Właściciele mediów społecznościowych są jak producenci papierosów. Wiedzą doskonale, że ich produkt uzależnia. Wiedzą, że szkodzi. A mimo to zarabiają na nim ogromne pieniądze. Szefowie dużych platform powinni być – skutecznie – pozywani za szkody, jakich dokonują.

O tym, że substancje smoliste w wyrobach tytoniowych dewastują zdrowie, a nikotyna uzależnia, wiadomo od stu lat. Niebudzące wątpliwości wyniki badań w tej sprawie zostały przedstawione na przełomie lat 30. i 40. XX wieku. Biznes tytoniowy nic sobie jednak z tego nie robił. Do czasu. A konkretnie do procesu, jaki firmie American Tobacco Company (producentowi papierosów Lucky Strike) wytoczyła w 1957 r. rodzina niejakiego Edwina Greena. W pozwie napisano, że firma promowała palenie papierosów jako element nowoczesnego stylu życia, nie wspominając słowem o tym, że konsekwencją korzystania z jej produktów jest poważna choroba i śmierć.
W skrócie mówiąc, firma – mając pełną świadomość ryzyka dla zdrowia – sprzedawała produkt niebezpieczny bez ostrzeżenia. Koncern American Tobacco argumentował, że jednoznacznych dowodów na szkodliwość palenia nie ma. Bzdura, te już wtedy istniały. Ostatecznie w 1963 r. zapadł wyrok przyznający rację stronie powodowej, chociaż bez zasądzenia odszkodowania – sam poszkodowany Edwin Green już wtedy nie żył.

Nowa książka Tomasza Rożka. "Władza, pieniądze, nauka" (fot. Materiały prasowe)
Nowa książka Tomasza Rożka już w sprzedaży „Władza, Pieniądze, Nauka”. Tam, gdzie kończy się idealny obraz laboratoriów, a zaczyna prawdziwa gra o wpływy.
Uzależnieni od tytoniu kontra uzależnieni od kasy
To był pierwszy cios, po którym firmy tytoniowe zdały sobie sprawę, że mogą na nie spaść kolejne. Bardziej bolesne, zwłaszcza finansowo. Amerykańskie koncerny postanowiły więc zrobić krok w tył. Krótko po procesie Greenów branża tytoniowa zgodziła się na nową regulację, która nakazywała umieszczać na opakowaniach i w reklamach papierosów ostrzeżenia o szkodliwości palenia. Przez prawie 20 kolejnych lat biznes firm tytoniowych kręcił się w najlepsze, palacze umierali, a systemy ochrony zdrowia wydawały miliardy na leczenie i opiekę nad poszkodowanymi. Trudno powiedzieć, jak długo by to trwało, gdyby w 1988 r. Rose Cipollone nie pozwała firmy Liggett Group, znanego w USA producenta papierosów. Rose wiedziała, że papierosy szkodzą, ale i tak poczuła się oszukana, bo paliła te z filtrem, które były przecież reklamowane jako bezpieczniejsze. Mimo to zachorowała i zmarła na raka płuc.
Po kilku latach batalii prawnej, w 1992 r., sprawą zajął się Sąd Najwyższy USA i przyznał, że firma produkująca papierosy – mimo ostrzeżenia na opakowaniu – jest winna śmierci Rose. Bo koncern informował co prawda, że palenie zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwory, ale nie wspomniał, jak bardzo. Synowi Rose przyznano odszkodowanie w wysokości 400 tys. dol. (czyli około mln dol. przy obecnej sile nabywczej).
Dopiero proces Rose Cipollone vs. Liggett Group zapoczątkował lawinę pozwów, składanych już nie tylko przez osoby prywatne, ale też przez administracje poszczególnych stanów. To przecież one od dekad wydawały krocie na leczenie i rehabilitację palaczy, czynnych i biernych. Odszkodowania szły w setki mld dol. Pozywały także firmy, których pracownicy, wykonując swoje obowiązki, byli narażeni na bierne palenie. Takie branże jak gastronomia, hotelarstwo czy transport wymusiły na ustawodawcach zakaz palenia w miejscach, w których dym tytoniowy zagrażał nie tylko palącemu, ale także osobom postronnym. Pierwszym stanem USA, który wprowadził zakaz palenia w miejscach pracy, wewnątrz budynków, była Kalifornia (1995). Ostatnia była Alaska (2018). W Polsce taki zakaz wszedł w życie w 2010 r. Co ciekawe, regulacje te wywoływały protesty, w których najczęściej pojawiającym się argumentem był ten o łamaniu zasad wolności osobistej. Zwykle nie wspominano wtedy jednak, o czyją wolność chodzi – palacza czy tych, którzy zmuszani byli wdychać dym tytoniowy „przy okazji”.

