Reklama
Kraj

Podatkowy absurd w Polsce: ciężka praca się nie opłaca?

Na półtora roku przed wyborami rząd Donalda Tuska staje przed najważniejszym egzaminem swojej wiarygodności: realizacją obietnicy sprawiedliwej reformy podatkowej. Zamiast przełomu Polacy wciąż słyszą o ograniczeniach budżetowych i odwlekanych decyzjach – a cierpliwość wobec niesprawiedliwego systemu szybko się wyczerpuje.

Jan Oleszczuk-Zygmuntowski
Opinia autorstwa: Jan Oleszczuk-Zygmuntowski
Dzisiaj 06:37
12 min
Rację mają zarówno obywatele, którzy domagają się obniżki podatków od dochodu zarabianego ciężką pracą, jak i ci, którzy wskazują na patologiczne przywileje podatkowe (fot. JACEK DOMINSKI/Pawel Wodzynski / East News/REPORTER/shutterstock.com )
TYLKO NA
  • Celem reformy podatkowej powinno być jedno: sprawić, żeby opłacało się pracować, a nie tylko posiadać majątek. Dziś system działa odwrotnie.
  • Rząd musi więc – krok po kroku – wprowadzić zmiany, dzięki którym mniej będą płacili ci, którzy pracują, a więcej ci, którzy zarabiają na posiadanym już kapitale.
  • Pierwszy krok to odciążenie pracy poprzez zmiany w PIT – podniesienie drugiego progu, zwiększenie kwoty wolnej oraz wprowadzenie tzw. podatku zdrowotnego. Ograniczy to sytuacje, kiedy osoby na etacie płacą więcej niż lepiej sytuowani podatnicy korzystający z preferencyjnych form rozliczeń.
  • Drugim elementem powinna być likwidacja najbardziej rażących przywilejów podatkowych. Oznacza to wyrównanie zasad między etatem, działalnością gospodarczą i ryczałtem tak, aby o rodzaju umowy z pracownikiem nie decydowała możliwość płacenia 8–10 proc. podatku zamiast kilkudziesięciu procent.
  • Trzecim i kluczowym krokiem jest zwiększenie opodatkowania majątku – wyższe podatki od najmu, ograniczenie nadużyć fundacji rodzinnych i podatek od pustostanów. Bez tego ciężar finansowania państwa nadal będzie spadał na biedniejszych zamiast na najzamożniejsze grupy.

Kiedy w październiku 2023 roku Donald Tusk prezentował „100 konkretów na 100 dni”, to właśnie podwojenie kwoty wolnej od podatku PIT było tym konkretem, który wybrzmiewał najmocniej. Na półtora roku do kolejnych wyborów parlamentarnych zamiast wyczekiwanej reformy podatkowej słyszymy o procedurze nadmiernego deficytu, wydatkach na obronność i potrzebie dalszego, zmierzającego w nieokreśloną przyszłość dialogu.

Czytaj też: Polacy wpadają w drugi próg podatkowy. Politycy chcą zmian, ekonomiści wskazują paradoksy

Polacy mają dziś głębokie i całkowicie uzasadnione poczucie niesprawiedliwości podatkowej. Co istotniejsze, częściową rację mają zarówno ci obywatele, którzy domagają się obniżki podatków od dochodu zarabianego ciężką pracą swoich rąk, jak i ci, którzy wskazują na patologiczne przywileje podatkowe jako przyczynę słabości państwa polskiego. Brak reformy oraz publiczne kłótnie wewnątrz rządu o jej kształt mogą prowadzić do wniosku, że gabinet Tuska po prostu nie jest sprawczy, a skoro tak – to należy go zmienić. Wybory w 2027 roku rozegrają się moim zdaniem w dużej mierze w cieniu tej wątpliwości.

Reklama
Reklama

System przywilejów dla najbogatszych

Zacznijmy od podstawowych faktów, które w polskiej debacie publicznej są regularnie zbywane. Zdrowy system podatkowy powinien opierać się na czytelnej zasadzie ekonomicznej, znanej każdemu, kto rozumie funkcję stymulacyjną podatków: opodatkowujemy najniżej to, do czego chcemy zachęcać, a najwyżej to, co społecznie nieproduktywne.

