak różne cele przyświecały twórcom obydwu adaptacji.
W czerwonym narożniku – serial Pawła Maślony. W niebieskim – film Macieja Kawalskiego. Która „Lalka” ma lepszego Wokulskiego? W czym tkwi przewaga jednej Łęckiej nad drugą? Kto okazał się obsadowym strzałem w dziesiątkę, a kto porażką? Wreszcie – która adaptacja rozmawia z Prusem, a która jedynie wykonuje jego polecenia? Sprawdzamy!
Nie deptać Prusa! Recenzujemy kinową „Lalkę”
Runda 1: Ignacy Rzecki – subiekt czy obiekt?
Marek Kondrat może być o ćwierć wieku za stary na rolę Ignacego Rzeckiego, ale nawet z siwą czuprynką wydaje się żywym wspomnieniem świata dawnych wartości. Jest jednocześnie przyjacielem, mentorem i sumieniem Wokulskiego.
Na płaszczyźnie fabularnej oznacza to tyle, że obydwie postaci mogą się w sobie przeglądać i wzajemnie suszyć sobie głowę – tak jak Prus przykazał. Na płaszczyźnie aktorskiej ściągniętemu z emerytury weteranowi wystarczy czasem jeden ruch brwią, by oddać wszystkie kluczowe cechy literackiego pierwowzoru.
Serialowy Rzecki blednie na tym tle i nie ma w tym winy świetnego aktora, Dariusza Chojnackiego. To raczej kwestia chybionego pomysłu na samą postać. Jako że scenarzyści ewidentnie celują w warszawską wersję doktora Watsona, uwieszony na ramieniu Wokulskiego Rzecki zostaje zdegradowany do roli jego kibica. Wątek płomiennej miłości do prostytutki Marianny (która u Prusa jest postacią epizodyczną) sprawia wprawdzie, że bohater ma coś do roboty. Lecz w gruncie rzeczy jego znaczenie w fabule jest marginalne. Punkt dla filmu.

Marek Kondrat w roli Ignacego Rzeckiego w filmie „Lalka” (reż. Maciej Kawalski, prod. Gigant Films, 2026) (fot. materiały prasowe)
Runda 2: Warszawa – miasto, którego nie było
„Oto miniatura kraju, w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć” – zauważa Wokulski w powieściowej „Lalce”. A myślałem, że to mnie dopada chandra na Powiślu…
Serial Netfliksa traktuje Warszawę – jedną z ważniejszych bohaterek Prusa – jako fotogeniczne, ale jednak tło dla opowieści o podszeptach ludzkiej natury oraz „klasowych” marzeniach Wokulskiego. Miasta widzimy niewiele, najczęściej pełni ono czysto użytkową funkcję. Jasne, bywają momenty, w których scenografia staje się pejzażem świadomości bohaterów. Choćby w sekwencji, gdy Łęcka trafia do przytułku i zostaje skonfrontowana z faktyczną skalą ekonomicznych dysproporcji w mieście. Najczęściej jednak „Lalka” nie jest opowieścią o Warszawie.
Film ma tu znaczną przewagę. Oddycha nieco szerszymi planami, zaś operator i reżyser chętniej zapuszczają się w brukowany labirynt. Nie powiedziałbym, że czyni to z kinowej „Lalki” miejski epos godny „Ziemi obiecanej”. Na pewno jednak stanowi krok w dobrą stronę i pozwala wyeksponować pozytywistyczną stronę Wokulskiego – frasunek losem najbiedniejszych to ważny element tej postaci. Przyznam natomiast, że serialowy Stachu ma fajniejszy sklep. Antresolka, tego… Widać, że się powodzi.
Runda 3: Baron Krzeszowski i Kazimierz Starski. Dziady
Para nominalnych „czarnych charakterów” z powieści Prusa zagrana przez kwartet fantastycznych aktorów – Borysa Szyca i Piotra Adamczyka (Krzeszowski) oraz Mateusza Damięckiego i Piotra Packa (Starski). Panowie są jaskrawą metaforą zepsutej arystokracji, choć oczywiście każda z postaci symbolizuje co innego – jedna upadek ekonomiczny, druga zaś moralny.
