W poniedziałek w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie po raz 28. wręczono Polskie Nagrody Filmowe Orły. Wielkim wygranym został „Dom dobry” Wojtka Smarzowskiego. Wielkim przegranym – „Franz Kafka” Agnieszki Holland. A my, widzowie, po Orłach, Gdyni i oscarowym biegu, wciąż nie wiemy, z którego polskiego filmu mamy być najbardziej dumni.

- „Dom dobry” najlepszym filmem 28. ceremonii rozdania Orłów. Wyróżnieni zostali m.in. reżyser, kompozytor oraz aktorski duet Tomasz Schuchardt - Agata Turkot.
- Wielcy przegrani to „Brat” Macieja Sobieszczańskiego i „Franz Kafka” Agnieszki Holland.
- Wśród seriali bez zaskoczeń. „Heweliusz” lepszy niż „1670”.
- To kolejny rok, w którym Gdynia, Orły i komisja oscarowa mają odmienne zdania co do najlepszego filmu sezonu.
Smarzowski rozbija bank, Holland z nagrodą pocieszenia
Najlepsza pierwszoplanowa rola męska (Tomasz Schuchardt) oraz kobieca (Agata Turkot), najlepsza reżyseria (Wojciech Smarzowski), najlepsza muzyka (Mikołaj Trzaska) i oczywiście – najlepszy film. Na tegorocznej gali rozdania Orłów nie było mocnych na „Dom dobry”.
Znacznie słabiej poradziła sobie historyczna superprodukcja „Chopin! Chopin!” Michała Kwiecińskiego, wyróżniona głównie w kategoriach realizacyjno-technicznych – za scenografię, kostiumy, charakteryzację i dźwięk.
Czarny koń ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni, „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald oraz jego zwycięzca, czyli „Ministranci” Piotra Domalewskiego, zgarnęli po dwie nagrody, co w kontekście odpowiednio dziesięciu i dziewięciu nominacji nie jest rewelacyjnym wynikiem.
Największymi przegranymi pozostają „Brat” Macieja Sobieszczańskiego oraz „Franz Kafka” Agnieszki Holland. Ten pierwszy film nie zamienił żadnej z 10. nominacji na statuetkę. Ten drugi został wyróżniony jedynie za zdjęcia Tomasza Naumiuka. Przypomnijmy jednak, że był to nasz oscarowy kandydat.
W serialach bez większych zaskoczeń – „Heweliusz” Jana Holoubka wygrał i z „Breslau”, i z „Przesmykiem”, i z 2. sezonem „1670”.
Orły, Gdynia, Komisja Oscarowa – rzucanie kostką trwa
Z perspektywy szeregowego widza triumf Smarzowskiego nie może dziwić. „Dom dobry” był najbardziej kasowym filmem ubiegłego roku w Polsce i zarazem najszerzej komentowanym.
Poszło na niego do kina ponad 2,5 mln ludzi. Zainicjował też ogólnonarodową debatę o przemocy domowej i wymiernie przyczynił się do pomocy jej ofiarom. Jak informowała w grudniu 2025 r. Fundacja Feminoteka, ilość telefonów na linie pomocowe oraz przypadków stałej opieki fundacji wzrosła po premierze w listopadzie 2025 r. aż o 220 proc.
Jeśli jednak ten sam widz śledził ubiegłoroczny Festiwal w Gdyni albo prace komisji oscarowej wybierającej naszego kandydata do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, to dziś musi czuć się zdezorientowany. Jury najważniejszego polskiego festiwalu uhonorowało bowiem Złotymi Lwami „Ministrantów” Piotra Domalewskiego, z kolei komisja selekcyjna wysłała na Oscary „Franza Kafkę” Agnieszki Holland.

Kadr z filmu „Franz Kafka”, reż. Agnieszka Holland, 2025 (fot. mat.prasowe)
To jaki w końcu był najlepszy polski film ubiegłego sezonu? W przypadku większej i ważniejszej w globalnej skali kinematografii podobny wielogłos byłby nieco bardziej zrozumiały. W Polsce jednak musi dziwić. Zwłaszcza w kontekście promocji zagranicznej, w której brakuje wyrazistego i klarownego głosu: oto najlepsze, co mieliśmy w danym roku do zaoferowania.
Spoglądając na sprawę z tej perspektywy wydaje się to jednak niepoważne, że już drugi rok z rzędu nasz oscarowy kandydat okazuje się na Orłach kinem gorszej kategorii. W przypadku Agnieszki Holland i „Franza Kafki” mamy jeszcze listek figowy w postaci nagrody w ważnej kategorii technicznej – za zdjęcia. Ale co ma powiedzieć Damian Kocur, którego „Pod wulkanem” zostało wysłane do Oscara w 2024 r., podczas gdy w Gdyni i na Orłach praktycznie nie zaistniało? Na festiwalu film otrzymał nagrodę pocieszenia, czyli wyróżnienie za debiut aktorski dla Sofii Berezovskiej. Orły tymczasem nie nominowały go w żadnej z kategorii.
Nie sądzę, by przy tak małej branży był to problem nie do rozwiązania. Nawet poprzez częściowe łączenie składów jurorskich Gdyni, Orłów i komisji oscarowej. Zaś jeśli argument o promocji zagranicznej (choćby w kontekście Oscarów – kolejnych bez udziału Polski) nie jest przekonujący, to warto odnieść się do tej kwestii w interesie polskiego widza. Wyznaczyć jakiś drogowskaz, dzięki któremu dobre kino artystyczne będzie mogło liczyć na lepszy wynik w lokalnym box-office przy topniejącej kinowej widowni.
Mówiąc krótko, albo powinniśmy byli dać Smarzowskiemu gdyńskie Złote Lwy, Orły i wystawić go do oscarowej rywalizacji (wariant sprawiedliwy), albo wykorzystać festiwale i nagrody do lobbowania na rzecz równie dobrych filmów jak „Ministranci” czy „Franza Kafka” u tzw. statystycznego Polaka (wariant użyteczny). Słowem – zrobić coś pożytecznego albo dla kina, albo dla widza.