Przez dekady, producenci papierosów przekonywali nas, że te nie szkodzą naszemu zdrowiu. (źródło: Unsplash) (fot. Pawel Czerwinski / Inne)
Emocje, które rządzą wszystkim
Media społecznościowe, duże platformy internetowe to nie to samo, co papierosy, ale analogii pomiędzy nimi jest całkiem sporo. O ile trzeba się sporo nagimnastykować, by znaleźć pozytywne aspekty palenia papierosów, tak w przypadku korzystania z mediów społecznościowych pozytywów jest więcej. Owszem, palenie papierosów może pobudzać i zwiększać koncentrację, bo nikotyna jest stymulantem. Może redukować stres i pomaga integrować się w niektórych społecznościach. To wszystko są fakty. Ale negatywne skutki palenia tytoniu są o rzędy wielkości większe od aspektów pozytywnych (które na dodatek występują jedynie krótkoterminowo). Media społecznościowe mogą inspirować, pomagają się komunikować, integrować i wyszukiwać informacje. To wszystko jest prawda. Ale nie cała. Zasadą nadrzędną mediów społecznościowych i czymś, co pozwala im zarabiać ogromne pieniądze, nie jest integrowanie, inspirowanie i ułatwianie komunikacji. Jest handlowanie naszą uwagą. Wszystko inne jest dzisiaj (nie zawsze tak było!) tylko przykrywką i w gruncie rzeczy staje się karykaturalne. Wyszukiwanie informacji? Owszem, ale tylko tych, które utwierdzają nasz obraz świata. Komunikacja z innymi? Jasne, ale jej wygoda powoduje, że zastępuje ona tę rzeczywistą. Integrowanie? Jak najbardziej, choć tylko w obrębie baniek, żeby nie powiedzieć: żelbetowych bunkrów, poza które bardzo trudno się wydostać.
Zabijać mogą też algorytmy
Chcecie ciekawych przykładów praktyk stosowanych przez największe platformy internetowe? W 2021 r. przed Kongresem USA zeznawała Frances Haugen, menedżer produktu w Facebooku. Jej praca polegała na optymalizacji rozpowszechniania treści na platformie, czyli – najkrócej rzecz ujmując – szukała sposobów na to, jak najdłużej utrzymać odbiorców na platformie. Choć Haugen nie należała do ścisłego kierownictwa, była dotychczas najwyżej postawioną osobą w strukturach firmy, która zdecydowała się zeznawać. Co mówiła? Że Facebook (właściciel Instagrama) stosuje praktyki, które mają destrukcyjny wpływ na poziom dyskusji oraz psychikę użytkowników, głównie dzieci i nastolatków. Co więcej – firma miała pełną świadomość, że przyjęte przez nią rozwiązania mają szkodliwe skutki. Podczas zeznań w Kongresie Frances Haugen podawała wiele przykładów wykorzystywania platform społecznościowych – przy pełnej nie tylko świadomości, ale także aprobacie ich zarządów – do łamania praw człowieka, a w niektórych przypadkach do rozkręcania emocji.
Nie tylko pani Haugen o tym mówiła. W 2022 r. ukazała się książka Maxa Fishera pt. „The Chaos Machine. The Inside Story of How Social Media Rewired Our Minds and Our World” (polski tytuł: „W trybach chaosu. Jak media społecznościowe przeprogramowały nasze umysły i nasz świat”). Max Fisher jest dziennikarzem śledczym „The New York Timesa” i był nominowany do Nagrody Pulitzera za śledztwo pokazujące, jak algorytmy mediów społecznościowych wpływają na zaognianie i generowanie konfliktów na świecie. Bodaj najbardziej okrutnym przykładem jest wojna domowa o Tigraj w Etiopii, gdzie w latach 2020–22, zginąć miało około 600 tys. ludzi. Podczas konfliktu pomiędzy wojskami rządowymi a partyzantami dochodziło do gwałtów, ludobójstwa oraz przemocy na tle etnicznym. Zdaniem nie tylko Frances Haugen, ale także dziennikarzy, którzy ten konflikt relacjonowali, media społecznościowe podsycały przemoc i szczuły na siebie osoby o różnym pochodzeniu etnicznym. Podżeganie do przemocy przez targetowanie fałszywymi informacjami zgłaszali do centrali nawet pracownicy platform internetowych, ale reakcja była albo żadna, albo opieszała. Facebook tłumaczył się, że nie ma wystarczających zasobów, by moderować treści w językach wykorzystywanych przez stosunkowo niewielkie grupy ludzi. Gdy w 2021 r. Frances Haugen opowiadała o tym podczas przesłuchania, Facebook zamknął ten rok zyskiem ponad 117 mld dol. To znacznie więcej niż w tym samym roku wyniósł budżet Polski. Podobna sytuacja jak w Etiopii miała miejsce podczas konfliktu w Birmie, w Indiach, a jeszcze wcześniej na Sri Lance czy w krajach arabskich podczas zrywów Arabskiej Wiosny. Z zeznań nie tylko Frances Haugen, ale także śledztw dziennikarskich wynika, że Facebook „społecznościową wojnę domową” miał wywoływać także w Polsce. Szczególnie wskazuje się tutaj dwie daty: rok 2018 i 2019.