W obydwu przypadkach serial Maślony oferuje nieco ciekawsze portrety bohaterów. Filmowy Krzeszowski w wykonaniu Szyca to salonowy pajac, którego jedyną konstytutywną cechą jest pycha. Krzeszowski Adamczyka kryje w sobie coś znacznie mroczniejszego – zwłaszcza, że bohater pozostaje jednym z fundamentów zardzewiałych struktur władzy. Przy okazji aktor wnosi na ekran hollywoodzki luz.
W starciu z Packiem Damięcki notuje znacznie dotkliwszą porażkę, choć znów – winiłbym tu raczej scenarzystów. W filmowej wersji Starski pojawia się na ekranie zbyt późno, by jakoś poprzestawiać fabularne klocki. Większość jego scen z Łęcką nie ma ani fabularnego, ani emocjonalnego sensu i sprowadza się do ckliwego wzdychania pod jaworem. Tymczasem serialowy bohater to szwedzki stół dla aktora – szantażysta, lekkoduch, uwodziciel, tchórz, zbrodniarz, kochanek, oprawca. Punkt kontaktowy dla Netfliksa.

Piotr Pacek jako nikczemny Kazimierz Starski w serialu „Lalka” (reż. Paweł Maślona, prod. Netflix, 2026) (fot. materiały prasowe)
Runda 4: Twój ulubiony naukowiec z sąsiedztwa, Julian Ochocki
Twardy orzech do zgryzienia. Naukowiec apelujący do skrytego w Wokulskim pozytywisty ma na dużym ekranie twarz Filipa Pławiaka. To intrygująca twarz. Pławiak jest jednym z niewielu polskich aktorów, którzy bez większego stresu zagrają każdego – od wyliniałego gliniarza, przez nieopierzonego naukowca, po „dobrą mordę” z Ursynowa. W „Lalce” cała jego ekspresja i język ciała pracują na Ochockiego jako symbol młodości, witalności i postępu.
Znany z serialu „Biuro” Mateusz Król jest nieco spokojniejszy, poważniejszy i generalnie mniej podekscytowany. Sęk w tym, że jego postać wykorzystana jest w fabule w ciekawszy sposób. Facet dołącza do drużyny Wokulskiego jako szef „sztabu technicznego”, co prowadzi m.in. do fantastycznej sceny otwarcia sklepu – z Ochockim pocącym się za kulisami przy elektryce.
Filmowy Wokulski widzi w Ochockim lepszą wersję siebie. Serialowy zyskuje najlepszego kumpla pod słońcem. Panowie grają na remis.
Runda 5: Florentyna, a to nawet nie jest ona
Scenarzyści „Lalki” wycięli z serialu mnóstwo istotnych drugoplanowych bohaterów – od doktora Szumana po swatkę, panią Meliton (dość powiedzieć, że obydwie te postaci w wersji Macieja Stuhra i Agaty Kuleszy wypadły na ekranie wspaniale). Tym większe zaskoczenie, że Florentyna – zubożała kuzynka i powierniczka Łęckiej – jest dla nich tak istotna.
Grająca ją Julia Wyszyńska jest świetna w rolach neurotycznych, ściśniętych gorsetem konwenansu kobiet. Florentynę gra praktycznie na autopilocie, a i tak jest jednym z jaśniejszych punktów obsady. Jej emocjonalny rozkład, wprost proporcjonalny do topniejącego majątku Łęckich, przydaje opowieści niespodziewanej wagi.
W filmie Florentynę gra Karolina Gruszka, która dostała kurtuazyjne zaproszenie na wielki jubileusz polskiego kina. Podobnie jak Dawidowi Ogrodnikowi w roli subiekta Mraczewskiego czy Andrzejowi Chyrze (profesor Geist), przypadło jej może z 30 sekund czasu ekranowego. Lecz w przeciwieństwie do panów, którzy wyciskają ze swoich epizodów wszystkie soki, występ Gruszki sprowadza się do przygryzania warg i zaglądania przez oszklone drzwi. Z jednej strony – szkoda takiego talentu. Z drugiej – to imponujący reżyserski manewr, świadczący o rozmachu kinowej „Lalki”. Tak czy owak, Wyszyńska górą!
Runda 6: Kazimiera Wąsowska. I wszystko jasne
Maria Dębska to obok Sandry Drzymalskiej, Jaśminy Polak oraz dramatycznie niedocenionej Sonii Mietielicy najlepsza współczesna aktorka młodego pokolenia. Rzekłem.

Maria Dębska jako Kazimiera Wąsowska w filmie „Lalka” (reż. Maciej Kawalski, prod. Gigant Films, 2026) (fot. materiały prasowe)
Tyle, jeśli chodzi o opinię. A teraz fakty: Kazimiera Wąsowska w interpretacji Dębskiej to nie tylko najciekawsza postać w „Lalce”, ale też najlepsza partia w gwiazdorskiej obsadzie. Spora w tym zasługa literackiego pierwowzoru, w którym Prus upchnął chyba wszystkie „emancypacyjne” tropy oraz fascynacje. Jeszcze większa – samej aktorki, która znajduje najczulszy punkt między pragmatyzmem, romantyzmem i zgrywą.
Wąsowska powinna być z Wokulskim. Wszyscy to wiemy. Mam jednak wrażenie, że dopiero Dębska – po rolach Kaliny Jędrusik, Barbary Wrzesińskiej i Magdaleny Cieleckiej – należycie eksponuje wewnętrzny tragizm ich relacji. A przy okazji nasyca ją delikatnym, niewymuszonym humorem.
Grana przez Cielecką serialowa Wąsowska jest… w porządku. Problem w tym, że spaceruje po opłotkach fabuły. Aktorka wprowadza do „Lalki” cały korowód swoich wcześniejszych bohaterek (zazwyczaj zimnych femmes fatales oraz wyzwolonych i zalotnych materialistek), co automatycznie zamienia ją w kliszę. Szkoda.
Runda 7: W Paryżu, a gdzie?
Nie mam bladego pojęcia, dlaczego scenarzyści serialu Netfliksa pozostali niezainteresowani Wokulskim jako pozytywistą (jako romantykiem w sumie też nie, chyba że w ekstremalnym, autystycznym wydaniu). W kinie jego wyprawa do Paryża była najfajniejszą częścią całego seansu.
Po pierwsze – cała sekwencja to wielki hołd dla nauki, wolności umysłu, pracy u podstaw, słowem: dla wszystkich cnót, które przesłania Wokulskiemu Łęcka. Po drugie – to właśnie tam sam reżyser, w zaskakującej roli knajpianego prestidigitatora, wykłada Stachowi kawę na ławę, a nam przypomina, o czym właściwie „Lalka” opowiada.
Wreszcie – Andrzej Chyra jako profesor Geist. „Lalka” potrzebuje fantastycznego elementu w postaci „metalu lżejszego od powietrza”. Bez niego jest wszystkim, tylko nie opowieścią o zmarnowanym potencjale Wokulskiego-społecznika. Lewitująca grudka pozostaje symbolem tego, co w powieści najważniejsze – postępu na wyciągnięcie ręki, więzienia klasowej struktury oraz niemożliwej do spełnienia miłości.
W serialu, mówiąc kurtuazyjnie, Paryż to zmarnowana szansa.
Wokulski za krzakiem, Łęcka w redakcji. Recenzujemy netfliksową „Lalkę”
Runda 8: Prezesowa Zasławska jest mądrzejsza od ciebie
Dwie legendy aktorstwa – Małgorzata Hajewska-Krzysztofik oraz Maja Komorowska – z dwoma skrajnymi pomysłami na postać oświeconej wdowy.
Filmowa rola Komorowskiej bliższa jest nastrojowi oraz fabularnemu rozdaniu Prusa. Zasławska to w jej interpretacji nieformalna „mentorka” Wokulskiego i zarazem opoka moralności w królestwie zepsutej arystokracji. To wokół niej orbitują postacie Wąsowskiej, Starskiego i Łęckiej. I to właśnie ona jest słońcem tego ponurego świata.
Cyniczna i zimna wersja Hajewskiej-Krzysztofik jest równie interesująca. Wkurza mnie natomiast, że nikt nie zadał sobie trudu jej pocieniowania. Filmowana jest zazwyczaj niczym zła wiedźma z bajki, a słowa cedzi z mieszaniną pogardy, klasowego resentymentu i strachu. Nie tędy droga.
Runda 9: Twój stary należy do zubożałej arystokracji
Można nie lubić serialowego Tomasza Łęckiego, który chleje na umór, klnie jak szewc i na domiar złego wychowuje córkę w duchu oświecenia. Trudno jednak polemizować z faktem, że jest on perełką w aktorskiej koronie Jacka Braciaka.
Zgarbiony, wiecznie zawiany, z palcem kreślącym wzory przed nosem Wokulskiego – oto Łęcki, w którego łatwo uwierzyć i którego jeszcze łatwiej polubić. Scena pożaru jego dobytku to w moim przekonaniu kawał telewizji. Jest tu i wybitne aktorstwo, i inscenizacyjna maestria, i odpowiednia fabularna waga.
Andrzej Seweryn gra bohatera o wiele oszczędniejszymi środkami. Zazwyczaj – w kluczu jowialnej pierdołowatości. Jest to „jakiś” wybór, choć mnie nie przypadł do gustu. Jego Łęcki wydaje się nieco mdły, pozbawiony charyzmy i nazbyt pocieszny; wyciągnięty z pawlacza nie przez Prusa, tylko przez Fredrę. Być może właśnie tego oczekują fanatycy wiernych adaptacji. Ja wolałbym, najzwyczajniej w świecie, ciekawszą postać. Punkt dla Braciaka.
Runda 10: Izabela Łęcka – chcesz być (z) nią
Kamila Urzędowska zaczyna podążać śladami Małgorzaty Braunek. Obydwie zagrały Izabelę Łęcką (odpowiednio w nowej adaptacji oraz serialu Ryszarda Bera z 1977 r.). Obydwie też wyspecjalizowały się na początku swojej kariery w rolach z kanonu narodowych lektur (jedną pamiętamy jako Oleńkę z „Potopu”, druga zadebiutowała partią Jagny w „Chłopach”).

Stanisław Wokulski i Izabela Łęcka w scenie balowej z netfliksowej „Lalki”, serialu, który od premiery bez przerwy obrywa od krytyków zarzucających mu zdradę powieści Bolesława Prusa (fot. R.Palka / Netflix)
Wspominam o tym nie tylko w ramach historycznej ciekawostki. Ich Łęckie są w gruncie rzeczy dość podobne. Wierność Prusowi nakazuje bohaterkom obnosić cierpiętniczą minę, tłumić w sobie gniew oraz delikatnie sygnalizować emancypacyjne pragnienia. Widzowi z kolei narzuca znaną (i najwyraźniej kochaną przez Polaków) perspektywę: cóż takiego Wokulski w niej widzi?
Urzędowska jest w roli Łęckiej dobra – zwłaszcza wtedy, gdy trzeba zagrać arystokratyczną pychę. Tyle że z racji marginalnego znaczenia samej postaci nie wytrzymuje silnej konkurencji w postaci aktorskich legend (z Komorowską i Krystyną Jandą na czele) oraz młodszych gwiazd (Dębska kradnie show).
O roli serialowej Łęckiej napisano już tomy, więc nie będę się mądrzył. Jej bohaterka jest tak sfrustrowana i tak zafiksowana w swoich pacholęcych gestach, że emancypacja to dla niej w zasadzie jedyne wyjście z patowej sytuacji. Na szczęście spotyka na swojej drodze Elizę Orzeszkową (sic!) i zamienia się w kogoś na kształt ludowej superbohaterki w rozkwicie.
Reszta jest milczeniem (Urzędowskiej). I wrzaskiem (Drzymalskiej). Skoro muszę, to wybieram tę drugą. Jeśli już „uwspółcześniać” powieść Prusa i żonglować perspektywami, to tylko tak, żeby w postaci Łęckiej przejrzało się nowe pokolenie. Zarówno u Prusa, jak i u Kawalskiego to postać-nie postać. Trochę żywa, a trochę martwa.
Runda 11: Stanisław Wokulski – chcesz być nim

Marcin Dorociński w roli Stanisława Wokulskiego w filmie „Lalka” (reż. Maciej Kawalski, prod. Gigant Films, 2026) (fot. materiały prasowe)
Nie mieliśmy dotąd tak przystojnego i charyzmatycznego Wokulskiego jak Marcin Dorociński. Wbrew pozorom to spory kapitał w rękach reżysera i scenarzystów. Aktor, świeżo po swoich hollywoodzkich przygodach, nie musi za bardzo się starać, byśmy dostrzegli w Wokulskim człowieka szlachetnego, o twardym moralnym kręgosłupie.
Romantyk? Jak malowany! Pozytywista? Na posterunku! Samoświadomość Wokulskiego, który zdaje sobie doskonale sprawę ze swojego tragicznego położenia, idzie w parze z pięknie odegranym imperatywem działania. Jedyne zaś, w co uwierzyć nie mogę, to jego nieporadność na salonach. Musztrujący bohatera Krzeszowski i Starski wyglądają przy nim jak podstarzali discopolowcy przy śpiewaku operowym. W dodatku sam Dorociński niezbyt wiarygodnie odgrywa zakłopotanie.
Otoczony ważnymi bohaterami (Rzecki, doktor Szuman) filmowy Wokulski jest postacią wielowymiarową, fotogeniczną i dramaturgicznie atrakcyjną. Ten sam bohater w interpretacji Tomasza Schuchardta nie ma tak silnego wsparcia. W jego roli widzimy natomiast ciekawszy zestaw podskórnych, niełatwych do zagrania emocji. W tym sensie bliżej mu do wybitnego Mariusza Dmochowskiego z filmowej adaptacji w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa (1968) niż do bezpiecznej roli Jerzego Kamasa z kultowego serialu.
Z pistoletem przy skroni (i bólem serca) postawię na Dorocińskiego. Tylko dlatego, że już w powieści Wokulski wydaje mi się postacią doskonałą i spełnioną – zarówno jeśli chodzi o psychologiczny konkret, jak i o symboliczne związki epok romantyzmu i pozytywizmu. Serialowy frustrat i furiat, któremu scenarzyści dają zaskakującą szansę na rehabilitację, depcze mu po piętach. Ostatecznie jednak okazuje się bohaterem zupełnie innej opowieści.
Runda 12: Prus i cała reszta
Obydwie „Lalki” zrealizowane są z rozmachem, choć to wersja Netfliksa wydaje się ciekawsza formalnie. O ile Kawalski i spółka stawiają na uśrednioną konwencję kina kostiumowego, o tyle twórcy serialu bawią się nieco nowocześniejszym językiem. Wystarczy spojrzeć na kluczową dla fabuły sekwencję gonitwy konnej. Z jednej strony – montaż równoległy, zabawy rytmem i współczesną nutą. Z drugiej – scena, jakich wiele, prosta i służebna względem opowieści.
Obydwie strategie artystyczne przekładają się na kostiumy, scenografię oraz resztę warstwy realizacyjnej. Mówiąc oględnie, serial jest nie tylko luźną wariacją na temat powieści, ale i dość swobodną adaptacją realiów epoki. Kto wie, być może za kilkanaście lat będziemy myśleć o nim jako o ostatnim tchnieniu postmodernizmu?
Nie pomylcie „Lalki”! Ekranizacje mogą namieszać uczniom w głowach
Sceptykom pozostaje schludny realizm kinowej wersji. Fraza jest potoczysta i stylizowana na epokę, wnętrza wystrojono z dbałością o detal, a kiecki Tomasza Ossolińskiego robią wrażenie. Zwłaszcza na tych, na których kiecki generalnie robią wrażenie.
W bodaj najodważniejszym autotematycznym zabiegu w filmowej „Lalce” po ekranie paraduje przez chwilę sam Bolesław Prus. Zwiedzając sklep Wokulskiego, prosi kupca o wywiad, co stanowi symboliczny glejt dla twórców – oto „prawidłowa” interpretacja znanej i kochanej historii.
Trudno się z tym stwierdzeniem kłócić. Warto jednak odnotować, że twórcza zdrada, której dopuszczono się na małym ekranie, jest zapalnikiem ciekawszej dyskusji o samej „Lalce” – powieści, której podobne przekształcenia (a nie cementowane w szkole banały) zapewniły nieśmiertelność. Nie bagatelizujmy tej narracji. To dzięki podobnym kłótniom i aferkom klasyczna literatura łapie we współczesności drugi oddech.
Mówiąc krótko – serialowa „Lalka” jest bardziej sexy, ale to filmową przedstawicie rodzicom. Ani filmowi, ani serialowi nie odbiera to natomiast jakości. Pozostaje się cieszyć, że w dobie generalnej posuchy, jeśli chodzi o wartościowe, wysokobudżetowe adaptacje literatury, możemy zderzyć ze sobą tak ciekawe, autorskie wizje.
Na punkty – siedem do sześciu (przy jednym remisie) – zwyciężyło kino. Ale skoro chodzi o kino, to kto by się tam przejmował matematyką.


