Reklama
Kraj

Maksymalna kara dla Sebastiana M. to za mało. Co z tym zrobimy?

Sebastian M. został skazany na osiem lat więzienia za zabicie rodziny na autostradzie A1. Prawie wszyscy w Polsce uważają, że to zbyt niska kara, nawet sędzia, która wygłosiła ten wyrok. Orzeczenie stawia przed nami dwa pytania: w jaki sposób zaczniemy surowiej osądzać drogowych morderców oraz jak okiełznamy serwisy podnoszące moc samochodów i likwidujące fabryczne ograniczenia prędkości?

Łukasz Zboralski
Opinia autorstwa: Łukasz Zboralski
Dzisiaj 19:38
13 min
Proces w sprawie wypadku na autostradzie A1 zakończył się wyrokiem ośmiu lat więzienia, czyli najwyższą karą, jaką przewiduje polskie prawo (fot. PAP)
TYLKO NA

Kiedy sędzia Renata Folkman wygłaszała wyrok na sali Sądu Rejonowego w Piotrkowie Trybunalskim, większość obserwatorów i dziennikarzy spodziewała się maksymalnej kary. Na to, że wyrok może być inny, liczył chyba tylko Sebastian M., jego rodzina i adwokat.

Przez rok procesu nie usłyszeliśmy na sali ani jednego argumentu za tym, by kara mogła być niższa niż maksymalna. Nie było nawet skruchy oskarżonego, która mogła w minimalny sposób wpłynąć na zmniejszenie liczby lat więzienia, którą orzekł sąd.

Sebastian M. oskarżony był o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Tak przyjęła polska prokuratura, a sąd, choć miał wniosek, że można postawić tu zarzut zabójstwa, uznał, że pójdzie jej tropem. W związku z tym od początku wiadomo było, że Sebastianowi M. grozi maksymalnie 8 lat więzienia. I wiadomo było też, że można wobec niego orzec maksymalnie 15 lat zakazu prowadzenia pojazdów (więcej polskie prawo przewiduje tylko dla pijanego sprawcy wypadku).

Cała rodzina zginęła na A1. Sebastian M. usłyszał wyrok

Reklama
Reklama

Wszyscy byli zawiedzeni

Z wyroku wobec Sebastiana M. zadowolony nie był nikt. Z pewnością nie był zadowolony bananowy chłopak, któremu wydawało się, jak podkreślał prokurator, a także sędzia, że może omijać reguły stworzone dla innych ludzi. Nie mogła być zadowolona jego rodzina, która dzwoniła do aresztu i przekonywała go, że niebawem wyjdzie na wolność, bo ktoś już coś załatwia u ministra sprawiedliwości (w tej sprawie toczy się oddzielne śledztwo). Zadowolona nie może być adwokat, która właśnie pokazała, że strategia gry na uniewinnienie przy tak mocnych dowodach skończyła się dla jej klienta maksymalną możliwą karą.

Z ośmiu lat pozbawienia wolności (i możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po sześciu latach) nie są też oczywiście zadowolone rodziny zmarłych w wypadkach. – O żadnej sprawiedliwości nie ma mowy – mówiła w sądowym korytarzu Małgorzata Duda, matka zabitej w wypadku Martyny. I nie dlatego, że sędzia wymierzyła niższą karę niż maksymalna, tylko dlatego, że maksymalna kara za taki wypadek nie powinna być tożsama z karą za „zwykły” wypadek drogowy.

Prokurator Aleksander Duda już w mowie końcowej, wnosząc o osiem lat więzienia, przyznawał, że to najwyższy możliwy wyrok, a i tak będzie nieadekwatny do tego, co zrobił Sebastian M.

Reklama
Reklama

I w końcu, jakże to wymowne, sama sędzia Folkman, uzasadniając najwyższą możliwą karę pozbawienia wolności, dała na sali do zrozumienia, że ta kara jest i tak za niska.

– Sprawa ta pokazuje, że de lege ferenda (co do prawa, które ma być ustanowione, czyli podkreślenie postulatu zmiany prawa – red.) zasadna może okazać się potrzeba rozważenia regulacji dających podstawę do surowszej odpowiedzialności dla kierujących łamiących przepisy dotyczące bezpieczeństwa na drogach w sposób maksymalnie rażący, wykorzystujących drogi publiczne do rajdowania, zwłaszcza kiedy skutkiem takich zachowań jest śmierć innych ludzi, których jedyną winą jest to, że mieli nieszczęście znaleźć się na drodze takiego kierowcy – powiedziała sędzia Renata Folkman.

Zatem już nie tylko społeczeństwo, które widzi zbyt niską karę grożącą za takie drogowe zbrodnie, już nie tylko część prawników, prokuratorów, ale i same sądy w Polsce dają sygnał, że prawo stało się nieodpowiednie w tym zakresie i trzeba to zmienić.

Politycy zadowoleni

Smutek na sądowej sali i wyrażenie bezradności przez sędzię kontrastowały z internetowymi wpisami polityków, którzy wyrażali dumę i radość po tym wyroku.

„Niech 8 lat więzienia dla pirata drogowego z A1 będzie przestrogą. Satysfakcja, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych przyczyniło się do sprowadzenia go przed oblicze polskiego wymiaru sprawiedliwości. Innych uciekinierów też to czeka” – napisał na X minister Radosław Sikorski.

Reklama
Reklama

Nie odbieram ministrowi dumy z tego, że, kontynuując zabiegi rozpoczęte przez poprzedni rząd, z sukcesem ukończył trudne negocjacje z Arabami i załatwił sprowadzenie Sebastiana M. z Dubaju do Polski, by postawić go przed obliczem sądu. Ale uznawanie tych ośmiu lat więzienia za „przestrogę” dla kolejnych? Brzmi, jakby minister kompletnie rozminął się z tym, jak postrzega to cała Polska.

W nieco triumfalnym tonie wpis na X opublikował też wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha: „Sprawca wypadku na A1 skazany! Sąd uwzględnił stanowisko prokuratora. Dzięki współpracy MS, MSZ i PK Sebastiana M. udało się ściągnąć do Polski. Dzisiaj usłyszał wyrok. Ten niestety nie przywróci życia ofiarom. Nie umniejszy też cierpieniom bliskich. Niech będzie jednak przestrogą dla wszystkich tych, którzy z nadmiernej prędkości robią zabawę”.

Wyrok w sprawie Sebastiana M. Dlaczego grozi mu maksymalnie 8 lat więzienia?

U niego też padły słowa o „przestrodze” przy wyroku, który wszyscy odbierają jako porażkę polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Jedynie szef Ministerstwa Sprawiedliwości był bardziej stonowany w ocenie. Waldemar Żurek napisał, że był to po prostu maksymalny wymiar kary przewidywany przez prawo, i podziękował prokuratorom oraz wszystkim zaangażowanym w proces ekstradycyjny.

Reklama
Reklama

Jedynie minister odpowiedzialny za bezpieczeństwo na polskich drogach po wyroku powiedział, że domaga się wyższych kar dla takich drogowych morderców.

„Jestem zwolennikiem wprowadzenia do kodeksu pojęcia »zabójstwo drogowe«. Kto jedzie 300 km/h na autostradzie, musi mieć świadomość, że samochód staje się wtedy bronią śmiertelną. Prędkość zabija, a prawo musi nazywać rzeczy po imieniu i surowo karać drogowego bandytę” – stwierdził Dariusz Klimczak, minister infrastruktury.

Jednak i tu nie ma powodów do zadowolenia z takiej postawy. To nie Klimczak decyduje o Kodeksie karnym. Decyduje o Prawie o ruchu drogowym i tam całkiem niedawno dał zielone światło takim bandytom jak Sebastian M. Przypomnę: kiedy ustalano przepisy, które pozwalają odbierać prawo jazdy za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h także poza obszarem zabudowanym (już dziś działają), resort Klimczaka zapierał się rękami i nogami, by zastosować wyjątek dla autostrad i ekspresówek. Dziś więc nie grozi nawet utrata prawa jazdy komuś, kto pojedzie ponad 300 km/h na autostradzie i zagra, jak mówił prokurator na procesie w Piotrkowie, z niewinnymi ludźmi w rosyjską ruletkę.

Rozpędzony wjechał na chodnik i o centymetry minął dziecko. Policja ujawniła nagranie

Reklama
Reklama

Jeśli na łopatki kładziemy prewencję, czyli powstrzymywanie bandytów drogowych, zanim zrobią krzywdę, to czy możemy liczyć na urealnienie kar? Przecież namiastkę tego „urealniania” już niedawno też mieliśmy. Projekt nowelizacji Kodeksu karnego pilotowany przez ministra Myrchę podniósł maksymalną karę więzienia dla sprawców wypadków jeżdżących brawurowo z ośmiu lat do... dziesięciu. I sędzia wygłaszająca wyrok wobec Sebastiana M. to zauważyła, dalej dając do zrozumienia, że to nadal kary zbyt niskie.

Politycy czy prawnicy? Kto to zmieni?

Nie ma społecznej zgody na to, by jeżdżenie 300 km/h na autostradzie było traktowane jako „wykroczenie” karane jedynie mandatem. Minister Klimczak, jeśli naprawdę tak ostro chce się zabrać za bandytów, musi uderzyć się w pierś i przeprowadzić jeszcze jedną prostą zmianę. Utrata prawa jazdy na trzy miesiące za przekroczenie prędkości o więcej niż 50 km/h musi obejmować po prostu każdą drogę w Polsce. Nie można z tego przepisu dalej wyłączać dróg szybkiego ruchu. Tym bardziej że, jak niedawno udowodnił portal brd24.pl, publikując dane pomiarowe GDDKiA, na niektórych odcinkach autostrad w Polsce odsetki kierowców jeżdżących powyżej 150 km/h są wyższe niż na niemieckich odcinkach autostrad bez limitu.

Reklama
Reklama

Musimy też oczywiście zrobić coś z karami dla drogowych bandytów skrajnie łamiących prawo i doprowadzających do nieszczęść. Na razie pomysły są dwa i dwa obozy. Każdy z obozów czeka, aż za sprawę zabierze się... ten drugi.

Śmiertelny wypadek w Gdyni. Doszło do czołowego zderzenia

W obozie pierwszym jest część karnistów i prokuratorów, którzy przekonują, by po latach zmienić podejście do postrzegania zabójstwa. Prym wiedzie w tym prof. Mikołaj Małecki z Katedry Prawa Karnego UJ, który od dawna przekonuje, że należy takich ludzi oskarżać o zabójstwo z zamiarem ewentualnym. – Jazda z prędkością 300 km/h to jest drastyczne naruszenie zasad, bo taka prędkość nigdy, na żadnej drodze nie może się zdarzyć. Taki kierowca tak naprawdę przestaje być kierującym pojazdem, a staje się pasażerem w pocisku wystrzelonym z broni. Jest już tylko kwestią losu, czy ten pocisk kogoś trafi, czy nie – tłumaczy prof. Małecki i dodaje: – I taką sytuację Kodeks karny nazywa zamiarem ewentualnym. To sytuacja, w której człowiek jest obojętny na los innych ludzi, którzy też są obecni na drodze.

Podczas ogłaszania wyroku wobec Sebastiana M. sędzia wypowiedziała zdanie, które właściwie współgra z poglądem profesora Małeckiego. W sądzie usłyszeliśmy bowiem, że kierowca BMW, jadąc ponad 300 km/h, w sposób „skrajnie rażący” łamał przepisy ruchu drogowego. W kolejnym zdaniu sędzia Renata Folkman stwierdziła wprost: – Przewidywał, że stwarza zagrożenie dla innych uczestników ruchu na tej drodze publicznej, a nie torze wyścigowym.

Reklama
Reklama

Prof. Małecki uważa, że prokuratorzy powinni mieć odwagę stawiać takie zarzuty. Śledczy w tej sprawie są trochę podzieleni. Niektórzy prokuratorzy oficjalnie wspierają taką wykładnię prawa, inni kręcą nosem.

Nawet gdy prokuratorzy zaczną stawiać w takich przypadkach zarzuty zabójstwa, to jeszcze trzeba będzie pierwszego odważnego sędziego w Polsce, który takie zarzuty uzna za słuszne i skaże takiego bandytę drogowego na karę od 10 lat więzienia do dożywocia.

Od sędziów na razie słychać jednak częściej głos, że skoro kara ma być wyższa, to niech nastąpi zmiana w Kodeksie karnym. Odbijają więc piłeczkę w stronę polityków, a ci, jak widać po nowelizacjach, wcale takiej zmiany przeforsować nie chcieli i nie chcą. Za to chętnie widzieliby zmianę dokonaną rękami sędziów, by swoich rąk pisaniem prawa nie męczyć.

Ten klincz zdecydowanie utrudni zmianę. Ktoś musi się przełamać. Obywatelom będzie obojętne, kto. Ja widzę jedynie, że kolejna wielka nowelizacja prawa może w tej kadencji rządu już się nie udać, zatem bardziej liczę na prokuratorów i sędziów, którzy mogą po prostu zmienić podejście.

Za chwilę będziemy mieli sprawdzian dla obu stron, które powinny zmienić rzeczywistość prawną. Dwa tygodnie temu kierowca BMW jechał 271 km/h i staranował starsze małżeństwo na trasie ekspresowej S10 koło Stargardu. Jedną osobę zabił, druga jest ciężko ranna w szpitalu. Co prawda dzięki tegorocznej nowelizacji temu bandycie drogowemu grozi już maksymalnie 10 lat więzienia, a w dodatku uciekł z miejsca wypadku, więc pułap kary sięgnie 20 lat, ale po sprawie Sebastiana M. nie sposób nie zauważyć, że albo padną zarzuty zabójstwa, albo następcom, którzy akurat nie uciekną po wypadku, nadal grozić będzie kara uważana społecznie za radykalnie zbyt niską.

Reklama
Reklama

Kiedy piszę ten tekst, w sieci ujawniono właśnie nagranie z trasy S6, na którym tata za kierownicą wiózł swoje dzieci, pędząc 260 km/h...

Tragedia na A1. Sebastian M. chce uniewinnienia

Patologia tuningowa

Wyrok piotrkowskiego sądu musi – i dobrze – otworzyć jeszcze jedną dyskusję. Tym razem dotyczącą, nie zawaham się użyć tego słowa, patologii serwisów tuningowych.

– Sprawa niniejsza może też stanowić przyczynek do dyskusji i rozważenia, czy tego rodzaju ingerencja w ustawienia fabryczne pojazdów, jak chiptuningowanie z jednoczesnym zniesieniem fabrycznego ogranicznika prędkości maksymalnej już i tak ustawionej na poziomie wysokim, bo niebezpiecznej prędkości z punktu widzenia ruchu drogowego drogami publicznymi, winna być przez prawo pomijana czy też powinna zostać penalizowana jako zabroniona pod groźbą kary – mówiła sędzia Renata Folkman. – Skoro bowiem są w pojeździe zabezpieczenia producenta właśnie przed rozwijaniem nadmiernych prędkości w warunkach do tego nieprzewidzianych, czyli na drogach publicznych, to logika nakazuje przyjąć, że zabezpieczenia te, z powodów znanych producentowi uwarunkowań konstrukcyjnych danego modelu pojazdu, ten dany model powinien posiadać.

Nie sposób nie przyznać w jakimś zakresie sądowi racji. Podkręcanie mocy aut, nawet do 1000 koni mechanicznych, zdejmowanie fabrycznych ograniczeń prędkości pozostaje dziś poza wszelką kontrolą. To ciemna strefa.

Reklama
Reklama

Nielegalny wyścig zakończył się śmiercią pieszego. Zatrzymano drugiego kierowcę

Nie mam nic przeciwko temu, że ludzie pragnący mieć tuningowe auto do ścigania się na zamkniętych torach zlecą przeróbki takim serwisom. Jestem za to całkowicie przeciwny temu, żeby poza formalnymi rejestrami robić z samochodów poruszających się z nami wszystkimi po publicznych drogach potwory, którymi można rozpędzać się tak, jak Sebastian M.

Tu z kolei zadziałać powinni ministrowie infrastruktury i spraw wewnętrznych. Każda modyfikacja mocy i prędkości wykraczająca poza fabryczne ustawienia, a przypomnę, że Sebastian M. w serwisie tak modyfikował auto, że uznano, iż straciło homologację, czyli w ogóle nie miało prawa znajdować się na publicznej drodze, powinna być odnotowywana w danych w Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców. Oprócz obowiązku rejestrowania takich zmian przez serwis auto przeznaczone do ruchu na publicznych drogach powinno przechodzić przegląd. Na nim należałoby sprawdzić m.in., czy do podniesionej mocy silnika nadal odpowiednie są systemy hamulców. Dziś nikt tego nie sprawdza, nie bada i się tym nie interesuje.

Reklama
Reklama