Najniżej powinna być więc opodatkowana praca – szczególnie ta wykonywana za skromne wynagrodzenia – ponieważ chcemy zachęcać ludzi do aktywności zawodowej, a po zabezpieczeniu podstawowych potrzeb człowieka dalszy wzrost dochodów przynosi coraz mniejszą satysfakcję życiową, co ekonomiści nazywają spadkiem krańcowej użyteczności dochodu. Wyżej powinny być opodatkowane zyski kapitałowe, czyli korzyści z inwestowania już posiadanego majątku, a najwyżej – tzw. renty, czyli pasywne dochody z dostępu do ograniczonego dobra, jak np. wynajem nieruchomości.

Tymczasem w Polsce mamy układ dokładnie odwrotny: bardziej opłaca się odziedziczyć majątek, niż na niego pracować. Nasz system podatkowy jest regresywny, czyli bogaci płacą relatywnie mniejsze podatki niż ubodzy. Mimo formalnej progresji PIT system jest dziurawy przez liczne przywileje podatkowe dostępne dla wybranych grup interesu.

Reklama
Reklama

Pracownik z klasy średniej oddaje państwu większy procent swojego dochodu niż dyrektor rozliczający się jako jednoosobowa działalność gospodarcza na podatku liniowym, a ten z kolei płaci więcej niż beneficjent fundacji rodzinnej, który formalnie nie ma żadnych dochodów, choć żyje jak udzielny książę.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są dramatyczne, gdyż mowa o hierarchii obciążeń, która kształtuje decyzje milionów Polaków – czy podjąć dodatkowe zlecenie, wybrać etat z urlopem macierzyńskim czy fikcyjne samozatrudnienie dla kariery, zainwestować w polskie technologie czy w „betonowe złoto”. Wzrost udziału pasożytniczej renty w gospodarce i spekulacyjny popyt wypychają młode rodziny z rynku, a marzeniem aspirującej elity nie jest już przedsiębiorczość, ale pasywny dochód.

Tak jak dawna magnateria, rentierzy są dziś przekonani, że są lepszymi ludźmi, że „sobie poradzili” i dlatego należą im się przywileje podatkowe niedostępne dla zwykłych zjadaczy chleba. Prowadzi to do zjawiska, które nazywam refeudalizacją – odtwarzania się chorego „systemu połamanych szczebli”, w którym mobilność społeczna nie istnieje, a przytłaczająca większość ludzi pracuje na majątek wąskiej grupy oligarchów.

Nieprzypadkowo udział dochodów najwyższego decyla wzrósł w Polsce z ok. 27 proc. w 1989 roku do ponad 40 proc. przed pandemią. Ten stan rzeczy godzi w poczucie sprawiedliwości Polaków i jednocześnie sabotuje dalszy rozwój polskiej gospodarki, zniechęcając do pracy, innowacji i zakładania rodzin.

Reklama
Reklama

Pokusa Jednolitej Daniny

Co jakiś czas w debacie publicznej powraca propozycja Jednolitej Daniny, czyli uproszczenia wszystkich podatków i składek do jednej daniny, bez licznych ulg i przywilejów dla wybrańców. Ekonomiści co do zasady są za uproszczeniem podatków przez wprowadzenie jednolitej, progresywnej daniny dla wszystkich, którzy uzyskują dochody z różnych form aktywności zawodowej, w tym działalności gospodarczej czy pracującego majątku. W końcu i pielęgniarka na etacie, i lekarz na fikcyjnej JDG wykonują pracę najemną, a jednak podatkowo żyją w różnych światach.

Niestety powracające co jakiś czas apele nigdy nie docierają do szczegółów, nawet tak fundamentalnych, jak liniowy lub progresywny charakter daniny. Pozornie zatem jednolitą daninę może popierać i republikański think-tank, i związek pracodawców, choć jakikolwiek konkretny projekt z pewnością spotka opór uprzednio „popierających”. Konieczne byłoby także rozwiązanie bardzo trudnego dylematu instytucjonalnego: jak niezależne będą NFZ czy ZUS, polegające na budżetowej łasce ministra finansów, skoro znikną składki o celowym charakterze?

