Reklama
Reklama
Reklama

Piekło liberałów. „Jesteśmy wściekli, bo lud nas nie słucha”

TYLKO NA

My już nie możemy mówić ludziom, co jest słuszne i co wypada, naród ma to głęboko gdzieś. Wybór Nawrockiego stanowi domknięcie tego procesu. I stąd w inteligenckiej bańce tyle histerycznych odruchów – z socjologiem prof. Przemysławem Sadurą z Krytyki Politycznej rozmawia Grzegorz Sroczyński.

pieklo_liberalow-listing
(fot. Fot: Michal Piesciuk, Miroslaw Szozda, TEDI, Stanisław Krzywy/Newspix, tło: AI)

Grzegorz Sroczyński, Zero.pl: Poeta i dawny współpracownik paryskiej „Kultury” Tomasz Jastrun – modelowy liberalny inteligent – wzywa do mordowania elektoratu PiS. „Zostaje tylko mordobicie lub mord po prostu” – pisze w felietonie. Socjolog Radosław Markowski opowiada, że pisowcy to „klasy transferowe”, które niedługo wymrą, bo „tak działa demografia”. Pisarka Manuela Gretkowska ogłasza z kolei, że prezydent Nawrocki powinien się komunikować ze swoimi wyborcami „stepowaniem i pierdzeniem”. To wszystko zdobywa ogromny poklask. „Nareszcie ktoś wali bez ogródek” – komentują osoby z tytułami profesorskimi. Liberalno-lewicowa inteligencja to środowisko, które dobrze znasz, sam w nim mocno siedzisz. Co się właściwie z tymi ludźmi dzieje?

Przemysław Sadura, socjolog: Radykalizują się. Ten proces dotyczy wszystkich, bo PiS się radykalizuje, prawica się radykalizuje, liberałowie tak samo. W naszych raportach terenowych próbujemy uchwycić zmianę postaw politycznych wśród różnych elektoratów i widzimy spiralę nienawiści. Istnieją dziś w Polsce dwa główne populizmy: prawicowy i liberalny. Jeden jest rasistowski, homofobiczny, ksenofobiczny, a drugi z kolei jest klasistowski i pełen pogardy dla wyobrażonego ludu, pisiorów, chamstwa, bo takie określenia się pojawiają. I to jest właśnie Polska. Możesz sobie wybrać populizm, jaki chcesz.

Ale „mordobicie i mord”?!

To czyste emocje. Swój wkurw muszą wyrazić, bo Nawrocki został prezydentem.

Reklama
Reklama

Rok temu został. Nie przeszło im?

Nie. To dla liberalnej inteligencji żywa trauma.

Magdalena Środa o Marcie Nawrockiej: „Powinna uczyć się, chociażby wymowy, języków obcych, jak jej nie wstyd być tak nieudolną, pustą”.

No i co mam ci powiedzieć? Wydawało się, że czasy, kiedy przedstawiciele elit uczyli Polaków, jak jeść bezę, mamy za sobą. To wróciło w stylu, jakiego do tej pory chyba nie było.

Reklama
Reklama

Ale dlaczego?

Bo liberalno-lewicowa elita utraciła władzę symboliczną. My już nie możemy mówić ludziom, co jest słuszne i co wypada, naród ma to głęboko gdzieś. Wybór Nawrockiego stanowi domknięcie tego procesu. I stąd w inteligenckiej bańce tyle histerycznych odruchów.

Nasz ostatni raport z terenu – „Ludzie bezwstydni” – wysłałem przed publikacją komuś do recenzji. Usłyszałem: „Nie no, stary, jedziesz do jakiegoś liberalnego inteligenta, który mieszka na pisowskiej prowincji, cytujesz go, jak mówi jakieś straszne rzeczy, a potem to oceniasz. To jest strasznie protekcjonalne”.

Tyle że ten inteligent z małego miasta faktycznie w waszym raporcie mówi straszne rzeczy, pisowcy to dla niego niemal robaki.

