Reklama
Reklama
Reklama

Kamer(k)a… Akcja! Jak youtuberzy zmieniają współczesne kino

TYLKO NA

Jeśli zamkniecie oczy i wybierzecie seans kinowy na chybił-trafił, istnieje spora szansa, że traficie na film wyreżyserowany przez jakiegoś youtubera. Znak czasów? Być może, lecz nie ma co wywijać bacikiem ironii. Zwycięski pochód internetowych twórców przez Hollywood to fantastyczna wiadomość. I dla kina, i dla nas.

Inde Navarette i Michael Johnston w horrorze „Obsesja”, reż. Curry Baker, USA 2026
Inde Navarette i Michael Johnston w horrorze „Obsesja”, reż. Curry Baker, USA 2026. (fot. Inne)
  • Popularni youtuberzy z wielomilionowymi zasięgami coraz częściej kręcą pełnometrażowe filmy. Są uwielbiani przez widzów i krytyków, zarabiają mnóstwo pieniędzy i powoli zmieniają reguły hollywoodzkiej gry.
  • „Obsesję” w reżyserii Curry’ego Bakera możecie oglądać na ekranach polskich kin. Film pobije niedługo historyczny rekord. W niecałe dwa tygodnie od premiery, przy budżecie poniżej miliona dol., zarobi w globalnym box office powyżej 100 mln dol.
  • Artystyczny oraz komercyjny sukces produkcji w rodzaju „Mów do mnie!”, „Obsesji” czy „Backrooms” ma swoje źródła w specyficznej tęsknocie. Jako widzowie chcemy być w bliskiej relacji z pasjonatami kina, a nie z bezdusznymi korporacjami.

Ile siły potrzeba, żeby przebić czyjąś głową ściankę z karton-gipsu? Jak zamocować parówkę u pasa, by ktoś pomylił ją z przyrodzeniem? Czy taniec współczesny w egipskich ciemnościach to dobry pomysł? A naparzanka na chodniku w przebraniach morderczych klaunów?

W publikowanych na YouTube filmikach i skeczach popularni twórcy internetowi zadają same głupie pytania. Kiedy jednak wkraczają na plan filmowy, gdzie trzeba poprowadzić aktorów, zainscenizować przestrzeń i wypluć z siebie poważną opowieść, nagle wychodzą z nich Steven Spielberg i Leszek Kołakowski. Pytają o sedno żałoby i dynamikę toksycznych związków, dumają nad pragnieniem metafizyki w laickim świecie, opowiadają o klinczu natury z kulturą.

To wielka sztuka – jednego dnia udowodnić, że wynalezienie kamery było błędem, zaś drugiego wsączyć nam pod powieki niezapomniane obrazy miłości, śmierci, obsesji i tęsknoty.

Reklama
Reklama

Youtuberzy proszeni na plan

W lutym ubiegłego roku platforma YouTube obchodziła swoje dwudziestolecie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tradycyjne media odnotowały ten fakt jedynie z kronikarskiego obowiązku. Nic dziwnego. Zrozumieć YouTube można dziś na dwa sposoby. Albo z pomocą cyklu kulturoznawczych esejów, które zanudzą kilka następnych pokoleń, albo dzięki pojedynczym memom. Na przykład: oczekiwania (stoimy przebrani w starogreckie togi i dyskutujemy o pryncypiach z telefonami w dłoniach) kontra rzeczywistość (kobieta wsypuje sobie do gardła całą puszkę cynamonu i zamienia się w ziejącą ogniem smoczycę).

Miarą dojrzałości YouTube’a jako medium może być wszystko. Od ilości i jakości oddolnych inicjatyw społecznych, przez tworzony wspólnymi siłami krajobraz informacyjny, aż po kulturowy i polityczny wpływ platformy na rzeczywistość. Najłatwiej jednak zerknąć na ludzi, którzy wykorzystali YouTube’a w charakterze trampoliny do świata sztuki. To na ich przykładzie najlepiej widać zderzenie starego ładu z nowym porządkiem.

Australijczycy Danny i Michael Philippou z kanału RackaRacka (7 mln subskrybentów) specjalizowali się w garażowych parodiach filmów i gier oraz efektownej demolce z wykorzystaniem całego asortymentu sprzętów RTV i AGD. Dziś, po wspaniałych horrorach „Mów do mnie!” i „Oddaj ją”, stoją na czele korowodu wschodzących gwiazd reżyserii.