To tylko kilka powodów, dla których na teoretycznie proste uproszczenie danin nie rzucił się jeszcze żaden polityk. Najbardziej optymalnym rozwiązaniem na dziś – w realiach skomplikowanej koalicji rządowej, w trudnej relacji kohabitacyjnej z prezydentem – jest zrobienie po jednym małym kroku w kierunku uproszczenia i uzdrowienia polskiego systemu podatkowego na każdym odcinku. Od PIT, przez składkę zdrowotną, aż po opodatkowanie wspomniane renty. Zmiany te powinny mieć charakter synergiczny, zwiększający progresję podatkową i pozytywne bodźce gospodarcze, ale na miarę możliwości reformatorskich na nieco ponad rok do wyborów parlamentarnych.

Przesunąć ciężar podatkowy z pracy na kapitał

Podstawą sensownej reformy podatkowej musi być zatem zbliżanie się do zdrowego równania ekonomicznego, gdzie najniżej opodatkowany jest dochód z pracy, potem zyski kapitałowe, a najwyżej renty. Dopiero wokół tego równania należy złożyć poszczególne elementy układanki, które już dziś leżą na stole sejmowym, choć – w typowej dla obecnej koalicji manierze – każda z partii forsuje swój fragment osobno, zamiast wspólnie zaprezentować Polakom spójny pakiet.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Drugie dno afery z lekarzem-milionerem. Wdzięczak: mamy absurdalny system podatkowy

Złożona niedawno przez klub Polski 2050 propozycja podniesienia drugiego progu PIT ze 120 do 140 tys. zł również idzie w dobrym kierunku, ponieważ zmniejsza efektywny ciężar podatkowy dla wielu ciężko pracujących specjalistów na etatach, których chęć rozwoju zderza się z 32-proc. stawką przeznaczoną pierwotnie dla supergwiazd. Tymczasem drugi próg przekracza już ok. 3 mln osób, czyli klasa średnia płaci 32 proc., podczas gdy niektóre grupy interesu rozliczają się zaniżonymi stawkami ryczałtowymi efektywnie po 8–10 proc. Przez „ryczałtowy raj podatkowy”, jak nazywają go ekonomiści, przepływa rocznie ok. 200 mld zł.

Planowane przez ministra Andrzeja Domańskiego zmiany w ryczałcie – wprowadzenie 15-proc. stawki dla samozatrudnionych od nadwyżki powyżej 100 tys. zł rocznego przychodu, chyba że zatrudnią pracownika na umowę o pracę – kierunkowo należy ocenić jako korzystne, choć resort finansów wciąż unika poważnej rozmowy o większym pakiecie reform.

Dr Michał Możdżeń z Polskiej Sieci Ekonomii słusznie zauważa, że ministerstwo tłumaczy bezczynność wysokim deficytem, podczas gdy brak działania też jest decyzją o negatywnych konsekwencjach dla finansów publicznych. Podatnicy wpadający w drugi próg PIT zmniejszają dynamikę konsumpcji, a to sprawia, że do państwowej kasy trafia mniej wpływów z VAT, częściowo niwelując korzyść dla budżetu z utrzymania wyższej stawki PIT.

Reklama
Reklama

Z tego punktu widzenia działania teoretycznie mające zapewnić większe wpływy z podatków są mniej skuteczne niż wynikające z ujednolicenia zwiększenie stopy opodatkowania najbogatszych. W ich przypadku bowiem wzrastające dochody zasilają w większej mierze oszczędności – co potwierdzają dane o wzroście stopy oszczędności gospodarstw domowych w skali kraju – a zatem ich opodatkowanie w mniejszym stopniu uszczupli konsumpcję niż w przypadku osób biedniejszych. Innymi słowy, dobrze zaprojektowana progresja na górze drabiny zarobkowej daje budżetowi więcej niż usilne trzymanie klasy średniej w drugim progu.

Kolejnym dobrym krokiem w układance budżetowej, odpowiadającym na palący problem finansowania ochrony zdrowia, jest propozycja Podatku Zdrowotnego. Jak mało która koncepcja w polskiej debacie publicznej, Podatek Zdrowotny przeszedł długą drogę i jest dziś popierany zarówno przez ekspertki ochrony zdrowia, ekonomistów, jak i rządową Lewicę. Likwidacja składki na rzecz celowego podatku z kwotą wolną (identyczna podstawa opodatkowania jak PIT) i rozszerzeniem na płatników CIT jest nie tylko uproszczeniem, ale eleganckim przesunięciem ciężaru finansowania zdrowia z ludzi na korporacje.