Reklama
Reklama

Cała okolica jest pisowska i on się czuje jak w oblężonej twierdzy, więc się radykalizuje. Podobne sformułowania, a nawet ostrzejsze i to pod nazwiskiem, wygłaszają osoby publiczne z tytułami, które mieszkają i pracują w Warszawie. Dookoła nich niemal nikt nie jest pisowcem czy konfederatą, funkcjonują w swoich bańkach, a mimo to oni również zachowują się jak obrońcy oblężonej twierdzy, bo Warszawa to jest oblężona twierdza w województwie mazowieckim. A skąd hejt? Powody są dwa. Pierwszy – oczywisty – to choroba przenoszona za pośrednictwem mediów społecznościowych, gdzie siedzisz w kabinie pogłosowej, a algorytm podsuwa ci coraz mocniejsze wersje twoich własnych poglądów. Drugi powód jest taki, że my – inteligenci – straciliśmy wpływ na narrację i w tej bezsilności nie wiesz, co zrobić. Jeszcze zderzasz się z taką dumą, że oto Polska ma wreszcie prezydenta, który potrafi dać w ryj.

Kto tak mówi?

Ludzie po drugiej stronie, czyli tej prawicowej. Liberałów to prowokuje i jeszcze bardziej się nakręcają. Zamiast się zastanowić, to wchodzą coraz mocniej w tę wymianę.

Strona liberalna ma kłopot ze zrozumieniem ważnej zmiany, która zaszła w Polsce. Nie zorientowała się, że mechanizmy zawstydzania, które w latach 90. świetnie działały, już nie działają. Prawica mnóstwo energii zainwestowała, żeby przeprowadzić narodową terapię i skończyć z pedagogiką wstydu.

Reklama
Reklama

Bez ironii to mówisz?

Bez. Prawica podeszła do tego serio. Zainwestowali mnóstwo środków w politykę historyczną. Przynajmniej wiedzieli, co robią, a moja strona nie wie. Mamy te dwa populizmy, tylko o tym prawicowym jestem w stanie dokładnie powiedzieć, jakie wartości go spinają, mogą mi się te wartości nie podobać, ale one są spójne, to jest konkretna propozycja, a po drugiej stronie nie widać takiej propozycji, tylko histeryczne odruchy. Do tego nieustanne próby bezmyślnego kopiowania populistycznych rozwiązań w nadziei, że wygrasz. Jak tamci plują, to my plujmy mocniej, skoro mają prezydenta, który potrafi dać w mordę, to my też dajmy w mordę i tak dalej. Po tej liberalnej stronie nie odrobiono lekcji i nie zrozumiano podstawowej rzeczy.

Czyli jakiej?

No właśnie takiej, że elity straciły potężne narzędzie – zdolność zawstydzania „niepostępowych” mas. Nie ma już nikogo, kto by się poczuł zawstydzony, gdy moi koledzy liberalno-lewicowi zaczynają pouczać, że ktoś nie umie się wypowiedzieć albo że śmiesznie mówi po angielsku. Wielu polityków prawicy wręcz na to czeka, bo każda fala liberalnego hejtu na Nawrockiego albo na prawicowy elektorat tylko nakręca im poparcie. Nie nauczyliśmy się niczego w czasie ostatnich wyborów, które udało się zmienić w plebiscyt na temat tego, czy Polska może mieć prezydenta spoza salonu. Brniemy w to. Jak Nawrocki postawił do pionu dziennikarza TVN, to zaraz pojawiły się jakieś teksty na temat złej angielszczyzny Marty Nawrockiej. To jakiś rodzaj liberalnej piaskownicy.

Reklama
Reklama

I dlaczego w to brniecie?

Bo emocje odcinają od refleksji. Twórca alt-rightu Steve Bannon dobrze to opisał: trzeba uruchomić gadzi mózg, ten najstarszy ewolucyjnie fragment, gdzie człowiek ma odrazę, obrzydzenie, nienawiść, do tych emocji stara się dotrzeć populistyczna polityka. I to zalało wszystkich.

Profesurę?

Jak każdy mają gadzi mózg i też są podatni na populizm. W dodatku, gdy chcą obrazić i to nie działa, wkurzają się i jeszcze mocniej próbują. Nie wiem, kiedy przyjdzie zrozumienie, że to kanał. Czego jeszcze trzeba? Kolejne wybory przerżnąć?

Reklama
Reklama

Postępująca radykalizacja strony liberalnej nie służy zbudowaniu większości, tylko rozgrzewaniu już przekonanych. Z takim przekazem wzmacniasz wyłącznie twardy elektorat, który jest ważny, ale nie on decyduje o wygranej w wyborach. Kiedy w ramach naszego projektu zbadaliśmy wyborców KO, okazało się, że już 50 proc. to tak zwany elektorat fanatyczny, który uważa, że ich partia to najlepsze, co się mogło Polsce przydarzyć. W PiS odsetek twardych wielbicieli partii nigdy nie przekroczył 33 proc. Pod względem fanatyczności czy twardości KO przebiła już PiS. I to jest pułapka.

