Ponad 1,9 mln Polaków wpadło w 2024 roku w drugi próg podatkowy, co podsyca dyskusję o kondycji finansowej rodzimej klasy średniej. Czy obecny system jest sprawiedliwy? W rozmowie z portalem Zero.pl ekonomiści kreślą scenariusze możliwych zmian.

- Coraz więcej Polaków wpada w drugi próg podatkowy. W 2024 r. było to ponad 1,9 mln osób.
- Część polityków wskazuje, że polska klasa średnia biednieje i domaga się zmian w systemie podatkowym. Resort finansów ma swoje stanowisko w tej sprawie.
- Na czym polegają niesprawiedliwości obecnego systemu? Jak można by go zmienić? Portal Zero.pl zapytał o to ekonomistów.
Dla znacznej części Polaków system podatkowy opiera się na dwóch stawkach podatku dochodowego: 12 proc. dla zarobków nieprzekraczających 120 tys. zł rocznie oraz 32 proc. od kwoty powyżej tego limitu (a nie od całości zarobków). Tak działa tzw. skala podatkowa, która jest podstawową formą opodatkowania w Polsce. Dotyczy w głównej mierze osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. I to one są najbardziej narażone na wpadnięcie w tzw. pułapkę drugiego progu.
Drugi próg i efekt „spadającej pensji”
Ponieważ podatek od wynagrodzenia odprowadza pracodawca, to w miesiącu, w którym zsumowane dochody pracownika osiągnięte od początku danego roku podatkowego przekroczą 120 tys. zł, stawka podatku rośnie z 12 proc. do 32 proc. (od nadwyżki). Przy takiej samej pensji brutto wypłata na rękę jest więc niższa. To rzeczywistość, z którą zderza się coraz więcej podatników w Polsce. Dlaczego tak się dzieje?
System się sypie, pacjenci umierają. Tego nie da się już ukryć
Limit, powyżej którego wpada się w drugi próg podatkowy, nie był podwyższany od 2022 r., kiedy to został zwiększony z 85 528 zł do 120 000 zł. Ponieważ w ostatnich latach rosły wynagrodzenia nominalne na skutek presji wywołanej inflacją, coraz więcej osób zaczęło wpadać w wyższą, 32-procentową stawkę podatku.
Według danych Ministerstwa Finansów:
- w 2022 r. drugi próg podatkowy przekroczyło 738 387 osób (co stanowiło 3,01 proc. rozliczających się według skali);
- w 2023 r. w wyższą, 32-procentową stawkę podatku wpadło 1 320 556 osób (co stanowiło 5,18 proc. rozliczających się według skali);
- w 2024 r. w drugi próg podatkowy wpadło 1 935 495 osób (co stanowiło 7,6 proc. osób rozliczających się według skali).
Część polityków chce waloryzacji drugiego progu, MF odpowiada
Prognozy dotyczące 2025 r. wskazują, że liczba podatników, którzy wpadli w drugi próg podatkowy, będzie jeszcze większa. Zwracają na to uwagę niektóre partie polityczne. „Ponad 2 miliony Polaków wpada dziś w drugi próg podatkowy!” – taki wpis pojawił się 27 marca na profilu Polski 2050 w serwisie X.
„To nie milionerzy. To ludzie, którzy codziennie ciężko pracują – nauczyciele, specjaliści, inżynierowie, pielęgniarki – a pod koniec roku wpadają w pułapkę »magicznego« progu. Nie wpadają w niego najbogatsi na ryczałtach czy ci, którzy potrafią omijać system przez fundacje rodzinne. Wpada w niego klasa średnia. Ta, na której w dużej mierze stoi budżet państwa”.
W podobne tony uderza Konfederacja. „Każdy, kto zarabia powyżej 120 tys. zł rocznie, musi zapłacić 32 proc. stawkę PIT. Konfederacja od wielu lat postuluje podwyższenie tego progu, gdyż klasa średnia płaci coraz wyższe podatku, podczas gdy bogaci i tak są w stanie uciec w optymalizację podatkową” – czytamy we wpisie na oficjalnym profilu ugrupowania na X.
Tymczasem Ministerstwo Finansów w połowie marca, odpowiadając na interpelację poselską, wskazało, że podwyższenie progu dochodowego powyżej 120 tys. zł byłoby „nierozważne” z perspektywy dążenia do wyjścia z procedury nadmiernego deficytu, uruchomionej wobec Polski przez Radę Unii Europejskiej w lipcu 2024 r.
„Wyjście z tej procedury wymaga od rządu realizacji planu naprawczego, którego celem jest sprowadzenie deficytu finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB oraz stabilizacja długu publicznego” – poinformował resort finansów, podkreślając, że podatek PIT stanowi źródło dochodów publicznych.