Gdy oprócz wyników śledztw na światło dzienne wyszły także dokumenty wewnętrzne firmy, Facebook oświadczył, że nie czuje się odpowiedzialny za wywoływanie podziałów we współczesnym świecie oraz że nie ma żadnych bezpośrednich dowodów na to, że jego działalność takie podziały wzmacnia. Czytając oświadczenie, można odnieść wrażenie, że tak samo broniły się firmy tytoniowe kilka dekad wstecz. I wtedy, i dzisiaj związek pomiędzy działalnością firmy a jej negatywnymi skutkami był udowodniony ponad wszelką wątpliwość.
My-Oni, nie ma lepszej rozpałki
Algorytmy mediów społecznościowych promują treści generujące zaangażowanie użytkowników, promują polaryzujące i fałszywe informacje. Równocześnie platformy mają narzędzia do tego, by zarządzać treściami i zapobiegać rozprzestrzenianiu się dezinformacji, szczególnie takich, które przyczyniają się do powstawania napięć politycznych i społecznych. Mają je, ale z nich nie korzystają albo korzystają oszczędnie. Dlaczego? Bo wspomniane narzędzia ograniczają ruch, a z ruchu te media przecież żyją. Im większy ruch, tym większe wpływy z reklam.
Platformy społecznościowe mają wpływ na ludzi i na ich zachowania, w tym prowadzące do przemocy i śmierci. Tym, co najbardziej nas pobudza, jest strach przed innymi i ciągłe poczucie zagrożenia. Im więcej tego typu komunikatów, tym bardziej zaangażowani są użytkownicy. Kluczem nie jest jednak straszenie wszystkich wszystkim. Algorytm jest odpowiedzialny za to, by straszyć tym, czego naprawdę można się obawiać. Tym, co wywołuje najsilniejsze reakcje. To budowanie relacji – my kontra oni. Właśnie to rozpala konflikty i zaognia przemoc, bo wzmacnia poczucie zagrożenia.

Meta, Facebook, Instagram (fot. Shutterstock)
Stworzenie platformy (czy mechanizmów platformy), która wywołuje zamieszki i zaognia przemoc nie jest tym samym, co zrzucenie bomby na miasto. Celem nie jest zabicie ludzi, celem jest zarobienie pieniędzy. Ofiary pojawiają się przy okazji. Podobnie jak celem przemysłu tytoniowego nie jest powodowanie raka. Tutaj ofiary także pojawiają się „przy okazji”. Ale w obydwu przypadkach zarządy firm miały i wciąż mają pełną świadomość tego fatalnego w skutkach mechanizmu, a jednak z niego nie rezygnują.
Ostrą amunicją we władców sieci
To oczywiście nie czyni ich mordercami, ale czyni ich odpowiedzialnymi. I to na dwóch poziomach. Jednym jest krzywda społeczna, a drugim krzywda indywidualna. I choć indywidualne pozwy skierowane przeciwko wielkim platformom zdarzały się już w przeszłości, w ostatnim czasie kuratoria oświaty wszystkich amerykańskich stanów złożyły pozew zbiorowy przeciwko koncernom Meta (właścicielowi Facebooka i Instagrama), Alphabet (właścicielowi YouTube’a) i Snap (Snapchat) twierdząc, że witryny te są winne krzywdom fizycznym i emocjonalnym użytkowników. Szykuje się prawdziwa batalia, bo sąd federalny USA orzekł, że sposób działania dużych platform ma niekorzystny wpływ na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży oraz że mechanizmy przez nie stosowane prowadzą do uzależnienia użytkowników. Czy nie powtarza się tutaj historia sprzed kilkudziesięciu lat, w której to samo stwierdzono w kontekście firm tytoniowych? Na te rozstrzygnięcia nałożył się kolejny pozew, tym razem władz stanowych, przeciwko Facebookowi i Instagramowi jako platformom, które „poważnie zmieniły psychologiczną i społeczną rzeczywistość pokolenia młodych Amerykanów”. W procesach dotyczących tych spraw sędziowie podkreślali, że ponoszą one pełną odpowiedzialność za treści, które się na nich pojawiają, nawet jeżeli same nie są autorami tych treści, a jedynie je dystrybuują.