Dlaczego pułapka?

Bo kiedy w głównej partii liberalnej dominuje fanatyczny elektorat, to on atakuje równie mocno sojuszników. I postępuje proces odsysania tych sojuszników, osłabiania ich. KO zapomniała, dzięki komu wzięła władzę w 2023 r.: dzięki Lewicy i dzięki Hołowni. Im więcej strona liberalna będzie miała elektoratu fanatycznego, tym mniejsza szansa na dogadanie się z jakimś nowym Hołownią i na wygraną w 2027 r.

Reklama
Reklama

A umiesz wyjaśnić, dlaczego zawstydzanie nie działa? Dlaczego inteligenckie połajanki, które kiedyś miały jakieś znaczenie, dziś budzą już tylko wesołość?

Bo to inteligenckie zawstydzanie bazowało na powszechnym poczuciu, że jesteśmy gorsi od reszty Europy. Że na tle kulturalnych Niemców i Francuzów wypadamy jak jakaś dzicz. To odpadło. Poznaliśmy Europę, pojeździliśmy i zobaczyliśmy, że różnie to wygląda. Obraz Europy salonowej, który wcześniej został odmalowany, w rzeczywistości okazał się inny, każdy z krajów europejskich ma ciemne strony, przestaliśmy uważać, że się różnimy, bo okazało się, że się nie różnimy, a pod wieloma względami jesteśmy lepsi. Kiedyś Polacy nieustannie wstydzili się za innych Polaków za granicą, ten wstyd definiował klasę średnią, że oto chamstwo jedzie na all inclusive z torbą z „Biedry” i w skarpetkach do sandałów, mnóstwo żartów było na ten temat. Teraz się to niemal nie pojawia.

A drugi ważny czynnik to terapia prowadzona przez prawicę. Ośmieszanie zawstydzających. Prawica stworzyła swoisty pancerz bezwstydności, dziś każda lekcja dobrych manier udzielana przez elity tylko wzmacnia politycznych „twardzieli”. Postacie takie jak Czarnek nie tyle unikają wstydu, co go celebrują, pokazując swojemu elektoratowi, że nie muszą już przed nikim bić się w piersi. Liberałowie krytykują prawicę, że zachowuje się w sposób przemocowy, a jednocześnie nie dostrzegają, że zawstydzanie to nic innego jak przemoc symboliczna. W dodatku jest to echo absolutnie niesymbolicznej przemocy, która stała między szlachtą a ludem. Dlaczego wstyd działał? Bo bałeś się, że będą się z ciebie śmiać, a reszta będzie się przyglądała i milczała. I tylko śmiech będzie słychać. A teraz natychmiast słyszysz pomruk poparcia, który zagłusza ten rechot.

Czyli to dobrze, że polski inteligent nie ma już tego narzędzia?

Reklama
Reklama

Dobrze. Ale niedobrze, że nie znalazł innego narzędzia. Inteligencję stać na coś więcej niż klasizm, zresztą nawet radykalizacja przekazu i języka nie musi oznaczać poniżania wyborców. Problem polega na tym, że od dawna moja strona czuje się bezsilna, bo nie ma narzędzi, żeby zmieniać prawo. Tamci mogli wprowadzać 500 plus, a my nie mamy możliwości wprowadzenia niemal niczego, bo ograniczone jest to przez prezydenckie weto. Trzeba mieć realną władzę, a tego moja strona nie doświadczyła od ponad dekady i to też wywołuje wielką frustrację.

Czy nienawiść między elektoratami partii politycznych w Polsce się nasila, czy jest mniej więcej stała?

Nasila się konflikt i temperatura emocjonalna. Nazywam to histerią, czymś, co narasta do pewnego momentu, ale gdzieś jest granica. I mam obawę, że to, co mamy teraz, to nie musi być koniec. Naddatek emocjonalny w polityce może doprowadzić do rzeczy, których byśmy nie chcieli widzieć. Mówiąc wprost: uważam, że może wrócić przemoc polityczna. Bo ten straszny język – on jest po obu stronach, ale ja się bardziej przyglądam mojej – te różne wypowiedzi, że łatwo rozpoznać pisiora, bo chodzi przygarbiony, ma przekrwione ślepia i jeszcze charczy, to już jest tylko krok od dehumanizacji.

Trochę jak z hitlerowskich broszurek o Żydach.

