„Pościgi, strzelaniny, wojny gangów – to mój chleb powszedni” – mawiał klasyk. Nasz również. W kolejnym tekście o grach z cyklu „GTA” przyglądamy się… grom z cyklu „GTA”. Wszystkim. Tym numerowanym i tym z bocznego toru, fabularnym dodatkom oraz kolosowi w postaci trybu wieloosobowego.
Rozmiar i popularność to jednak nie wszystko. W ocenie uwzględniamy fabułę, bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, misje główne oraz zajęcia fakultatywne, a także, last but not least, status w historii popkultury. Warto też wspomnieć, że niektóre dodatki do głównych części serii, dla porządku, połączyliśmy w zgrabny pakiecik.
Kryteria jasne, stawka wiadoma, 3… 2... 1… Gazu!
„GTA” kontra świat. Kontrowersje, skandale, nagonki, procesy
13. „Grand Theft Auto 2”. Odwróć tabelę, sequel na czele

„GTA 2” (1999) okazało się solidnym sequelem. Lecz z perspektywy czysto historycznej nie było grą tak ważną, jak jej rewolucyjny pierwowzór. (fot. materiały prasowe)
Trochę głupio zaczynać zestawienie od gry, która niemal w każdym możliwym aspekcie usprawniła oryginał. Dajcie nam jednak szansę na pierwszą kompromitację.
W „GTA 2” robimy to, co zwykle robi się w „GTA”. Ganiamy po mieście, kradniemy auta, a gdy wyjątkowo boli nas życie – rozjeżdżamy fanów joggingu. Wprowadzone do rozgrywki gangi oraz strefy wpływów były powiewem świeżości i pozostały z serią na dłużej. Retrofuturystyczne klimaty oraz miasto-labirynt z niedalekiej przyszłości, choć nie wszystkim przypadły do gustu, okazały się ciekawym estetycznym twistem.
Ostatecznie zmiany nie okazały się na tyle duże, by doprowadzić do rewolucji. Z kolei poprzednik wciąż nabija punkty swoją wyjątkową pozycją w historii gier wideo. Warto natomiast przypomnieć – to plusik dla sequela za satyryczną igiełkę – że stan gry zapisywało się w kościołach, kładąc na tacy aż 50 tys. dolarów. I że – w przeciwieństwie do policji i polityków – Kościół nigdy gry nie zaatakował. Przypadek?
Rok produkcji: 1999. Na czym zagrać: najlepiej w przeglądarce na PC. No chyba że ktoś skitrał w komórce lokatorskiej PlayStation (PS One), Dreamcasta albo „kolorowego” Game Boya.
12. „Grand Theft Auto: Advance”. Czasem mniej znaczy… po prostu – mniej
Biorąc pod uwagę, jak oszczędne narracyjnie i proste graficznie były dwuwymiarowe odsłony cyklu, aż trudno uwierzyć, że pierwszego „GTA” przeznaczonego wyłącznie na konsole przenośne doczekaliśmy się tak późno. „GTA: Advance” było fabularnie „przyklejone” do „GTA III”, natomiast w warstwie formalnej nawiązywało do prehistorycznego okresu serii.
Niestety, fabułka jest raczej pretekstowa, zaś 300 (!) misji, w których wspinamy się na szczyt przestępczej drabinki, zdąży wam się znudzić, zanim krzykniecie „Proch z kapustą!”. Mówiąc krótko, nie wyszło to najlepiej, choć trudno odmówić grze pewnej wartości historycznej. No i tego, że wylała fundamenty pod „Chinatown Wars” – jedną z najlepszych (i wciąż niedocenionych) gier z serii.
Rok produkcji: 2004. Na czym zagrać: Game Boy Advance – twoja ulubiona konsola, której nigdy nie miałeś.
11. „Grand Theft Auto”. Sic Parvis Magna
Gra, od której wszystko się zaczęło. I dzięki której napis „Gouranga!” (nie pytajcie, za co był nagrodą) wypalił się na matrycy monitorów pod każdą szerokością geograficzną. W świetnym tekście o kulisach powstania serii Michał Kołkowski przypomina burzliwe, nieoczywiste i znaczone kolejnymi skandalami losy produkcji (LINK). Ja dodam, że gdyby nie „GTA”, frazy takie jak „bezpretensjonalność”, „swoboda” oraz „fantastyczny sposób na wieczór” robiłyby we współczesnej popkulturze znacznie wolniejszą karierę.