– Dziś mrożenie progów podatkowych jest jednym z niewielu sposobów na podwyższenie udziału podatków w PKB – zauważa w rozmowie z Zero.pl Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP.
Zwraca on uwagę, że w sytuacji, w jakiej znajdują się polskie finanse publiczne (wysoki udział wydatków rządu w PKB – wręcz rekordowy w porównaniu z krajami o podobnej zamożności), rządzący przejawiają „naturalną skłonność” do tego, by w łatwy sposób zwiększać wpływy do państwowej kasy. – Kwota wolna i próg podatkowy nie wymagają żadnych działań, zmian ustawy, podpisu prezydenta – rosnące wpływy do budżetu „załatwia” sam wzrost wynagrodzeń – mówi Kamil Sobolewski.
Paradoksy systemu podatkowego
Statystyczny podatnik nie myśli jednak przecież o kondycji finansów publicznych, a o kondycji własnego portfela.
– Polski system podatkowy ustawiony jest niekorzystnie wobec pracowników na umowie o pracę, z kilku powodów – część z nich to powody strukturalne, inne są związane ze sposobem naliczania podatków – mówi w rozmowie z Zero.pl dr nauk ekonomicznych Michał Możdżeń z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, współzałożyciel Polskiej Sieci Ekonomii.
– System ten jest nominalnie korzystny dla najmniej zarabiających – dodaje dr Możdżeń.
Z czasem jednak – podkreśla ekspert – przez brak zmian w progach podatkowych, system ten sprawia, że osoby zarabiające więcej tylko „na papierze”, płacą coraz większe podatki, mimo że realnie ich siła nabywcza się nie zmienia.
– Osób, które przekraczają 120 tys. zł dochodu w skali rocznej i które w związku z tym wpadają w drugi, 32-procentowy próg, jest coraz więcej i pewnie można założyć, że ten wzrost będzie postępował, bo wraz z odbiciem inflacji pojawi się presja na wzrost wynagrodzeń – dodaje ekonomista z UEK. – Oczywiście, firmy nie od razu będą w stanie zrealizować żądania pracowników o podwyżki, niemniej z czasem to pewnie zacznie się dziać.
Chodzi tu o możliwą „powtórkę” z presji płacowej, którą obserwowaliśmy w Polsce nie tak dawno temu. W 2024 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej wzrosło nominalnie o 13,6 proc. Niewiele niższa dynamika wzrostu wystąpiła w 2023 r. (13,1 proc.). Wzrosty te napędzała podwyższona inflacja, która znalazła swoje odbicie w podwyżkach (ale też popyt na pracę przewyższający podaż).
Inflacja w Polsce obecnie znajduje się wprawdzie w szerokim celu NBP (w marcu, według szybkiego szacunku GUS, wyniosła 3 proc. w ujęciu rok do roku), ale prognozy na 2026 r., dla całorocznej ścieżki inflacji, już są lekko rewidowane w górę. Wszystko przez wojnę na Bliskim Wschodzie i wywołany nią kryzys paliwowy: wyższe ceny surowców energetycznych stwarzają ryzyko wzrostu inflacji ogółem. I tak, przykładowo, ekonomiści PKO BP przewidują, że przez wojnę w Zatoce Perskiej średnioroczna inflacja w tym roku wyniesie w Polsce 2,8 proc., a nie 2,2 proc., jak typowali wcześniej.
Michał Możdżeń zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt powodujący wzrost poczucia społecznej niesprawiedliwości u osób na umowie o pracę, które wpadają w drugi próg podatkowy.
– Ludzie, którym udaje się uwolnić od progresywnego reżimu podatkowego poprzez różnego rodzaju arbitraż (fundacje rodzinne, przechodzenie na stawkę liniową, wyłączenia dla osób na ryczałcie itp.), to osoby, które i tak zarabiają większe stawki – lekarze, informatycy itp. – mówi.
– Mogą one z tych różnych „opcji” optymalizacji skorzystać, a kiedy ich dochody będą rosły proporcjonalnie do dochodów zwykłego zjadacza chleba na umowie o pracę, i tak będę odprowadzać do budżetu taki sam procent swoich dochodów. Dla zwykłego zjadacza chleba to tak nie działa i tym samym obecny system podatkowy jest dalece niesprawiedliwy. Skala tych niesprawiedliwości, odczuwanych przez tych, którzy relatywnie mniej zarabiają, pogłębia się wraz z odsuwaniem w czasie przez MF decyzji o waloryzacji drugiego progu.
Michał Możdżeń mówi nam, że „nie kupuje” argumentów, którymi resort finansów uzasadnia niechęć do podwyższenia drugiego progu podatkowego.
