Reklama

Jutro (nie) idziemy do kina

Reklama
TYLKO NA

Swoją miłość do kina coraz częściej wyrażamy słowem, coraz rzadziej zaś – gestem. Dobra wiadomość: multipleksy nie trafią z tego powodu na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zła: gdyby jednak trafiły, będziemy za to współodpowiedzialni.

Jutro (nie) idziemy do kina
(fot. Zero.pl)
  • Serwisy streamingowe są dziś naszą ulubioną formą kontaktu ze sztuką filmową. 
  • Od kina wolimy też spacery po parku i zakupy w galeriach handlowych.
  • Hollywood tkwi w ekonomicznym i artystycznym kryzysie, a media robią dobrą minę do złej gry.
  • Nagrody mają coraz mniejsze znaczenie. Cała nadzieja w klasyce i wielkich filmowych wydarzeniach?

Reklama

Jeśli każdy ma swoje prywatne piekło, moje wygląda jak sala kinowa. Smażą się w nim ludzie, którzy nie wyłączają powiadomień w telefonie, wywalają buciory na czyjąś głowę, a ze śmiechu klepią się po udach. W kadzi z sosem serowym gotuje się wycieczka szkolna, na ruszcie skwierczy facet dokańczający za bohaterów końcówki dialogów  („…jak pudełko czekoladek” – syczy przez zęby). Do oddzielnego kręgu grzeszników przeciw ludzkości trafiają spóźnialscy oraz miłośnicy karmelowego popcornu. 

Prawdopodobieństwo, że będę za nimi tęsknił, jest niewielkie, ale istnieje. W końcu kino – w rozumieniu społecznego rytuału oraz komunii wrażliwości – wchodzi w ostry zakręt. Po mediach znów niesie się pieśń o jego rychłym zmierzchu. Kiedyś miał je wykończyć dźwięk, później telewizja, a u przełomu wieków – internet. Dziś czyhają na nie streamingowi giganci, ewangeliści nowej obyczajowości, sztuczna inteligencja oraz Donald Trump. Żyje się tylko raz. Umiera się do skutku. 

Kto się boi Netfliksa? 

W grudniu ubiegłego roku gruchnęła wieść o zakupie połowy koncernu Warner Bros. Discovery, w tym platformy HBO Max, przez Netfliksa. Kwota transakcji opiewa na sporą (choć nie „szokującą”, jak chcieliby specjaliści od pozycjonowania newsów) kwotę 83 mld dol. Niektórzy dostrzegają w tym zwiastun niebezpiecznego monopolu. Inni – początek równie niebezpiecznej partyzantki na korporacyjnych szczytach. Wszyscy mają rację. I wszyscy się mylą. 


Reklama

Po pierwsze, konkurencja w postaci Paramount Skydance nie próżnuje. Rodzina Ellisonów wciąż próbuje wrogiego przejęcia (do walnego zgromadzenia w 2026 r. chce wystawić własnych kandydatów do Rady Dyrektorów), a ponadto idzie do sądu – tyle że nie z Netfliksem, a z Warner Bros., oskarżając włodarzy koncernu o brak biznesowej transparentności. Po drugie, na dwanaście do szesnastu miesięcy przed planowaną finalizacją zakupu wszyscy możemy co najwyżej wróżyć z fusów. 


Reklama

Oczywiście, nie zmienia to faktu, że zanim zdążyliśmy powiedzieć „placek z jagodami” (albo wymienić podmioty, które mogą stanąć nabywcy na drodze, od regulatorów prawa antymonopolowego, przez Komisję Europejską i zagraniczne rynki filmowe, po amerykańskie sądy), wizja upadku kin została wdrukowana w naszą korę mózgową. Dość powiedzieć, że w ramach tej narracji – nie tyle szkodliwej, co infantylnej – zmieściło się wszystko, za co szczerze nienawidzę współczesnego dziennikarstwa filmowego. 