Reklama
Reklama

To już przesada. To nie jest jeszcze pełna dehumanizacja, ale wiemy z literatury psychologicznej, że dehumanizacja to ostatnie stadium przed wejściem w fazę pogromów. Zresztą z kolei prawica pisze straszne rzeczy o Ukraińcach czy osobach LGBT. Oczywiście nie chodzi mi o to, że wyobrażam sobie elektorat liberalny, który będzie robił pogromy na „pisiorach”, nie w tym rzecz. Chodzi o to, że wprowadzamy coraz ostrzejsze emocje do polityki po obu stronach, bo żeby nakręcała się spirala nienawiści, muszą być dwie strony, nie da się z samym sobą pokłócić. KO w to wchodzi, bo nakręcanie złych emocji wśród elektoratów blokuje pojawienie się trzeciej siły.

Generalnie mamy dwa społeczeństwa, bardziej liberalne i mniej liberalne, które się od siebie oddalają i zaczynają funkcjonować jak dwie planety, z własnym obiegiem medialnym, własnymi ekspertami, a liderzy nie pozwalają na to, żeby pojawiły się punkty styku, bo coś by się mogło przeorganizować. Tyle że to się może wyrwać spod kontroli. Z wyborów na wybory jestem coraz bardziej zaniepokojony, bo ludzie wciąż mocniej angażują się w hejt. Jeżeli na iluś rozmowach fokusowych w trakcie badań od zwykłych osób słyszę opowieści, że ktoś został zbanowany za sianie hejtu, albo że ktoś, nie będąc członkiem żadnej partii, nagle wyszedł wkurzony zrywać czy oszpecać plakaty, to mam poczucie, że stąpamy po kruchym lodzie. I naprawdę może się okazać, że za chwilę będziemy trupy liczyć. Raz, drugi, trzeci będzie można powiedzieć, że to jacyś szaleńcy, ale cała atmosfera jest coraz bardziej szalona.

Nie uważasz, że to jest tylko polityczny teatr i rytuał?

Już tak nie uważam, bo widzę, że to idzie na sam dół. Polaryzacja zmienia nas jako społeczeństwo. Niektórzy uspokajają: „No dobra, to tylko słowa”. Albo: „No tak, te złe słowa może i przechodzą niżej, ale to nadal tylko słowa, powiedzieć można wszystko”. No właśnie nie można! Nie można tak do końca oddzielić słów od czynów, teorie dyskursu podkreślają performatywną funkcję języka. Kiedy sąd ogłasza wyrok, to słowa stają się prawem i zmieniają stan faktyczny. Każdy słyszał jakąś historię o kłótniach w rodzinie, że się ludzie poobrażali i się nie spotykają, nie odzywają. I to też przykład, że słowa mogą zmieniać stan faktyczny. Oczywiście, jak rodzina się pokłóciła o politykę i teraz się nie odzywają do siebie, to wcześniej pewnie nie było tam dobrze, może by się o coś innego pokłócili, ale jednak polityka stała się wygodnym pretekstem. Sięgasz po politykę i – buch! – masz już zorganizowaną Wigilię. Jeśli chcesz się pokłócić, podrzucisz parę tekstów z telewizora i wystarczy.

Reklama
Reklama

Kto jest bardziej nagrzany: prawica czy liberałowie?

Katastrofa demograficzna puka do drzwi. „Rodzina powinna być centrum polityki państwa”

Więcej uprzedzeń wobec wyborców drugiej strony widać po mojej stronie, czyli tej liberalnej. W elektoracie prawicowym jest dużo niechęci do całego świata, innych, muzułmanów, czarnych, Żydów, „pedałów”, ale nie ma takiej potrzeby, żeby skoncentrować to na przeciwniku. No, może Konfederacja ma obsesję „lewactwa”, ale to raczej po to, żeby się samookreślić, bo nie odnajdują się w podziale na „Polskę solidarną” i „Polskę liberalną”. Może to wszystko jest bardziej proste: po prawej stronie masz tyle nacji, tylu wyobrażonych „innych”, między których możesz nienawiść rozdzielić, że nie musisz się koncentrować na wyborcach strony przeciwnej, a po tej drugiej stronie jednak jest tak, że nie wypada innych nacji nienawidzić, Izrael – no, nie wypada, zostają tylko adwersarze. I nienawidzimy ich dziesięciokrotnie bardziej.

Właściwie na czym polega nienawiść liberała do pisiora?

Reklama
Reklama

To echo podziałów, o których mówiłem: chamstwo, wieś, mieszkańcy wsi, którzy dali się zmanipulować. Że durni są. Brak wykształcenia, ulegają propagandzie i tak dalej. 

