Reklama
Kraj

Polacy mają dość. Te decyzje rządu wywołały prawdziwą furię w sieci

Kiedy rząd zajmuje się coraz węższymi grupami interesów, większość społeczeństwa zaczyna czuć się pomijana. Dziś to już nie tylko frustracja – to narastające wkurzenie, które może mieć polityczne konsekwencje.

Andrzej Krajewski
Opinia autorstwa: Andrzej Krajewski
Dzisiaj 05:57
14 min
Seryjne wkurzanie większości obywateli nie jest najlepszym pomysłem na wygranie kolejnych wyborów. (fot. Zero.pl)
TYLKO NA
  • Podczas gdy Polacy mierzą się z wyższym podatkiem dochodowym, wygaszaniem tarcz energetycznych i cięciami w NFZ, rządzący forsują kosztowne emerytury dla wąskiej grupy artystów i uderzają w lokalne inicjatywy.
  • Donald Tusk, który dotychczas potrafił w porę wykonać polityczny zwrot, obecnie pozwala na samowolę, która systematycznie niszczy kapitał zaufania do rządu.
  • Choć stabilna sytuacja gospodarcza wciąż chroni rząd przed masowymi protestami, kumulacja absurdalnych pomysłów – od opodatkowania internetowych zbiórek charytatywnych po wewnętrzne wojenki ministrów – tworzy niebezpieczną bombę zegarową.

Rządząca obecnie Polską koalicja zamieniła się w archipelag niezależnych ośrodków władzy. Korzystają one ze swych prerogatyw do obsługiwania interesów przeróżnych mniejszości, czym doprowadzają ostatnio do wściekłości większość Polaków.

Seryjne wkurzanie większości obywateli nie jest najlepszym pomysłem na wygranie kolejnych wyborów. Mimo to rząd Donalda Tuska oraz urzędnicy państwowi mianowani przez koalicjantów biją na tym polu w ostatnich tygodniach kolejne rekordy. Co ciekawe, wpisuje się to w intrygujący schemat.

Reklama
Reklama

Artyści na pierwszy ogień

Weźmy emerytury dla artystów, forsowane przez panią minister kultury i dziedzictwa narodowego Martę Cienkowską. Korzystając ze swych prerogatyw, postanowiła zadbać o interesy środowiska, z którym jest coraz bardziej związana. Niezbyt licznego, ale z racji medialnej popularności najsławniejszych twórców i celebrytów rozpoznawalnego dla wszystkich.

Przeznaczenie rocznie ok. 332 mln zł (docelowo 427 mln zł) na zapewnienie artystom godziwych emerytur nie powinno stanowić problemu. Już sam projekt komisji, która wskazywałaby osoby uprawnione do „artystycznych” emerytur, stwarzał duże możliwości dla ludzi ją obsługujących, jeśli chodzi o czerpanie z tego korzyści w przyszłości. O korupcyjnych pokusach już nie wspominając.

Tak minister Cienkowska, za niewielkie w skali budżetu państwa pieniądze (polski rząd w 2025 r. wydał 870 mld zł), zamierzała obsłużyć interesy ok. 20 tys. ludzi kultury, a przy okazji też przyszłych członków komisji. Ale zderzyła się z potężną falą wściekłości, która poprzez media społecznościowe rozlała się na ogół społeczeństwa. Sondaż Instytutu Badań Pollster zrealizowany na zlecenie „Super Expressu” mówi, iż 74 proc. zapytanych sprzeciwia się pomysłowi „artystycznych” emerytur.

Czytaj także: Dopłaty do emerytur artystów? „Biedni zapłacą za bogatszych”

Reklama
Reklama

Tak wroga reakcja nie powinna dziwić, jeśli zauważymy jej kontekst. Jest nim wykaz tego, co ostatnio większości Polaków zaoferował rząd. Na tej wciąż wydłużającej się liście mamy np. zamrożenie drugiego progu podatkowego. W efekcie prawie o pół miliona obywateli więcej zapłaciło wyższy podatek dochodowy.

Jednocześnie wygaszono program tarcz energetycznych, ograniczających wzrost cen energii. Dorzucono przywrócenie 5 proc. VAT-u na żywność. Został też zamrożony wzrost realnych płac w budżetówce, bo podwyżka o 3 proc. (zwana coraz częściej przez urzędników i nauczycieli „wkurwiszką”) to jedynie zrekompensowanie inflacji. Wreszcie jest też wisienka na torcie, jaką jawi się plan awaryjnych cięć w wydatkach Narodowego Funduszu Zdrowia na kwotę ponad 10 mld zł.