Upchnięto w niej opowieści o upadających „świątyniach X Muzy”; refleksje na temat atawistycznej potrzeby obcowania z „ruchomymi obrazami”; laurki dla ostatnich reżyser…przepraszam, „luminarzy kina”, którzy w rebelianckim geście nigdy nie przeszli z taśmy na cyfrę, nie mówiąc nawet o schlebianiu gustom kanapowych widzów. Jak nietrudno się domyślić, dostało się również Netfliksowi, który najwyraźniej stoi z miotaczem ognia u progu fabryki snów. Deczko to naiwne, choć rzeczywiście – gdybym był prezesem Tedem Sarandosem, nie nazywałbym swoich odbiorców „konsumentami”, zaś modelu tradycyjnej dystrybucji filmowej reliktem dawnych czasów. 

Rozumiem tę medialną optykę i pod wieloma względami jest mi bliska. Ale nawet ja wiem, że maksyma, jakoby nostalgia wygładzała krawędzie wspomnień, jest niepełna. Gdy przychodzi do sztuki, wygładza również krawędzie teraźniejszości. Współczesne „doświadczenie kinowe” to nie tylko zapach atłasu, kojący terkot projektora i smak gorącego kakao. To również kosmiczne ceny, draże pod stopami oraz cham na parkingu podziemnym. 


Reklama

Wreszcie – to mnóstwo filmów, których wcale nie trzeba oglądać w kinie. Nie dlatego, że tak powiedział pan John Netflix, tylko dlatego, że nie wpisują się w postpandemiczną formułę wielkiego filmowego wydarzenia. Stoją w opozycji do takich kategorii jak „wygoda”, „rozsądek”, a nawet „miły sposób spędzania wolnego czasu”. 


Reklama

Ja i ty, widzowie 

„Coraz więcej osób rezygnuje z kina nie z powodów finansowych, lecz dlatego, że nie
czuje takiej potrzeby. Po raz kolejny główną barierą okazuje się brak zainteresowania – ponad jedna trzecia Polaków deklaruje, że nie odczuwa potrzeby oglądania filmów w sali kinowej” – czytamy w analizie „Segmentacja widzów kina. Raport z 8. fali badania ilościowego” opublikowanej pod koniec stycznia 2026 r. i przeprowadzonej dla Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej przez firmę Difference. 

Premiera filmu "Elvis", 2022, kino "Helios", fot. Tricolors / East News

Badania PISF-u przynoszą też inne wnioski. Primo – serwisy streamingowe oraz VOD są dziś naszą główną formą kontaktu z filmem. Zaś co ważniejsze, ich widownia utrzymuje się na zbliżonym poziomie, podczas gdy odsetek ludzi odwiedzających kina sinusoidalnie wzrasta i maleje.  


Reklama

Secundo – średni koszt wizyty w kinie dla dwóch osób (wliczając bilet, napoje i przekąski) to już 115 zł, zaś sama cena biletu pozostaje średnio aż o siedem zł wyższa niż akceptowana powszechnie kwota 23 zł. 


Reklama

Tertio – wycieczka do kina spadła na dziesiąte miejsce wśród ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. Wolimy zakupy w galeriach handlowych, wyjścia do restauracji, spacery po parku, gotowanie i, oczywiście, oglądanie tradycyjnej telewizji oraz przysypianie na kanapie podczas oglądania filmów w streamingu. I to pomimo faktu, że na większość z tych aktywności również przeznaczamy coraz więcej pieniędzy. 

Ponieważ blisko 40 proc. widzów kinowych w Polsce stanowią dziś milenialsi, trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie w nich media upatrują nadziei na przełamanie status quo. Trzeba jednak pamiętać, że nawet w tym przypadku rewersem opowieści o pielęgnowaniu filmowych „świątyń” jest ta o powabie nowoczesnej technologii. 

Wszyscy pamiętamy dziewiczy seans „Parku Jurajskiego”, nerwowe oczekiwanie na kolejną część „Władcy Pierścieni” oraz maratony horrorów w nowo otwartych multipleksach. Tyle że równie dobrze pamiętamy kasety VHS, półki z płytami DVD oraz piractwo kwitnące w akademikach. Paradoksalnie jako milenialsi jesteśmy zarówno największą siłą nabywczą rynku kinowego, jak i naturalnymi beneficjentami streamingowej rewolucji. I w stopniu znacznie większym niż boomerzy oraz pokolenie Z pozostajemy sfrustrowani zmianami w Hollywood: kulturą woke, scenariopisarskim kryzysem, pogardą dla społeczności fanowskich. 