Hipokryzja?
Nikt nikogo nie zmusza do korzystania z Instagrama czy Facebooka. Tak jak nikt nie zmusza do palenia papierosów. W obydwu przypadkach chodzi jednak nie tyle o samą czynność, ile o rzeczywiste przedstawienie ryzyka z tym związanego oraz o model biznesowy, który jest zbudowany głównie (jedynie?) na negatywnych aspektach działalności. Będące „w środku” platform, w ich DNA, algorytmy są wadliwe z punktu widzenia interesu jednostki i społeczności, w której ta jednostka funkcjonuje. I ta wadliwość nie jest efektem przypadku czy niedopatrzenia, lecz efektem starannej analizy. Tu wady wprowadzane są z premedytacją, bo pozwalają zarobić krocie.
Przy okazji powstaje pytanie, gdzie w tym wszystkim są regulatorzy, urzędy, instytucje państwowe, które powinny stać na straży bezpieczeństwa swoich obywateli? Najwyraźniej boją się stanąć naprzeciwko giganta. I to dotyczy zarówno big techów, jak i (wciąż jeszcze) firm tytoniowych. Może ruszą wtedy, gdy obywatele sami zaczną pozywać platformy, a sądy zaczną przyznawać im rację? W dotychczas zakończonych procesach przeciwko platformom społecznościowym, choć zapadały wyroki wskazujące na ich odpowiedzialność, na razie nie zasądzono żadnego odszkodowania indywidualnego. I tu znowu nasuwa się analogia do pierwszych procesów przeciwko firmom tytoniowym. W końcu jednak ktoś zapłaci. Gdy to się stanie, lawina ruszy.
Co wy wiecie o drewnianym kole w aucie?
Rozpowszechnianie dezinformacji i fake newsów, wpływ na polaryzację opinii i skłócanie społeczeństwa, naruszanie prywatności użytkowników i nieodpowiednie zarządzanie danymi osobowymi oraz – i to chyba najważniejsze – wpływ na zdrowie psychiczne użytkowników, w tym zwiększanie lęku i depresji. Czy coś jeszcze można wpisać na listę grzechów platform społecznościowych? A jeśli ta lista jest tak długa, co jeszcze robię ja w social mediach? Czy naturalnym nie byłoby ich opuszczenie i skasowanie wszystkich swoich kont? Nie. Piszę o negatywnych stronach tych technologii, robię o nich filmy nie dlatego, że nie chcę korzystać z ich usług, tylko właśnie dlatego, że bardzo tego chcę.
I tu przypomina mi się historia sprzed ponad 100 lat. W 1909 r. kamieniarz Donald C. MacPherson miał wypadek, gdy w jego samochodzie pękło jedno z drewnianych kół. W wyniku kolizji MacPherson doznał obrażeń, które uniemożliwiały mu dalszą pracę, dlatego postanowił pozwać producenta samochodu, firmę Buick Motor Company. Twierdził przy tym, że koło w jego samochodzie było wadliwe. Najlepsi prawnicy Buick Motor Co. bronili się, twierdząc, że ich firma wyprodukowała samochód, ale nie koło, bo to zostało zamontowane w samochodzie przez dilera. Sąd w Nowym Jorku po siedmiu latach batalii uznał jednak, że samo zamontowanie koła czyni Buicka odpowiedzialnym. Firma powinna była odpowiednio sprawdzić wszystkie elementy (usługi) produktu, który sprzedaje. Przypadek MacPherson vs. Buick Motor Co. jest do dzisiaj jednym z najważniejszych casusów w historii amerykańskiego prawa dotyczącego odpowiedzialności producentów za wady produktów. Nie jest hipokryzją pozywanie firmy za wady, za niedbalstwo przy równoczesnym korzystaniu z jej produktów (usług). MacPherson pokazał wadliwe mechanizmy nie dlatego, że nie chciał korzystać z produktów firmy. Przeciwnie – chciał i dlatego pozwał. Dzięki niemu jeździmy bezpieczniejszymi samochodami. Rozliczając i stawiając wymagania mediom społecznościowym, naciskając na polityków, by w naszym imieniu się tego domagali, jesteśmy w stanie je uzdrowić. Wierzę w to.
Tekst ukazał się w I wydaniu Magazynu Zero.
Autor: Tomasz Rożek jest doktorem fizyki, popularyzatorem nauki, założycielem i prezesem Fundacji Nauka. To Lubię. Autor książek, programów radiowych i telewizyjnych, prowadzący kanał internetowy Nauka. To Lubię oraz format Naukowe Zero na Kanale Zero.