Zatem wyobraźmy sobie kogoś, kto pomimo zamrożenia pensji wszedł w drugi próg podatkowy, płaci więcej za zakupy i wyższe rachunki za prąd, a ostatnio dostał też SMS-a, że badania na NFZ, które umówił pół roku temu, zostały nagle przeniesione na 2027 rok. I ów, nieco zdenerwowany ktoś nagle dowiaduje się, że rząd znajdzie jednak pieniądze, ale na emeryturę dla pana, który np. trzydziesty rok eksponuje obsikany przez siebie ziemniak jako arcydzieło sztuki nowoczesnej. Dla takich m.in. artystów pani minister kultury miałaby rocznie prawie pół miliarda złotych.

Cóż, warto znaleźć człowieka, który w takim momencie nie okaże choć odrobinki irytacji z powodu dogłębnego poczucia niesprawiedliwości.

Reklama
Reklama

Lody za biało-czerwony pasek

Podobnie rażące poczucie niesprawiedliwości przełożyło się na emocje, jakie rozlały się przez media społecznościowe po próbie uniemożliwienia nagradzania lodami dzieci w Pszczynie za świadectwo z paskiem. Rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak, wypromowana na to stanowisko przez Koalicję Obywatelską oraz nieistniejącą już Trzecią Drogę, obsłużyła interes osoby, która przesłała do jej urzędu skargę na „Lodziarnię pod Dębem”, oraz środowisk mocno wierzących w to, że wszelkie wartościowanie niszczy psychikę dziecka. Czyli darmowe lody dla kujonów zdewastują samoocenę reszty dzieci w Pszczynie. To zagrożenie warte było zaszantażowania lodziarni groźbą konsekwencji prawnych za taką zbrodnię.

Czytaj także: Afera o lody za czerwony pasek. Jest tłumaczenie RPD

I znów spójrzmy na kontekst. Od kilku lat rośnie liczba Polaków krytycznie oceniających to, jak funkcjonują szkoły publiczne oraz jakość edukacji oferowanej w nich dzieciom. Wedle badań Ipsos z 2024 r. już wówczas jedynie 18 proc. zapytanych wyraziło pozytywną opinię w tej kwestii. Jednocześnie rodzice, których stać na opłacenie wysokiego czesnego, coraz częściej przenoszą swe pociechy do szkół prywatnych.

W ich wyższość, według sondażu SW Research dla Zero.pl, wierzy już 25,6 proc. zapytanych. Przed wyborami w 2023 r. Koalicja Obywatelska w swoich „100 konkretach na pierwsze 100 dni rządów” obiecała: „Zlikwidujemy prace domowe w szkołach podstawowych. Wprowadzimy szeroką ofertę bezpłatnych zajęć pozalekcyjnych w szkole. Przeznaczymy dodatkowe pieniądze na zajęcia rozwijające zdolności uczniów i wyrównujące szanse”.

Reklama
Reklama

Minister Barbara Nowacka zbanowała prace domowe i uznała, że obietnica została zrealizowana. Zupełnie jakby po przebiciu opony odkręcić uszkodzone koło w samochodzie i zapewnić kierowcę, że może jechać dalej, bo przecież ma jeszcze trzy sprawne koła. Nic dziwnego, że wedle badań CBOS aż 76 proc. zapytanych zadeklarowało, iż chce powrotu do obowiązkowych zadań domowych w szkołach podstawowych.

Wyobraźmy sobie więc zatroskaną matkę, której nie stać na prywatną edukację, ale mimo to marzy, że jej pociecha coś osiągnie w życiu. Z niepokojem więc obserwuje, jak wygląda szkolna codzienność. Ta zaś obfituje w coraz bardziej wiekowe i zniechęcone do życia nauczycielki oraz nauczycieli, którzy ożywiają się jedynie w momentach, gdy mogą wyrazić swą serdeczną opinię na temat minister Nowackiej.

Ta coraz bardziej zaniepokojona matka dowiaduje się, że była taka lodziarnia, która przez 25 lat motywowała dzieci do nauki darmowymi lodami. W sumie drobiazg bez znaczenia, lecz mimo to rzeczniczka praw dziecka postanowiła dojechać lodziarnię, bo nagradzała ambitnych uczniów. Jak w tym momencie zareagowali rodzice, i nie tylko oni, można sobie uzmysłowić na podstawie wpisów w mediach społecznościowych. I lepiej tego nie cytować.