Oni ulegają propagandzie, a my nie?

My nie, oczywiście. Bo my śledzimy różne media. Cytat z badań: „Ja oglądam TVN24, czytam »Gazetę Wyborczą«, »Politykę« i nawet do Onetu zajrzę, więc mam informację z bardzo zróżnicowanych mediów”. Za to tamci „tylko TV Republika i TVPiS”. Tyle tylko, że kiedy to badaliśmy, to się okazywało, że prawicowy elektorat ma bardziej zróżnicowaną dietę medialną. Nie było pisiora tak głupiego, który by uwierzył, że to, co pokazują propisowskie media, to prawda. Mówili: „Nie no, wiadomo, że to jest przeginka, trzeba oglądać inne kanały, żeby wiedzieć, co się dzieje”.

Zamknięcie we własnej bańce i fanatyzm to coraz większe problemy strony liberalnej. A do tego brak dyskusji. Niemal wszystkie polskie partie są bardzo wodzowskie, ale Tusk pobił wszelkie rekordy. Kaczyński wolał zawsze zobaczyć, kto mu się wychyla, podsycić konflikty, dawać ludziom wyrosnąć, a potem ich osłabiać. W PO jak ktoś się tylko wychylił, to łeb mu ścinał Donald. I został sam, tam naprawdę nie ma nikogo. Jest Sikorski, ale w PO ma słabą pozycję, nieprzypadkowo przegrał wszystkie prawybory.

Reklama
Reklama

Piszesz w podsumowaniu waszych badań, że fanatyczny elektor KO puchnie. A dlaczego tak się dzieje?

To jest kwestia tej niemocy. Miał być powrót do władzy, a nie było, bo władzy realnej nie mają. Więc jak nie masz wpływu, to chcesz mieć chociaż rację.

Mają władzę.

Reklama
Reklama

Ale bez prezydenta nie masz tej magicznej różdżki do zmieniania prawa. Wygraliśmy wybory i nic. Rośnie frustracja, przekierowujesz tę energię w to, że w nas jest słuszność i dobro, czyli się fanatyzujesz. Mówimy o najsilniejszej partii w Polsce, ale mechanizm znam z kompletnie niszowych kanapowych organizacji. Nienawiść do innych, skupienie na liderze, wszystko co najgorsze z tego się bierze w polityce.

A czego w polskiej polityce się najbardziej boisz?

Flis: Kto pieści ultrasów, ten traci władzę. Rząd słono zapłaci za podgrzewanie emocji

Nie boję się fanatyzmu elektoratu prawicowego, ale boję się prawicowych polityków. Jestem przekonany, że jeżeli tylko będzie im się to opłacało, to mogą skończyć demokratyczne reguły gry, mało co ich hamuje. Wcześniej miałem złudzenia: no nie, nie rozwalą konstytucji, sądownictwa, każdy potrzebuje niezależnego sądu, a poza tym koniec końców są patriotami. Teraz nie jestem tego pewien. Można tak sobie zdefiniować patriotyzm, tak wszystko zracjonalizować, że każde świństwo usprawiedliwiasz. Oni chcą być za wszelką cenę przy władzy. I to jest dość przerażające.

Reklama
Reklama

Czyli boisz się, że jeśli w 2027 r. prawica wygra wybory, to będzie jazda bez trzymanki?

Byłaby jazda, gdyby nie procesy dekompozycji na prawicy. Gdyby PiS był silny jak kiedyś, to bym się obawiał, ale jeśli muszą się dogadać z Konfederacją i Braunem, to tak łatwo nie będzie. Raczej pojawi się sytuacja, której dawno nie mieliśmy, czyli problem z wyłonieniem rządu większościowego. Powstanie jakiś gabinet, będzie się wywracał, można sobie wyobrazić, że KO na chwilę dogada się z częścią Konfederacji, nie będą mieli większości, no to PiS z kolei jakiś rząd skleci, ale Kaczyński nie będzie już miał poczucia wszechmocy. Gdyby nie to, tobym powiedział, że czas liberalnej demokracji można w Polsce w miesiącach liczyć.

Natomiast jak moja strona się nie pozbiera – czyli ta strona lewicowo-liberalna – to wcześniej czy później na prawicy dojdzie do skutecznej konsolidacji, która będzie niebezpieczna.

Ale twój główny strach to jaki jest?