Reklama
Reklama

Amerykanin Curry Baker, prowadzący kanał that’s a bad idea (1,2 mln subskrybentów) wystrzelił jeszcze wyżej i jest na najlepszej drodze do pobicia jednego z filmowych rekordów wszech czasów. Jeśli jego „Obsesja” przekroczy w najbliższych dniach granicę 100 mln dol. wpływów, będzie pierwszym filmem z budżetem poniżej miliona dol., który dokonał tego w zaledwie dwa tygodnie. Poczta pantoflowa działa na pełnych obrotach, fani lobbują za oscarowymi nominacjami. A ja się nie dziwię – byłyby w pełni zasłużone.

Kochana, co by tu jeszcze zniszczyć na rynku książki? Czyli o flircie pisarzy z AI

Jego rodak Mark Fischbach, znany szerzej jako Markiplier (38,6 mln subskrybentów), jest świeżo po premierze swojego filmu „Iron Lung” – komercyjnego i artystycznego hitu, który powstał w całości poza tradycyjnym systemem producencko-dystrybucyjnym. Krytyk filmowy Chris Stuckmann (2 mln subskrybentów) zadebiutował ciepło przyjętym „Miasteczkiem Shelby Oaks”. Kane Parsons (3,11 mln subskrybentów) zamienił autorski koncept tzw. backrooms, czyli labiryntu przestrzeni liminalnych, w których wieje pustką i grozą, w film. Po dwóch dniach od premiery na popularnym serwisie Rotten Tomatoes zdobył 88 proc. pozytywnych opinii u krytyków.

Kadr z filmu „Backrooms”, reż. Kane Parsons, 2026 (fot. mat.prasowe)

Reklama
Reklama

Wszyscy są młodzi, ambitni i głodni sukcesu. Kręcą po kosztach i zarabiają miliony. Lecz co najważniejsze – robią filmy, które sami chcieliby obejrzeć, a ich dobra zabawa udziela się widzom. Tempo, w jakim podbijają Hollywood, mówi sporo i o nas, i o współczesnej branży filmowej. W trakcie wycieńczającej dla obu stron gry o naszą uwagę i portfel, często zapominamy, że paliwem dla kina powinna być pasja.

Dobre kino obroni się samo. Szczere kino uratujemy wspólnie

Myśleniem o tego rodzaju transferach między światami rządzą najczęściej stereotypy. Mogą być pozytywne: youtuberzy mają nieposkromioną wyobraźnię, nakręcą wszystko u wujka w ogródku, a jeśli nie mają kamery, to użyją słoika, itd. Bywają też negatywne: youtuberzy to goście w czapkach ze śmigiełkiem, bez doświadczenia w branży i stażu u profesora filmoznawstwa Mikelandżelo Bergminiego.

Fakt, że twórcy internetowi bez większego problemu kruszą te myślowe schematy, świadczy w takim samym stopniu o nich jako o artystach, jak i o elastyczności nowych modeli produkcyjnych. Sednem tychże modeli jest bowiem nie tyle artystyczna oryginalność, co niezależność od najważniejszych hollywoodzkich graczy. 

Paradoksalna natura YouTube – oto narzędzie udostępnione przez gigakorporację pozwala na samorealizację oraz tworzenie treści poza wszelkimi układami – działa na korzyść twórców. Już w momencie wejścia na plan mają bowiem przyznany kredyt zaufania od własnej widowni. Ta z kolei nie ma żadnych powodów, by przypuszczać, że ich pieszczoch zostanie zmielony w trybach hollywoodzkiej machiny; że nie obroni swojej niezależności, a jego dzieło będzie efektem przykrych kompromisów. 

Reklama
Reklama

Festiwal w Cannes: Widzieliśmy „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego. Lepsza niż „Ida” i „Zimna wojna”?

Dość powiedzieć, że w czasach galopującej korporyzacji branży filmowej oraz generalnej nieufności wobec Hollywood, jest to bardzo atrakcyjna narracja. Masowa publiczność patrzy na wielkie studia spod byka, gdyż te priorytetyzują słupki w excelu i cynicznie kapitalizują nową obyczajowość (od woke culture, po ekranową reprezentację rozmaitych mniejszości). Wytwórnie z kolei traktują widzów jak samobieżne bankomaty, bo przecież tłuszcza łyknie wszystko, o ile pokryje się to laminatem nostalgii.