Wprawdzie Monika Horna-Cieślak się zreflektowała i robi obecnie wszystko, żeby sprawę załagodzić, lecz mleko już się rozlało. Burza nieadekwatna do sytuacji uderzyła w rząd. Najciekawsza jest w tym skala emocji i ich natężenie, wcześniej niespotykane przy o wiele grubszych sprawach.

Reklama
Reklama

Pożądane wolty premiera

Podobne przykłady można mnożyć, patrząc na nie przez pryzmat – ośrodek władzy a obsłużenie grupy interesariuszy. Weźmy taki z nieodległej przeszłości. W koalicyjnym rządzie Lewica dostała pod swe skrzydła Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Kierujący nim wówczas Dariusz Wieczorek oraz jego zastępca Maciej Gdula natychmiast zajęli się obsługiwaniem interesów środowiska, które ostatni raz współuczestniczyło w sprawowaniu władzy na poziomie krajowym w 2005 r.

Polska nauka jest generalnie biedna, ale rząd Mateusza Morawieckiego pozostawił po sobie kilka miejsc, w których kumulował środki na czele z Siecią Badawczą Łukasiewicz. Minister Wieczorek rzucił ją swym interesariuszom na pożarcie. Opisy tego – dostępne w mediach – przywodzą nieco skojarzeń z Armią Czerwoną wkraczającą w 1945 r. na ziemie niemieckie.

W każdym razie dwadzieścia lat wygłodzenia z powodu odcięcia od władzy zrobiło swoje i ludzie związani z Lewicą starali się jak najszybciej nadrobić zaległości. Opinia publiczna nie została odcięta od informacji, ale jej reakcje okazywały się raczej umiarkowanie negatywne. Ot, niechęć połączona ze smutkiem oraz pogodzeniem się z tym, że Polska nigdy nie była mocarstwem naukowym i nie będzie.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Kostki domina. Jak rozszabrowano największą organizację naukową w Polsce

W tym samym czasie Platforma dbała o swoich interesariuszy za pomocą profitów, jakie mogą zaoferować spółki Skarbu Państwa. PSL rozwijał tę formę kooperacji w agencjach rządowych. Donald Tusk obietnicami szybkich i bolesnych rozliczeń z politykami PiS dopieszczał osobiście twardy elektorat partii oraz radykałów spod znaku Silnych Razem, których duchowym przewodnikiem został Roman Giertych.

W ów schemat wpisywały się i inne ośrodki rządu obsługujące interesy: ekonomiczne, polityczne, ideowe czy nawet tylko dobre samopoczucie różnych mniejszości. Każdy czytający może dopisać tu kolejne przykłady. Ważne jest, że schemat uzupełniała jeszcze jedna reguła. Gdy działania na rzecz zadowolenia mniejszości szły zbyt daleko, Donald Tusk dokonywał wolty, przechodząc na stronę interesów większości obywateli. Dwa najbardziej wpisujące się w to przykłady to powstrzymywanie napływu migrantów do Polski przez granicę z Białorusią oraz budowa CPK.

Symbolami linii politycznej Platformy przed wyborami w 2023 r. byli poseł Franek Starczewski idący na odsiecz „uchodźcom” w okolicach Usnarza Górnego, co zamieniło się w jego pamiętną galopadę z torbą opatrzoną logiem Ikei, a także posłowie Dariusz Joński i Michał Szczerba wiozący pizzę dla migrantów. Ale im bardziej stawało się jasne, że kryzys migracyjny jest sterowany przez Aleksandra Łukaszenkę na zlecenie Kremla i stanowi element wojny hybrydowej, tym liczba zwolenników przyjmowania „uchodźców” topniała.

Reklama
Reklama

Gdy powstał rząd Donalda Tuska, odejście od polityki PiS w odniesieniu do ochrony granicy byłoby obsłużeniem interesów bardzo przerzedzonej mniejszości oraz Moskwy. Premier robił więc dokładnie to samo co poprzednicy, tyle że mocniej. To na wniosek rządu Sejm przyjął ustawę tymczasowo zawieszającą prawo do składania wniosków azylowych na granicy polsko-białoruskiej. Stanowi to de facto pogwałcenie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Na co PiS się nie odważył.

Identyczna wolta nastąpiła w odniesieniu do budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Szybki rozwój ekonomiczny Polski i względy strategiczne sprawiają, że jego powstanie leży w interesie większości obywateli i zaczęli oni to publicznie wyrażać. Zatem Tusk z przeciwnika inwestycji stał się nagle jej gorącym orędownikiem. Acz obsłużył też interes bliskiej jego partii mniejszości, mianując pełnomocnikiem rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego (obecnie „Port Polska”) jednego z najzacieklejszych wrogów całego projektu, Macieja Laska. Wszyscy byli tym zdziwieni, włącznie z pełnomocnikiem, ale też wszyscy coś dostali.

Takie wolty premiera, nagle decydującego się stanąć po stronie interesu większości, są możliwe, ponieważ mniejszości obsługiwane przez obecny rząd nie mają wyboru. Zniknięcie Donalda Tuska ze stanowiska szefa rządu oraz Koalicji Obywatelskiej miałoby jeszcze bardziej dojmujące skutki niż w 2014 r.

Liczba polityków w łonie KO zdolnych skutecznie przejąć schedę po nim wynosi dokładnie zero. Spoza KO w całym obozie lewicowo-liberalnym jest ona taka sama. Odejście „kierownika” oznaczałoby szybkie nadejście politycznego trzęsienia ziemi. Dlatego każda wolta Tuska musi zostać przełknięta. Ale ostatnimi czasy, choć kilka nowych byłoby bardzo pożądanych, żadna nie następuje.

Reklama
Reklama

Pora wiosennych burz

Początek czerwca obfituje w wydarzenia podsycające wkurzenie większości Polaków. Czasami premier bardzo łatwo mógłby temu zapobiec. Jak choćby pomysłowi Ministerstwa Finansów, aby żądać uiszczania podatku dochodowego od wpływów z internetowych zbiórek.

Zupełnie przypadkiem minister Domański przypomniała sobie o takiej możliwości niedługo potem, jak zrzutka Łatwoganga zaowocowała ponad 282 mln zł na rzecz Fundacji Cancer Fighters, wspierającej osoby zmagające się z chorobą nowotworową. Cięcia wydatków NFZ i jednoczesne dowalanie ludziom pragnącym w odruchu serca wspierać ciężko chorych to zaiste znakomity sposób, by wszyscy chodzili szerzej uśmiechnięci.

Czytaj także: Od „Bohaterów UPA” do kolejnego pęknięcia w polsko-ukraińskim pojednaniu

W innych momentach szef rządu może jedynie wykonać jakiś gest, jak to było w przypadku nadania przez Wołodymyra Zełenskiego nazwy „Bohaterów UPA” jednostce wojskowej. Gdy Karol Nawrocki postanowił w odpowiedzi odebrać ukraińskiemu prezydentowi Order Orła Białego, Tusk gest wykonał, ale tak wieloznaczny, że kompletnie nieprzekonujący dla większości. Tymczasem za każdym razem kumulujące się emocje uderzają w rząd, który niczym maszt odgromowy podczas burzy przyciąga gniew obywateli.

Reklama
Reklama

A jak wspomniałem na początku, sam rząd i koalicja zamieniły się w archipelag małych ośrodków władzy, z których co rusz jakiś próbuje obsługiwać interesy ulubionej mniejszości. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek obsługuje emocjonalne potrzeby swoich dawnych przyjaciół z KOD-u, regularnie atakując w mediach społecznościowych prezydenta Polski. Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty obsługuje zamierzchłe marzenia elektoratu Lewicy, atakując prezydenta USA. I tak to się toczy.

Przy czym premier zdaje się być obecną sytuacją zupełnie niezainteresowany, dając pełną swobodę owemu archipelagowi w robieniu rzeczy, które w końcu muszą wkurzyć większość obywateli. Nie sposób jeszcze powiedzieć, czy jest to trwały trend oraz jakie przyniesie on konsekwencje. W momencie szybkiego pogarszania się warunków życia przyniósłby nieuchronnie wybuch powszechnego niezadowolenia. Ten w polskich realiach zmiótłby rząd.

Jednak wbrew narzekaniom Polakom wciąż żyje się dobrze i bezpiecznie. Zatem wybuchy wkurzenia rozchodzą się po kościach, zwłaszcza gdy rządzący spuszczają uszy po sobie i wycofują się z rzeczy najbardziej irytujących. Tylko po to, żeby natychmiast wpaść na jakiś jeszcze głupszy pomysł. Na razie wszystkie uchodzą im na sucho. Ale nie należy zapominać, iż igrają z losem.

Źródło: Zero.pl
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”