– MF tłumaczy to oczywiście tym, że nie może tego zrobić, bo mamy wysoki deficyt, ale zwróćmy uwagę, że ten brak działania też jest decyzją i ma swoje konsekwencje dla deficytu. Podatnicy relatywnie mniej zarabiający w momencie wpadnięcia w drugi próg zmniejszają dynamikę konsumpcji, a to sprawia, że do państwowej kasy trafia mniej wpływów z VAT.
– Z tego powodu działania teoretycznie mające zapewnić większe wpływy z podatków są mniej skuteczne niż wynikające z ujednolicenia systemu podatkowego zwiększenie stopy opodatkowania najbogatszych grup zawodowych – dodaje ekonomista.
– W ich przypadku bowiem wzrastające dochody zasilają w większej mierze oszczędności (pokazują to zresztą dane o wzroście stopy oszczędności gospodarstw domowych w skali kraju), czyli ich opodatkowanie w mniejszym stopniu uszczupli konsumpcję niż w przypadku osób biedniejszych.
Jakie recepty na drugi próg?
Zapytaliśmy ekonomistów, jak rozwiązaliby problem „zamrożonego” na poziomie 120 tys. zł progu podatkowego. Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, mówi, że dla niego „minimum byłoby trwałe związanie drugiego progu podatkowego z 30-krotnością” (chodzi o 30-krotność prognozowanego średniego wynagrodzenia; po zarobieniu tej kwoty pracownik i pracodawca nie odprowadzają składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, co podnosi pensję „na rękę” – red.).
Imigracja. Potrzebujemy planu i kontroli
– Zwróćmy uwagę, że osób, które zarabiają w przedziale 120-250 tys. zł, jest w Polsce coraz więcej – podkreśla Kamil Sobolewski.
Ale zarazem, jak tłumaczy, osoby te nie mogą skorzystać z możliwości nie odprowadzania składek, którą daje zarabianie powyżej 30-krotności prognozowanego średniego wynagrodzenia (w tym roku wynosi ona ponad 282 tys. zł). Ta 30-krotność zresztą też ciągle rośnie, bo rośnie średnie wynagrodzenie w gospodarce.
– Mają więc większą motywację, by poszukać zatrudnienia poza systemem, który postrzegają jako złodziejski, tym bardziej, że ich wyższe wynagrodzenie to efekt zawodowego progresu – awansów, podwyżek, nagród – mówi główny ekonomista Pracodawców RP. – I raptem okazuje się, że ponad połowa wzrostu pensji brutto jest zabierana przez państwo.
– W efekcie osoby te „uciekają” na niżej opodatkowane formy działalności: B2B, umowy o dzieło, umowy zlecenia – albo w pracę „na czarno” – wskazuje Kamil Sobolewski. – Dodajmy, że przy branżach, gdzie pojawia się szansa na przychody nierejestrowane (jak budowlanka), taka motywacja istnieje nawet przy niskich dochodach. Ta motywacja zwiększa się przez mrożenie progów podatkowych i to jest groźne zjawisko.
– Jednocześnie osoby te za mało doceniają, że część odprowadzanych składek daje im coś pozytywnego, czyli kapitał emerytalny – dodaje.
Michał Możdżeń wskazuje na inny pomysł likwidacji paradoksów systemu podatkowego.
– My jako Polska Sieć Ekonomii postulujemy, żeby ten system ujednolicić, być może przez wprowadzenie jednolitej, progresywnej daniny dla ludzi uzyskujących dochody z różnych form aktywności zawodowej noszącej znamiona działalności gospodarczej – mówi.
– Wydaje się to uczciwe. Z tego punktu widzenia planowane przez ministerstwo finansów zmiany w ryczałcie (podniesienie go dla przedsiębiorców korzystających ze stawki 8,5 proc. i uzyskujących roczny przychód powyżej 100 tys. zł do 15 proc. od nadwyżki, chyba że zatrudnią co najmniej jednego pracownika na UoP – red.) kierunkowo należy ocenić jako korzystne, ale i tak jest to tylko plaster na mocno krwawiącą ranę.
Pomysłem na uporządkowanie ram podatkowych w Polsce podzielili się też autorzy petycji obywatelskiej, która wpłynęła w grudniu 2025 r. do Sejmu (sygnatura BKSP-153-X-788/25). Postulują oni podniesienie granicy, powyżej której zaczyna się drugi próg podatkowy, ze 120 tys. zł do 171 tys. zł. W styczniu została ona skierowana do sejmowej Komisji ds. Petycji, a na posiedzeniu tego gremium w dniu 12 marca zdecydowano o przedłużeniu terminu na jej rozpatrzenie.