Oczywiście trudno dziś spoglądać na pierwszą odsłonę cyklu inaczej niż przez pryzmat późniejszego, ogólnoświatowego fenomenu. Zatrudniony przez dział PR firmy BMG Interactive brytyjski „król spinu” Max Clifford dbał o to, żeby afery i aferki bulgotały na wolnym ogniu. Podsuwał łakome kąski mediom, podgryzał polityków i to dzięki niemu gra trafiła m.in. do Izby Lordów. To właśnie tam szkocki sekretarz stanu rugał ją bez litości.
Później gracze tłumnie ruszyli do sklepów, a Rockstar zaczął surfować na fali złotych dukatów. Reszta jest historią. „GTA” nie tylko „trafiło w swój czas”. Ukazując się na rynku zaledwie rok po takich hitach jak „Diablo”, „Tomb Raider”, „Quake” czy „Resident Evil”, scementowało obraz gier wideo jako rozrywki z naprawdę bezkompromisowymi, „eskapistycznymi” ambicjami.
Rok produkcji: 1997. Na czym zagrać: Przeglądarki i emulatory, ewentualnie PlayStation (PS One), no i Game Boy Color – kolejna konsola, której nigdy nie miałeś.
10. „Grand Theft Auto: London 1969 / 1961”. Nie ma takiego miasta, jest Lądek-Zdrój
Pierwsze fabularne dodatki do „GTA” nie były dziełami rewolucyjnymi, ale pociągnęły za sobą ważną stylistyczną zmianę – akcję, z luźno wzorowanego na Nowym Jorku fikcyjnego Liberty City, przeniesiono do Londynu lat 60. I to właśnie dzięki temu scenarzyści mogli otworzyć kuferek z gangsterskimi hitami ówczesnej dekady.
„Włoska robota”, „Dorwać Cartera”, „Teczka Ipcress” – klimat gęstego, stylowego kina lał się z ekranu, zaś wśród bohaterów stylizowanych na różne wyspiarskie subkultury nie zabrakło znanych twarzy – Sid Vacant był mało subtelnym hołdem dla basisty Sex Pistols, Sida Viciousa. Z kolei szykowny Maurice Caine narodził się z fascynacji „twarzą” brytyjskiego kina gatunkowego lat 60. – Michaelem Cainem. Problem w tym, że choć szkicowa fabułka ustawiała ich na kursie kolizyjnym z rekinami londyńskiego półświatka, całość była nudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Ot, nowe ciuszki starej gry.
Rok produkcji: 1999. Na czym zagrać: podobnie jak w przypadku „GTA”, na PC (przeglądarka, emulator) albo na PlayStation (PS One) lub Game Boyu.
9. „Grand Theft Auto: Vice City / Liberty City Stories”. Phil Collins lubi to
Mam nadzieję, że ultrasi wybaczą mi zbicie dwóch prequeli głównych części serii w jedną opowieść. Koniec końców obydwa dodatki są do siebie dość podobne, zarówno jeśli chodzi o skalę rozgrywki, jak i o jej jakość.
„Liberty City Stories” było pierwszą odsłoną 3D na przenośną konsolę, co pozwoliło zabrać „GTA III” do tramwaju, a następnie poddać się ocenie zszokowanej gawiedzi. „Vice City Stories” miało natomiast znacznie lepszą fabułę – Vic, brat znanego i kochanego Lance’a Vance’a, był stosunkowo ciekawą postacią, a jego walka o miejsce w półświatku miała doskonałe tempo i rytm. Nie zapominajmy też o epizodzie Phila Collinsa. Nawet w swojej groteskowej, zdigitalizowanej wersji facet pasował do Vice City jak keczup do frytek.
Rok produkcji: 2005–2006. Na czym zagrać: przed dwoma dekadami grało się przede wszystkim na PlayStation Portable (PSP) – nowej i odjazdowej konsolce Sony. Ewentualnie na pięknie rozkwitającym wówczas PlayStation 2. Dziś możecie zagrać co najwyżej na ziemniaku – no chyba że ktoś nie sprzedał swojego PlayStation Vita.
Jak Szkoci nauczyli nas kraść auta? Narodziny serii Grand Theft Auto
8. „Grand Theft Auto III”. Nowy model, stare części

„GTA III” (2001). Rewolucja, kamień milowy, przełom. Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że pierwsza trójwymiarowa odsłona cyklu zmieniła cały krajobraz elektronicznej rozrywki. (fot. materiały prasowe)
A podobno nie da się zrobić pierwszego wrażenia dwa razy… Gdy na przełomie tysiąclecia rozpikselowany, dwuwymiarowy „wiek niewinności” serii dobiegł końca, era cyfrowej przemocy oraz moralnej paniki rozkręciła się na dobre. „GTA III”, w całym swoim trójwymiarowym majestacie, okazało się spełnieniem marzeń graczy, drzazgą pod paznokciem polityków, a także matrycą dla serii na kolejne dekady.
Dziś wydaje się to oczywiste, ale możliwość rozkręcenia demolki w gigantycznym, starannie zaprojektowanym Liberty City wystarczyła, by wystrzelić serię do finansowej stratosfery. Nawet jeśli grze daleko było do inteligentnej satyry, z którą kojarzymy nowsze części, a w człowieczeństwo protagonisty, niejakiego Claude’a, musieliśmy wierzyć na słowo.
Na jesieni 2001 r., otoczone rewolucyjnymi hitami formatu „Silent Hill 2”, „Halo: Combat Evolved”, „Max Payne” czy „Devil May Cry”, „GTA III” całkowicie zmieniło pejzaż elektronicznej rozrywki. Czy na lepsze? Zależy, kogo spytacie.
Rok produkcji: 2001. Na czym zagrać: najlepiej na PlayStation 5 albo PlayStation 4 (lub na Xboksie Series X/S oraz Nintendo Switch) w ramach zremasterowanej trylogii. Wzburzeni jej dyskusyjną jakością nie pogardzą odświeżoną w 2011 r. wersją na PC, telefony i tablety.
7. „Grand Theft Auto: The Lost and Damned / The Ballad of Gay Tony”. Johnny idzie do nieba
„Brat może wbić ci nóż w plecy. Kobieta na pewno go wbije. Ale motor nigdy cię nie zawiedzie” – mawiał Konfucjusz z Liberty City, czyli Johnny Klebitz, lider gangu motocyklowego The Lost MC. Facet królował na drugim planie i kradł niemal każdą scenę w „GTA IV”, toteż nic dziwnego, że wsłuchany w głos społeczności Rockstar podarował nam fabularny dodatek z Klebitzem w roli głównej.
„The Lost and Damned” pozwalało spędzić z twardzielem o gołębim sercu trochę więcej czasu, choć, mówiąc szczerze, samo rozszerzenie było nieco rozczarowujące i stanowiło ledwie wprawkę do drugiego, znacznie lepszego dodatku. Ostatecznie Klebitz zakończył swój żywot lata później, pod butem (to nie metafora) Trevora Philipsa, czyli naszego ulubionego socjopaty z „GTA V”.
Ballady o geju Tonym można było natomiast słuchać całymi godzinami. Jej bohater, diler Luis, kolejna z istotnych postaci drugoplanowych z „GTA IV”, zarządzał siecią nocnych klubów należących do Tony’ego Prince’a (to motyw, który w ciekawej konfiguracji powrócił w „GTA Online”). Zaś przy okazji stanowił punkt splotu najróżniejszych fabularnych nitek z podstawowej wersji gry. Niech was nie zmyli uśredniona ocena – „The Ballad of Gay Tony” to wciąż jedno z najlepszych rozszerzeń w historii gier wideo.
Rok produkcji: 2009. Na czym zagrać: tak jak w przypadku „GTA IV”, natywne wersje na konsole PlayStation 3, Xbox 360 i PC (w wersji Complete Edition na Steam) to najlepsza droga. W ramach wstecznej kompatybilności gra działa również na Xboksach One oraz X/S. Spieszcie się z wersjami pudełkowymi – niedługo będą to białe kruki.
6. „Grand Theft Auto: Online”. Adres zamieszkania: Los Santos
Słuchajcie, nie mam zamiaru odmawiać multiplayerowej wersji „GTA” powabu i finezji. Rozciągnięte do kuriozalnych rozmiarów Los Santos to wspaniałe miejsce, w którym przygoda niejedno ma imię. Jest to również, na dobre, złe i brzydkie, wylęgarnia idiotów. Krynica wszystkiego, co w Homo sapiens najgorsze.
Z perspektywy biznesowej samodzielny tryb online był dla Rockstara istotnym przystankiem na drodze ku astronomicznym pieniądzom. Z perspektywy artystycznej wydaje się natomiast kolejną – tym razem udaną! – wariacją na temat koncepcji Second Life’u.
Życie i śmierć w mieście bez granic, wśród ludzi wszelkich stanów i zawodów, bywa czystą frajdą. Najdziksze pomysły stają się rzeczywistością, liczba nowych trybów, dodatków, okolicznościowych wydarzeń idzie w setki, z kolei Rockstar cały czas dba o to, by „GTA Online” pędziło po waszą kasę na szóstym biegu. Biada jednak tym, którzy wpadną na pomysł niezobowiązującego wypadu do Los Santos. To nie jest kraj dla starych ludzi i miasto dla niedzielnych graczy. W dodatku próg wejścia rośnie tu z każdym miesiącem.
Rok produkcji: 2013. Na czym zagrać: PC, PlayStation 4 i PlayStation 5, Xbox One, Series X/S. Do wyboru, do koloru. Serwery wciąż hulają, a biorąc pod uwagę, że Rockstar zarabia na nich od 13 lat, wtyczka pozostanie w gniazdku. Nawet wtedy, gdy nadchodzące „GTA VI” doczeka się własnego trybu online.
Influencerzy, motocross i Phil Collins. Pokaz „GTA VI” na Netfliksie wywołał u mnie opad szczęki
5. „Grand Theft Auto: Chinatown Wars”. Wielka draka w chińskiej dzielnicy
Wydane pomiędzy czwartą i piątą odsłoną głównej serii „GTA: Chinatown Wars” to nie tylko najlepsza przenośna część serii. To również jedyna gra z cyklu, w której perspektywa z lotu ptaka nie okazała się technologicznym ograniczeniem, lecz szansą na coś artystycznie interesującego.
Twórcy znaleźli sposób, by uczynić z podwójnego ekranu konsoli Nintendo DS oraz dołączonego doń stylusa esencję rozgrywki. Odpalanie samochodu „na krótko”? Przygotowywanie koktajli Mołotowa? Rozcinanie tapicerki? Wszystko to niby proste, codzienne czynności w gangsterskim świecie. A jednak dzięki wykorzystaniu technologii Nintendo udało się zamienić je w coś świeżego i ekscytującego. Fabularnie mogło być lepiej, ale gra nadrabiała klimatem Roku Smoka oraz dyskretnym rozgryzaniem specyfiki chińskiej triady.
Rok produkcji: 2009. Na czym zagrać: choć na telefonach z systemami iOS i Android znajdziecie port gry, jedyną prawilną opcją jest rozgrywka ze stylusem na ślicznym, zagranicznym Nintendo DS – tak jak Pan Rockstar przykazał.
4. „Grand Theft Auto: San Andreas”. Dzień próby, noc oczyszczenia

„GTA: San Andreas” (2004). Jedna z ulubionych – o ile nie ulubiona! – gier z perspektywy wieloletnich fanów cyklu. Nic dziwnego. Już sam jej rozmiar przyprawiał o ból głowy. (fot. mat.prasowe)
„Ah shit, here we go again”. Wiem, że macie już palec na CAPS LOCKU, więc proszę o spokój, już tłumaczę zaskakująco niską pozycję tego klasyka. By użyć kulinarnej metafory, kanapka, na którą będziecie kłaść kolejne składniki, będzie robić się coraz lepsza. Ale tylko do czasu.
Pamiętam, że przed premierą „San Andreas” kolega ze szkolnej ławki dzień w dzień raczył mnie informacjami, co będzie można robić w grze. Od wsadzania ludzi do bagażnika i topienia ich razem z samochodami w oceanie, przez martwy ciąg na siłowni, po zmiany fryzur, konieczność posilania się między misjami oraz śmiganie na beemiksach. I choć wszystko to ostatecznie trafiło do gry, zabrakło mi w „San Andreas” zwartej fabularnej struktury, która mogłaby rywalizować z tym festiwalem atrakcji. Jak się okazuje, od przybytku głowa może czasem rozboleć.
Żeby nie było – czwarte miejsce na liście to już gra, bez której świat byłby odrobinę gorszy. Zaś „San Andreas” to kawał pięknego kodu, w dodatku wykrystalizowanego z rewelacyjnej tradycji filmowej – od „Chłopaków z sąsiedztwa” Johna Singletona, przez „Piątek” F. Gary’ego Graya, po „Dzień próby” Antoine’a Fuquy. W dodatku o imponujących rozmiarach (trzy miasta, cały stan!) oraz niepomiernym potencjale memicznym.
Będę jednak trwał na stanowisku, że ze wszystkich „nowożytnych” odsłon serii scenarzyści „San Andreas” są w najmniejszym stopniu zainteresowani zborną, dobrze zrytmizowaną historią. Ekspozycja jest zbyt długa, drugi akt nieco rozlazły, zaś całość ląduje o parę kroków od arcydzieła. Nawet pomimo ciężkich, dojrzałych tematów oraz Franka Tenpenny’ego – jednego z najlepszych czarnych charakterów w historii cyklu.
Rok produkcji: 2004. Na czym zagrać: po raz kolejny – „GTA Trilogy: Definitive Edition” na wszystkie ogólnodostępne platformy albo, dla purystów, wersje na PlayStation 2, PlayStation 3 oraz Xboksa 360.
3. „Grand Theft Auto IV”. Oscar za reżyserię, scenariusz i główną rolę męską
Korci mnie, żeby uznać prymat „czwórki” nad „piątką”. „GTA IV” ma lepszą fabułę i bohatera. Mierzy się też z poważniejszymi tematami, do tego jest grą ciekawszą stylistycznie. Klimat „parszywych ulic” z amerykańskiego kina lat 70. ukręcono w gęściutką masę, zaś liczne nawiązania do historii Nowego Jorku przełomu lat 80. i 90. zachwycą znawców tematu.
Stety albo niestety równie ważne w skali całego cyklu są rozmiar, liczba atrakcji oraz konwencja niezobowiązującej demolki. I nie da się uniknąć konkluzji, że imponująca w swoich narracyjnych ambicjach „GTA IV” jest grą zaskakująco kameralną. Zaś gdy brać pod uwagę jej wpływ na kulturę popularną, przegrywa z „GTA V” w przedbiegach.
Opowieść o jugosłowiańskim żołnierzu Niko Bellicu, który spełnia swój amerykański sen w Liberty City, skrzyła się wprawdzie humorem. Jej podszewką był jednak prawdziwy mrok, refleksja na temat zbrodni, wojny i brzydkiej ludzkiej natury. Gdy myślę o „GTA” jako bezpretensjonalnej zabawie, mam przed oczami jaśniejące, zwycięskie „V”. Kiedy myślę o grze, która rozruszała moje szare komórki i wycisnęła z oczu łzy, widzę Bellica oraz jego straceńczą krucjatę przeciw demonom przeszłości.
Rok produkcji: 2008. Na czym zagrać: Gdzie jest remaster „GTA IV”? Pytam w imieniu tłumu, a imię nasze legion. Z braku laku zostaje stara wersja na PC albo wykopanie spod ziemi natywnej wersji na PlayStation 3 lub Xboksa 360.
2. „Grand Theft Auto V”. 13 lat jak jeden dzień
Miliard dolarów wpływów w trzy dni. Oto pierwszy z wielu rekordów, które przed trzynastoma laty pobiło „GTA V”. Za nim poszły kolejne. Nie zdziwiłbym się, gdyby Rockstar stał się w ciągu ostatniej dekady rekordzistą w liczbie rekordów.
Dzięki zamaszystemu marketingowemu planowi Rockstarowi udało się połączyć nas wszystkich we wspólnym pragnieniu „życia” wewnątrz „GTA”. Trudno z tym sukcesem polemizować. Ale jeszcze trudniej zaprzeczać, że polifoniczna opowieść o Trevorze, Michaelu i Franklinie była dla wielu z nas doświadczeniem pokoleniowym. A przy okazji okazała się też najostrzejszą satyrą na Amerykę, na jaką stać gry wideo.
Inspiracje filmowe, dotąd oczywiste i precyzyjnie ukierunkowane, okazały się tak szerokie, że niemal każda misja kojarzy się tu z innym klasykiem – od „Sexy Beast” Jonathana Glazera, po serial „Breaking Bad”. Z kolei umieszczone w grze odskocznie od zasadniczej rozgrywki były tak liczne i zróżnicowane, że nadawały się na odrębne gry. Warto też wspomnieć, że nie było do tej pory „GTA”, które w tak klarowny sposób zaadresowałoby autotematyczny wymiar serii – postać socjopaty Trevora stała się figurą z podświadomości samego gracza; agentem całkowitego chaosu oraz symbolem niezmierzonej swobody.
Rok produkcji: 2013. Na czym zagrać: nie rozśmieszajcie mnie, da radę nawet na lodówce i tosterze.
1. „Grand Theft Auto: Vice City”. Zapach spalonego neonu

„GTA: Vice City” (2002). Szykowny Tommy Vercetti. Bohater najlepszej odsłony cyklu? A może po prostu pierwszej, w której klimat nocnego miasta i bezpardonowej gangsterki był tak gęsty? (fot. materiały prasowe)
„GTA: Vice City” nie jest grą o gangsterach w atłasowych marynarkach. Nie jest też grą o skorumpowanych prawnikach, zdalnie sterowanych samolotach z bombą na pokładzie oraz dalekich krewnych „Człowieka z blizną”. Jest natomiast grą o tym dziwnym uczuciu, które dopada nas w środku nocy, na pustej ulicy, w oczekiwaniu na taksówkę. Dokładnie wtedy, gdy chłodny wiatr oraz zapach mokrego chodnika uruchamiają całą maszynerię nostalgii.
Jest to rzadkie uczucie, zaś linię takich „sensualnych” tytułów przeciągnąłbym od „GTA: Vice City” do „Cyberpunka 2077”. Z tą różnicą, że „Vice City” wygląda dziś jak relikt zamierzchłej epoki, a naszą wyobraźnię pobudza w sposób o wiele bardziej wyrafinowany. I jeśli istnieje wzór na doskonałe „GTA”, musi być ono sumą stylistycznej finezji, fabularnej odwagi oraz „mechanicznej” różnorodności. W 2002 r. Rockstar odmierzył te składniki z aptekarską precyzją.
Można bezpiecznie założyć, że nikt z nas nie pędził nigdy Lotusem przez ulice nocnego Miami, słuchając „Out of Touch” duetu Hall & Oates. I że nie bujał się po zalanym neonowym światłem nabrzeżu w kremowym gajerku. A jednak dzięki „Vice City” takie obrazki zamieniają się pod naszymi powiekami w coś na kształt wspomnień.
Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to cud, który nie ma racji bytu w żadnym innym medium. I że niewiele jest gier, w których możemy go doświadczyć.
Rok produkcji: 2002. Na czym zagrać: odpowiedź na pytanie, czy multiplatformowe „GTA Trilogy: Definitive Edition” ograbiło „Vice City” z dawnego czaru, zostawiam wam. Lepszą opcją będzie ciężka praca, odniesienie finansowego sukcesu, zostanie kolekcjonerem, a następnie nabycie PlayStation 2 w zestawie z telewizorem CRT.