Reklama

Ostatni pekaes 

Jeśli spytacie mnie, co robiłem dwadzieścia lat temu o tej samej porze, odpowiem, że prawdopodobnie byłem w kinie na „Exils” Tony’ego Gatlifa. W nieistniejącym już poznańskim kinie „Amarant” koledzy ze studenckiej ławki oglądali ten film raz za razem. Dziwnym nie jest. Na ścieżce dźwiękowej etnograficzne klimaty mieszały się z techno, a na ekranie bohaterowie uprawiali seks w pomarańczowym gaju. 


Reklama

Znaliśmy dobrze i „Exils”, i „Amaranta”, toteż wiedzieliśmy, że na seansach o godzinie 22 film jest o 11 minut krótszy. Tajemnicą poliszynela było, że kinooperator celowo nie zakładał jednej z rolek. Musiał zdążyć na ostatni pekaes do domu.   

Morał z tej historii taki, że choć zalaminowanym nostalgią wspomnieniom nic nie grozi, to czasy się zmieniają. Dojrzewamy jako widzowie, przewartościowujemy nasze priorytety, a dzięki pasji cały czas wymyślamy się na nowo. Czego innego wymagamy od filmów, kinowej kultury oraz od ludzi, którzy spisują nasze marzenia na celuloidzie. I jako że większość z tych ludzi pracuje dziś w Hollywood, kręgi na wodzie rozchodzą się od strony Ameryki. 

Liczby nie kłamią. Choć od czasu pandemii w Stanach Zjednoczonych systematycznie rośnie liczba premier kinowych (od 2023 r. średnio o 70-90 rocznie), to zyski z kas wciąż utrzymują się na niesatysfakcjonującym poziomie. Granicy dziewięciu mld dol. nie udało się przekroczyć od 2019 r., zaś wynik z 2025 r. (8,6 mld dol.) jest tylko o procent wyższy niż z roku poprzedniego i o trzy procent niższy niż w 2023 r. (dane za Box Office Mojo). „Wyniki za 2025 r. to ogromne rozczarowanie, którego nie da się zmienić żadnym PR-owym zaklinaniem rzeczywistości (nawet, jeśli już teraz mówi się o tym, jak dużo lepszy ma być rok 2026)” – diagnozują Brent Lang i Rebecca Rubin w artykule „The Movie Theater Comeback That Wasn’t: Why 2025 Was Such a Dud for Struggling Cinemas” dla Variety. 


Reklama

Blockbustery, z nielicznymi wyjątkami, szorują po finansowym dnie. Filmowe Uniwersum Marvela notuje porażkę za porażką. Gwiazdy od lat nie „sprzedają” filmów. Na coraz większy kawałek torciku zęby ostrzą sobie Indie, Chiny i Korea Południowa. Strajki gildii scenarzystów i aktorów, które przed dwoma laty zmieniły krajobraz w Hollywood, unaoczniły kruchość struktury opartej na wyzysku oraz podjazdowych wojenkach ze związkami zawodowymi. 


Reklama

Na znaczeniu tracą również nagrody i, do pewnego stopnia, festiwale klasy A. Oscary, których kulturotwórczy potencjał jest dyskusyjny „od przed wojny”, coraz szybciej gubią widzów – stąd decyzja, by już w 2029 r. wyprowadzić je z pasma telewizji liniowej i przenieść na YouTube. Najważniejsze statuetki trafiają do filmów ostentacyjnie odwróconych od masowego widza (z wyjątkiem w postaci „Oppenheimera” z 2023 r.). Z kolei organizatorzy, wywijając hołubce na grząskim gruncie polityczno-społecznych zawirowań, odzierają ceremonię z jakiejkolwiek tożsamości. Blichtr, cekiny i bijatyki na scenie, czy może wory pokutne i punktowe światełka z pandemicznej edycji? To przecież też jest problem, który trzeba rozwiązać.  