Reklama
Reklama

Już mówiłem: że oni są w stanie zdemolować demokrację rozumianą jako porządek, w którym możesz zmieniać władzę poprzez wybory, że będą ograniczać prawdopodobieństwo zwycięstwa opozycji. Oraz że wcześniej czy później będą chcieli narzucać innym swój styl życia i światopogląd.

Tyle że oni dokładnie tego samego się boją i tego samego się spodziewają po was. PiS nie dostał pieniędzy z budżetu i uważa, że w ten sposób Tusk chce utrudnić opozycji wygraną w wyborach, a z kolei Konfederaci powtarzają, że to lewica chce narzucać, jak ludzie mają żyć, samochodów spalinowych zakazuje itd.

No, owszem. Zdaję sobie sprawę, że to się robi podobne. Tylko że tę grę bez pardonu to moim zdaniem jednak oni zaczęli.

Hołownia: „PiS miał lepkie ręce i zmienił media w szczujnię, ale nienawidzić tak, jak tzw. obóz demokratyczny, jego media i klakierzy, nie potrafił nawet on”. To jest wyraz zgorzknienia, czy Hołownia coś ważnego próbuje powiedzieć?

Reklama
Reklama

To jest o tym, że najbardziej boli tzw. friendly fire. Jak obrywasz od tych, z którymi chwilę temu grałeś w jednej drużynie. Nienawiść do Hołowni rośnie, bo kiedy dochodzi do fanatyzacji elektoratu KO, to emocje nie są już tylko przeciwko PiS-owi. Wykształcona, dystyngowana osoba przy herbatce – w trakcie moich badań – nie mówi o Hołowni inaczej niż "chujownia”. Zaczynasz rozmowę, wchodzisz w politykę, ale jazda już nie jest na Kaczyńskiego, tylko na swoich. Może to zresztą prawda, że nikt nie potrafi tak nienawidzić jak sfanatyzowany liberał, bo jeśli w dodatku to inteligent, to różnica w kapitale kulturowym pozwala przypierdalać w bardziej wyrafinowany sposób.

„Chujownia” czy „kałownia” to średnio wyrafinowane.

„Ten kraj nie ma mózgu”. Jak Polska marnuje KPO

Owszem, ale to przynajmniej gra słowna. O „pierdzeniu i stepowaniu” Gretkowskiej tego się już powiedzieć nie da. To już głównie gadzi mózg.

Reklama
Reklama

W jaką stronę zmierza polska scena polityczna?

Moim zdaniem duopol PO-PiS zastąpią jakieś inne skrajności.

Razem kontra Konfederacja?

Nie dokładnie Razem, ale coś w stylu Razem. I nie dzisiejsza Konfederacja, ale jakaś inna prawica, być może jeszcze bardziej hardcorowa. Zandberg to Korwin-Mikke polskiej lewicy. On nie jest prawdziwym politykiem, nie zależy mu na władzy, tylko żeby mieć rację. Ale jednak Korwin siał, siał i komuś innemu w końcu przyszło zbierać plony.

Reklama
Reklama

Polityczne polaryzacje mają ograniczony czas przydatności do spożycia. Tak jak ustąpił podział postkomunistyczno-postsolidarnościowy, który nie był zakorzeniony w Polakach aż tak głęboko, tak i ten dobiega końca. Po stronie PiS już to widać. Prawicowa połówka społeczeństwa jest w okresie głębokiej dekompozycji, Morawiecki coraz mocniej się wyodrębnia i jest wypychany z PiS, Konfederacja też nie jest trwałym tworem, występuje napięcie między Mentzenem a Bosakiem, nie wiadomo, co się z tego wszystkiego wyłoni. Na razie nie widać tych objawów po drugiej stronie. Tusk jest trochę młodszy od Kaczyńskiego, więc chwilę jeszcze po liberalnej stronie może trwać porządek, ale to nie znaczy, że tam nie ma podziałów, tylko ich po prostu nie widać. Nie widzę szans na depolaryzację, tylko na repolaryzację. Układ polityczny będzie się opierał na innym centralnym konflikcie, który być może jeszcze mocniej nas podzieli i życie nam zorganizuje.

***

Przemysław Sadura (1977) – socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, szef Katedry Socjologii Polityki na Wydziale Socjologii UW, kurator instytutu badawczego Krytyki Politycznej, autor książki „Państwo, szkoła, klasy”, współautor (ze Sławomirem Sierakowskim) książki „Społeczeństwo populistów” oraz badań „Polityczny cynizm Polaków”.

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama