To brzmi dobrze. Zabrać bogatym! Zwłaszcza w ustach polityka. Nie zakładam tu złych intencji, ale zgłoszona przez odchodzącą z rządu panią minister Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz propozycja „odcięcia” zamożnych osób od wsparcia z programu 800+ nie była do końca przemyślana. Choć dobrze, że pani minister zainicjowała tę debatę. Sam jestem zwolennikiem przyjrzenia się, jak działa program i jak realizuje zadane mu cele. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie pierwszy zresztą raz podjęła ważny temat. Bardzo doceniam to, że otwarcie mówiła o konieczności zmian w wieku emerytalnym w kierunku zrównania go dla kobiet i mężczyzn.
Jednak za tym, by nie wprowadzać tak proponowanego kryterium przy 800+, przemawiają co najmniej trzy ważne argumenty.
800 plus po nowemu. Rząd szykuje rewolucję w składaniu wniosków
Koniec z powszechnością, powrót do socjalu
Kiedy wdrażaliśmy w 2016 r. program 500+ (byłem jako wiceminister odpowiedzialny za jego wprowadzenie), wielokrotnie powtarzaliśmy, że jest on dlatego przełomowy, bo jest powszechny. Jego powszechność polegała na tym, że nie obowiązywało kryterium dochodowe od drugiego dziecka w górę. Innymi słowy: każdy, kto decydował się na drugie dziecko, bez względu na wysokość zarobków, mógł liczyć, że państwo wypłaci mu do ukończenia przez nie 18 lat stosunkowo wysokie, wspierające trud wychowania świadczenie.
Chodziło o to, by zerwać ze znakiem równości między polityką rodzinną a polityką socjalną. To było w Polsce całkowite novum (poza wypłatą becikowego nie istniało powszechne świadczenie na dzieci bez kryterium dochodowego). Skąd ta zmiana? Bo polityka rodzinna i socjalna to nie są światy tożsame. Ta pierwsza może i powinna wychodzić poza nawias wspierania wyłącznie mniej zamożnych osób, bo w żywotnym interesie Wspólnoty leży to, by rodziło się więcej dzieci i by były one „lepszej jakości” (lepiej zaopiekowane, wyedukowane, wykształcone, leczone).
Likwidacja 800 plus. Sejm zdecydował w sprawie petycji
Dlatego zachęty tutaj mogą być „mocniejsze”, powszechne, pewniejsze i długotrwałe (świadczenia nie są przyznawane z roku na rok, ale na długi okres). To daje rodzicom „gwarancje” wsparcia, które kalkulują w momencie podejmowania decyzji o powiększeniu rodziny. A niesie ona za sobą gigantyczne zobowiązania, nie tylko finansowe, ale także emocjonalne i czasowe. Dlatego warto stosować tutaj silniejsze bodźce.
Wdrożenie „górnego” kryterium dochodowego – odcinamy od wsparcia na wszystkie dzieci rodziny osiągające określone dochody – wyrzuca tę ideę do kosza i likwiduje de facto sam program. Wraca on wtedy do paradygmatu pomocy socjalnej.
Jest także fundamentalny argument. Dlaczego chcemy „odcinać” od świadczeń na dzieci osoby bardziej zaradne, aktywne, przedsiębiorcze, podejmujące ponadprzeciętny wysiłek zawodowy czy biznesowy? Czy nie jest to sprzeczne z interesem naszej Wspólnoty, która raczej takie osoby powinna doceniać, a nie karać?
Koniec z neutralnością, skutki uboczne
Wdrożenie takiego kryterium będzie powodować na pewno wiele efektów ubocznych. Dlaczego? Bo groźba utraty na przykład trzech świadczeń na troje dzieci, w kwocie 2400 zł, to spora strata. Nawet dla osób sporo zarabiających. W efekcie mogą pojawić się zachowania dostosowawcze.
Pierwsze to praca na czarno. Nieujawniony dochód nie wchodzi do kryterium.
Drugie to poszukiwanie form dochodu, który nie „waży” tak dużo przy ustalaniu prawa do świadczeń. Jest tak na przykład z rolnikami (ryzyko ucieczki do KRUS) czy osobami prowadzącymi działalność gospodarczą, rozliczającymi się prostymi formami (np. ryczałtem). Ryzykujemy tutaj zachowania dostosowawcze w postaci np. ucieczki od etatu na rzecz kontraktu B2B.