Od lewej: aktor Al Pacino, reżyser Christopher Nolan i producenci Emma Thomas oraz Charles Roven, 2023, 94. ceremonia wręczenia Oscarów, fot. Robyn Beck / AFP / East News

Podobnie ma się sprawa ze Złotymi Globami, które przegrały rywalizację o widza z playoffami NFL i – jak donosi za magazynem The Hollywood Reporter serwis Filmweb – zanotowały siedmioprocentowy spadek widzów względem ostatniego roku. 


Reklama

W otchłań kulturowej próżni osuwa się też festiwal w Cannes – mekka kina artystycznego oraz ostatnia wielka instytucja pozostająca w otwartym sporze z Netfliksem. Presja francuskich kiniarzy doprowadziła do usunięcia produkcji platformy z rywalizacji o Złotą Palmę. Jak na ironię, wygwizdywane przez krytyków filmy z logotypem „N”, jak „Okja” Joon-ho Bonga czy „Historie rodziny Meyerowitz” Noah Baumbacha, były najlepszymi w ostatnim konkursie, do którego Netfliksa dopuszczono.  


Reklama

Najlepsze filmy. Najgorsze filmy 

Lubimy myśleć, że kiedyś wszystko było prostsze; że w uświęconym kapitalistycznym porządku po jednej stronie robiło się sztukę, po drugiej biznes, zaś pas ziemi niczyjej był przeznaczony dla widzów. Historia Hollywood uzmysławia jednak, że przyspieszana kolizjami tych światów „śmierć kina” jest zjawiskiem cyklicznym. 

Tak było w momencie przełomu dźwiękowego, gdy kino miało stać się „teatrem na ekranie”. Podobnie – w czasach rozkwitu telewizji, kiedy amerykański biznes filmowy stracił blisko połowę widowni. Później – w momencie rewolucji wideo i gwałtownego wzrostu popularności kina domowego. Nie mówiąc nawet o upadku „kina środka” w końcówce pierwszej dekady XXI wieku, spowodowanym globalnym kryzysem ekonomicznym. Ani o wieszczonym na przełomie lat 70. i 80. – i dość zabawnym z dzisiejszej perspektywy – artystycznym zgonie fabryki snów.  To właśnie wtedy, wraz z końcem utopii nierentownego Nowego Hollywood (które podarowało nam m.in. „Ojca chrzestnego”, „Taksówkarza” i „Wszystkich ludzi prezydenta”), w Los Angeles umościli się Steven Spielberg, George Lucas, Robert Zemeckis oraz najemnicy z Wielkiej Brytanii (jak bracia Tony i Ridley Scottowie). Zaś w ślad za nimi – finansiści i bankierzy.  

Obecna sytuacja różni się przede wszystkim rozproszeniem „ataku” na kino. Streamingowe platformy, które zamieniają się w finansowe studnie bez dna, oraz potencjalnie szkodliwa dla branży filmowej (zwłaszcza w kontekście możliwego skrócenia okna dystrybucyjnego z 45 dni do zaledwie 17) fuzja Warner Bros. z Netfliksem nie jest jej jedynym problemem. Z równym niepokojem filmowcy spoglądają dziś w stronę sztucznej inteligencji. 


Reklama

Strajki Amerykańskiej Gildii Scenarzystów oraz aktorów zrzeszonych w SAG-AFTRA uzmysłowiły nam relację sił w kontekście ekspansji AI. Włodarze hollywoodzkich studiów chcieliby utrzymać scenarzystów na krótkiej smyczy, a jednocześnie nęci ich perspektywa automatyzacji pisania. Scenarzystom z kolei nie podoba się perspektywa rywalizacji z maszyną. I nie chodzi tu wcale o segment pracy kreatywnej, tylko o poprawianie wygenerowanych tekstów za marny grosz.