Czytaj także: Sondaże i decyzje rządu Donalda Tuska: Dlaczego Polacy są coraz bardziej wściekli?

Reklama
Reklama

Mimo ogromnych zmian na rynku pracy pod wpływem robotyzacji, AI i starzenia się społeczeństwa firmy w ogóle nie partycypują w finansowaniu Narodowego Funduszu Zdrowia. Podatek Zdrowotny dowodzi, że można jednocześnie obniżyć obciążenia dla 90 proc. obywateli i znaleźć miliardy dla niedofinansowanego systemu – szukając po stronie kapitału, a nie wyłącznie pracy.

Ostatnim, ale absolutnie kluczowym krokiem, jest podniesienie opodatkowania majątku – tego najbardziej pasożytniczego, niezwiązanego z produktywną działalnością. Mowa tu o uszczelnieniu fundacji rodzinnych (zawetowanym jesienią 2025 roku przez prezydenta Nawrockiego), o wyższym opodatkowaniu dochodów z najmu, szczególnie krótkoterminowego pod Airbnb i Booking, oraz o wprowadzeniu podatku od pustostanów, który zmusiłby spekulantów do uwolnienia milionów mieszkań na rynek dla rodzin.

Te zmiany razem zapewnią, że właściciele ogromnych majątków zwrócą społeczeństwu swój ogromny dług wdzięczności – dług za infrastrukturę, edukację i bezpieczeństwo, dzięki którym skorzystali z danej przez Polskę szansy na dorobienie się.

Rok, który zdecyduje

Tylko kompleksowa, ale realistyczna reforma o jednym czytelnym kierunku może się jeszcze udać przed wyborami i realnie wygrać serca obywateli. Dotychczasowa logika, w której każde ugrupowanie koalicji składa odrębny projekt, a Ministerstwo Finansów broni rozjeżdżającego się budżetu, to przepis na klęskę nie tylko wyborczą, ale i cywilizacyjną.

Reklama
Reklama

Jest natomiast iluzją przekonanie, że problem budżetowy da się obejść drobnymi podatkami sektorowymi. Przykładowo podatek cyfrowy od Big Tech, w modelu stosowanym już w całej Europie, jest zdecydowanie potrzebny dla budowy polskiej suwerenności cyfrowej i odzyskania blisko 60 mld zł deficytu handlowego, rokrocznie wyciekającego z Polski na import produktów cyfrowych. Ale podatki sektorowe nie dotykają niesprawiedliwości, która wyrasta z patologicznego postawienia na głowie polskiego systemu podatkowego.

Czytaj też: Koniec rządowej tarczy. Jakie będą ceny paliw u progu wakacji?

Bez przesunięcia ciężaru z pracy na kapitał, z ludzi na korporacje oraz z produktywnej aktywności na nieproduktywne renty każda obniżka kwoty wolnej i każdy transfer socjalny zostaną szybko wydrenowane przez nieuczciwie ustawiony system przywilejów podatkowych. W konsekwencji klasa pracownicza, dla niepoznaki zwana klasą średnią, pozostanie wołem roboczym gasnącego „złotego wieku Polski”.

Politykom został tylko nieco ponad rok, by pokazać, że są w stanie dotrzymać swojej obietnicy z 2023 roku. Sprawiedliwość podatkowa stanowi dziś fundament tego, czy Polska wejdzie w lata trzydzieste jako wspólnota, czy jako poligon wojny klasowej. Wybór należy do rządu Tuska, a zegar zaczął tykać już bardzo dawno temu.

Źródło: Zero.pl
Jan Oleszczuk-Zygmuntowski
Jan Oleszczuk-ZygmuntowskiEkonomista, spółdzielca, doktor nauk o zarządzaniu i jakości specjalizujący się w dziedzinie gospodarki cyfrowej i zarządzania danymi. Współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii - autor zewnętrzny