Trzecie to po prostu dezaktywacja zawodowa, na której nie powinno nam zależeć.
Wprowadzając powszechne kryterium dochodowe, postawimy wiele rodzin w permanentnej niepewności. Ponieważ jego przekroczenie będzie odcinać od całej pomocy, sprawa będzie zero-jedynkowa. Stąd konieczna będzie nieustanna kalkulacja.
W tej sytuacji trzeba złożyć nowy wniosek o 800 plus. ZUS przypomina o ważnej zasadzie
Koniec demograficznych zachęt
W momencie wprowadzania, przed 500+, zostały postawione trzy równorzędne cele: zwiększenie wskaźnika dzietności, inwestycja w kapitał ludzki, redukcja biedy wśród najmłodszych Polaków. Program był wtedy ze wszech miar trafiony i odpowiadał na potrzeby społeczne. Chodziło też o wysłanie do ludzi silnego sygnału, że po latach wyrzeczeń transformacji państwo zwraca się do nich twarzą, „dostarczając” im i ich dzieciom nie tylko symbolicznie, ale też materialnie pierwiastek godności. Zwiększaliśmy także „konkurencyjność” Polski w tzw. rachunku emigracyjnym po to, by młodzi Polacy wiedzieli, że nie tylko w Wlk. Brytanii, Niemczech czy Irlandii, gdzie rozważają wyjazd, mogą liczyć na świadczenie dla dziecka.
Program, z kryterium dochodowym na pierwsze dziecko („odcinającym” od niego zamożniejszych rodziców), był dobrze skalibrowany. Dawał wyraźną zachętę do posiadania drugiego dziecka (wypłata bez kryterium) i pomagał gorzej sytuowanym, oferując pomoc od pierwszego dziecka. Odpowiadał na „zapotrzebowanie” demograficzne – badania wskazywały, że podstawowymi barierami hamującymi decyzje o potomstwie są kwestie związane z brakiem poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego.
Polska się bogaci, a coraz mniej dzieci dostaje zasiłek rodzinny
Jeśli przyjrzymy się jego efektom, to widzimy, że w podstawowych obszarach udało się dużo zrobić. Skrajne ubóstwo dzieci zmalało o ponad 50 proc. – z 10,3 proc. w 2014 r. do 4,5 proc. w 2019 r. Wskaźnik dzietności wzrósł o ponad 12 proc. – z 1,29 w 2015 r. do 1,45 w 2017 r. i utrzymywał się na poziomie ponad 1,4 w dwóch kolejnych latach, tj. odczytów niewidzianych w Polsce wtedy od 20 lat. Ostatni raz, przed wdrożeniem 500+, ten wskaźnik na poziomie 1,45 notowaliśmy w 1996 r.
Potem nadeszła pandemia, wojna, inflacja, kryzys energetyczny, globalne napięcia, które wręcz zrujnowały poczucie bezpieczeństwa Polaków, i trudno, by w tak trudnym czasie rodziło się bardzo dużo dzieci.
Dyskutowane teraz odcinanie zamożniejszych rodzin od całego wsparcia skończy z opisaną wyżej demograficzną zachętą. Dlaczego? Bo rodzice będą kalkulować: jeśli rząd raz wprowadził kryterium, to może je w każdej chwili obniżyć (mniej rodzin otrzyma pomoc) albo zamrozić (np. w wyniku pogarszających się wskaźników zadłużenia). W efekcie będzie to rodzić obawy o wypadnięcie z programu, zwłaszcza że trudno jest przewidzieć zarobki w przyszłości (młodzi co do zasady zarabiają lepiej w miarę rozwoju kariery, tym samym „zagrażając” sobie utratą wsparcia).
Jeśli będą one rosły, a kryterium będzie stało w miejscu, istnieje duże ryzyko odcięcia od pomocy. A takie wypadnięcie może uszczuplić budżet domowy nie o jedno 800+ (jeśli kryterium obowiązuje wyłącznie na pierwsze dziecko), ale nawet na troje, czworo czy więcej dzieci. A to są już potężne kwoty.
Dlatego w takiej sytuacji możemy „pożegnać się” z traktowaniem tego programu jako demograficznego. A pamiętajmy, że tylko długotrwała polityka rodzinna może przynosić efekty. Samobójstwem są radykalne zmiany, zwłaszcza w 800+, bo ludzie, dla których jest on często symbolem polityki na rzecz rodzin, nigdy nie uwierzą już, że prorodzinne rozwiązania są trwałe.