Reklama

Pompowanie budżetów, nadmierna eksploatacja pionów technicznych, wysycanie rynku filmowego poślednimi produkcjami, głuchota na potrzeby masowego widza, transfer odważnych obyczajowo treści do streamingu. Wszystko to sprawia, że myślenie o artystycznych walorach kina w oderwaniu od strony biznesowej jest coraz trudniejsze. Kiedy więc dumam nad losem Warner Bros., to z jednej strony mam przed oczami studio filmowe  ze stuletnią tradycją; sprzedawców marzeń, którzy wychowali kilka pokoleń widzów, podarowali nam „Casablankę”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Matrixa” i „Diunę”. Z drugiej strony – myślę o zadłużonej na niemal 40 mld dol. korporacji, która regularnie przepala gigantyczne budżety i zarządzana jest na zasadzie rzutu kostką. 

Analogicznie – gdy myślę o „Jednej bitwie po drugiej” Paula Thomasa Andersona, widzę nie tylko świetny film o współczesnej Ameryce oraz faworyta do najważniejszych nagród (niech już będzie to pozłacany Oscar). Dostrzegam również autorską fanaberię za 200 mln dol. (uwzględniając koszty promocji), która nie ma realnych szans na siebie zarobić. Choć, mając na względzie fakt, że kategorie „sukcesu” i „porażki” są w mediach filmowych relatywizowane do granic absurdu, mogliście odnieść mylne wrażenie, że zarobiła. 

Sprawa polska 

W polskim box-offisie nie zabrakło w ubiegłym roku wielkiego dziwowiska. Oto „Minecraft”, film na podstawie popularnej serii wideo, strącił z tronu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego i ustanowił rekord otwarcia w rodzimych kinach. Jak donosi Marek Pilarski (Box-Office’owy Zawrót Głowy) w analizie dla Filmwebu, familijną produkcję obejrzało w pierwszy weekend kwietnia aż 987 tys. widzów. Sam Smarzowski, mimo że przegrał z „Minecraftem” kolejną potyczkę, o najbardziej kasowy film 2025 r., narzekać raczej nie może – jego „Dom dobry” przyciągnął do kin 2,4 mln ludzi. 


Reklama

Sukcesy tych produkcji cementują nowy, usankcjonowany po pandemii, porządek świata. Jeśli walimy tłumnie do kin, to raczej nie na filmy, tylko na wydarzenia. „Dom dobry”, który sprowokował ogólnonarodową dyskusję o przemocy domowej (i dzięki któremu pomagająca ofiarom Feminoteka odnotowała ponad 200-procentowy skok na liniach telefonicznych), jest takim wydarzeniem. Podobnie jak ekranizacja powszechnie uwielbianego „Minecrafta”, finał wielkiego uniwersum grozy, czyli „Obecność 4”, a także sequel familijnego „Zwierzogrodu”. 


Reklama

Mówiąc wprost, są to filmy, które z tego czy z innego powodu trzeba było zobaczyć w kinie – nawet jeśli zwleczenie się z kanapy było poświęceniem ponad miarę. Na podobnej zasadzie działają dziś reedycje klasyki kina – znane w USA oraz krajach zachodniej Europy i coraz popularniejsze w Polsce. Zamiast czytać ten tekst, moglibyście teraz śledzić w mrokach kinowej sali. Kibicować „Amadeuszowi” w starciu z Salierim, albo rozgryzać czasoprzestrzenne łamigłówki razem z „Donniem Darko”.   

Nostalgia, oczywiście, nigdy nie jest odpowiedzią. W obecnym kontekście ma jednak głębszy sens. Uruchamiając pracę pamięci, pozwala zbudować nową-starą tożsamość kinowego widza. Kino umierało już wielokrotnie. I jeśli coś zabija je po raz kolejny, to jest to doświadczenie nieprzerwanego strumienia obrazów; wizytówka współczesnej kultury, od streamingu, przez telewizję i media społecznościowe, po doomscrolling. 

Warto zatem pamiętać o konstytutywnej cesze sztuki filmowej, a mianowicie, że jest zjawiskiem rytualnym. Choć znamy ją dobrze i wiemy, czego się po niej spodziewać, to czasem, w trakcie wspólnego seansu, staje się czymś zaskakującym, wyjątkowym i często – niezapomnianym. I choć w najlepszym wypadku jest to zasługą jej jakości, to nie ma co wybrzydzać – ludziom pałaszującym karmelowy popcorn i klepiącym się ze śmiechu po udach też sporo zawdzięcza.  

 


Reklama