Youtuberzy tymczasem, z wyjątkami potwierdzającymi regułę, oferują coś na kształt intymnej relacji między pasjonatami kina. Rzeczona relacja zaczyna się jeszcze na YouTube, gdzie subskrybenci są jednocześnie widzami, grupą fokusową oraz, do pewnego stopnia, współtwórcami contentu. W naturalny sposób ten związek artysty z odbiorcą przenosi się również do kina.

Reklama
Reklama

Nie bez powodu dźwignią marketingu „Obsesji” czy „Iron Lung” okazała się poczta pantoflowa. To w dużej mierze dzięki mediom społecznościowym udało się wypchnąć wspomniane filmy na box-offic’owe szczyty. Bez względu na to, czy powstały one z udziałem hollywoodzkich firm produkcyjnych, źródła ich sukcesu należy szukać w niepisanej umowie, która czyni kino sztuką prawdziwie egalitarną. Skoro to my zapłaciliśmy za twój stolik na imprezie „prawdziwych filmowców”, to teraz ty, w podzięce, nakręcisz nam film, na który zasłużyliśmy.

Jeśli nie wiesz, co zrobić, nakręć horror

Na pytanie, czy tego rodzaju sytuacja jest możliwa w Polsce, nie ma łatwej odpowiedzi. Sukcesem okazało się wyprodukowane przez Ekipę Friza „100 dni do matury” w reżyserii Mikołaja Piszczana – niegłupia opowieść o dojrzewaniu i trudach edukacji, która przy okazji rozbiła bank. Trzeba jednak pamiętać, że w skali lokalnej mówimy o przebiśniegu. Zaś w skali globalnej filmowcy i youtuberzy obwąchują się od dawna i potrzeba było dwóch dekad, by pojedyncze triumfy zamieniły się w trend.

Na przeszkodzie stoi też nasza niechęć do kina gatunków – no chyba, że przyjmiemy, iż najciekawszym gatunkiem jest szarobury dramat społeczny o tym, że wszyscy kradną, a Polska krwawi. Nieprzypadkowo youtuberzy, którzy sięgają po kamery, zazwyczaj wybierają kino grozy. Ponieważ mają doświadczenie w rozmaitych formach komediowych, wiedzą doskonale, jak budować i rozładowywać napięcie. Pod tym względem horror i komedia to gatunki bliźniacze.

Po drugie, horrory są relatywnie tanie w produkcji i stosunkowo popularne w kinach. To bodaj ostatni z wielkich gatunków „na randkę” lub „niezobowiązujący weekendowy wypad”. Mniejsze i prężniejsze filmy producenckie, jak Blumhouse czy A24, doprowadziły zresztą do rewolucji w tej sferze. Zamiast glanować obiecujących twórców i formatować ich dzieła pod oczekiwania rynku, odwróciły wektor promocji: najpierw nakręć film w zgodzie z własną wrażliwością, a potem my zastanowimy się, jak go sprzedać.

Reklama
Reklama

Po trzecie i najważniejsze, horror pozwala twórcom „pozostać sobą”. Mogą oprzeć film na nośnym i atrakcyjnym koncepcie, a jednocześnie dać upust filozoficznym ambicjom. „Mów do mnie!” braci Philippou to traktat o tęsknocie za metafizyką, ale jednocześnie film o „ćpaniu” zaświatów, w którym narkotykiem jest mała gipsowa rączka – łącznik między światami żywych i umarłych. „Backrooms” Kane’a Parsonsa to surrealistyczna podróż przez gigantyczny, pomalowany na żółto pustostan, a z drugiej strony – opowieść o symbolicznych sensach, które nadajemy rozmaitym przestrzeniom. Z kolei „Obsesja”, czyli banalna historyjka, w której chłopak przymusza do miłości swoją koleżankę za pomocą magicznego artefaktu, zamienia się na naszych oczach w przerażający film o bezwolności w związku oraz mechanizmach psychicznej manipulacji.

Bond, James Bond. Historia twórcy szpiega wszech czasów

Oczywiście, żeby to wszystko nakręcić, trzeba mieć talent, szczęście, oddane grono fanów i worek pieniędzy z reklam. Najlepiej też mieszkać w Los Angeles, w domu z oknami na wzgórza Hollywood, no i chodzić na imprezy z włodarzami Disneya. Myślę natomiast, że romantyzowanie tej małej rewolucji zdradza zakorzenioną w nas głęboko potrzebę współtworzenia kultury. Nieistotne, czy sami mamy szansę na youtube’ową, a następnie filmową karierę. Łatwiej żyje się w świecie, który przekonuje, że wystarczy tylko chcieć.

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz
Reklama
Reklama