Jak je zmieniać z głową
Program 500+ był potrzebny. Nie wyklucza to jednak jego korekty. Przypomnijmy, że po jego wdrożeniu w 2016 r. doszło do dwóch ogromnych zmian. Pierwsza, z 2019 r., zniosła kryterium dochodowe na pierwsze dziecko. Spowodowało to niemal podwojenie jego kosztów – z ponad 20 mld zł rocznie do ponad 40 mld zł. Objął wtedy wszystkie dzieci, do tamtej pory korzystało z niego ok. 55 proc. z nich.
ZUS nie potrzebuje miliardów z budżetu. Co to oznacza dla emerytur?
Druga, z 2024 r., to podniesienie świadczenia z 500 zł do 800 zł, co powoduje dalszy wzrost kosztów, z 40 mld do 60 mld zł. Czyli w ciągu zaledwie trzech lat wydatki rosną z ok. 20 mld zł do ponad 60 mld zł. To niebagatelna zmiana.
Kluczowe pytanie: czy te decyzje powodują, że cele postawione pierwotnie przed 500+ są lepiej realizowane? Można mieć tu sporo wątpliwości.
Zniesienie kryterium nie ma znaczenia dla redukcji ubóstwa czy inwestycji w dzieci (do programu wchodzą osoby zamożniejsze), a osłabia wyraźne zachęty demograficzne (drugie dziecko bez kryterium). Podniesienie świadczenia z 500 na 800 zł też nie daje wyraźnej zachęty demograficznej, a dużą część dodatkowych pieniędzy plasuje wśród najzamożniejszych.
Ważne wyliczenia w tej sprawie przedstawiło Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA. W publikacji „Kwota wolna od podatku i świadczenie wychowawcze 500+ po pięciu latach od prezydenckich deklaracji” wskazuje, że rozszerzenie programu 500+ o pierwsze dziecko (zniesienie kryterium) spowodowało wsparcie zamożniejszych niż uboższych. Na jego zniesieniu najwięcej zyskały osoby z tzw. 10. decyla dochodowego, tj. 10 proc. najzamożniejszych!
Dlatego powinniśmy spokojnie rozważyć korekty w 800+. Taki pakiet mógłby się składać z dwóch podstawowych propozycji:
- Przywrócenie kryterium dochodowego (odpowiednio zwaloryzowanego) na pierwsze dziecko w rodzinie. Byłby to powrót do zachęty demograficznej (od drugiego dziecka bez kryterium), nie wykluczałby z pomocy mniej zamożnych ani nawet klasy średniej, ale tylko osoby najzamożniejsze, a pozwoliłby zaoszczędzić ok. 20 mld zł. Raz jeszcze powtórzmy – chodzi o kryterium „dolne”, wykluczające z programu zamożniejszych, ale tylko na pierwsze dziecko. Od drugiego zostaje powszechność.
- Przesunięcie zaoszczędzonych pieniędzy na inne rozwiązania rodzinne. By nie budować wrażenia poszukiwania wyłącznie oszczędności, ale kontynuować politykę rodzinną, choć bardziej odpowiadającą na potrzeby młodych rodzin. Za zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy wypłacać „Bon mieszkaniowy”. Byłyby to pieniądze „znaczone” na cel mieszkaniowy, które można wykorzystać na wkład własny, zapłacić nimi za zakupiony lokal, przeznaczyć na remont lub dobudowę obecnie zajmowanego lokum czy spłacić kredyt hipoteczny w banku. Nawet gdyby bon wynosił 100 tys. zł za każde urodzone dziecko, jego koszt mógłby zostać niemal w całości sfinansowany „oszczędnościami” w programie 800+. Takie rozwiązanie nie „wpychałoby” koniecznie młodych w kredyt w banku, nie powodowałoby eksplozji cen na rynku i byłoby wyraźnie powiązane z decyzją o dziecku.
Powinniśmy zacząć spokojnie o tym rozmawiać. Polacy są racjonalni i gdyby dobrze przedstawić im plan korekty w 800+, przyjęliby go ze zrozumieniem. Dzięki temu wydawalibyśmy lepiej publiczne pieniądze, osiągając lepsze efekty niż obecnie.
Bartosz Marczuk jest współautorem książek „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” (Prześwity, 2025) i „Jak uniknąć emerytalnej katastrofy” (Prześwity, 2026).


