Trudno o postać, która w większym stopniu rozrywa pamięć Europy Środkowo-Wschodniej. Chorowity, niepozorny chłopak z prowincjonalnej plebanii porwał za sobą całe pokolenie młodych ukraińskich radykałów. Za co Ukraińcy kochają Stepana Banderę? I skąd w nim tyle nienawiści?

- Od małego wychowywał się w patriotycznym, nacjonalistycznym wręcz duchu, marząc o życiu w niepodległej Ukrainie.
- Nienawidził Polaków, Żydów i wszystkich tych, którzy mogli stanąć mu na drodze do realizacji upragnionej wizji świata.
- Imponował rówieśnikom, ale również ich... przerażał. Wiedzieli, że nie cofnie się przed niczym. Bezkompromisowość szybko zaprowadziła go na szczyty zradykalizowanych bojówek.
- Największą sławę przyniosły mu procesy sądowe, w trakcie których ani nie okazał skruchy przed polskim wymiarem sprawiedliwości, ani strachu przed karą śmierci.
- Choć w trakcie Rzezi Wołyńskiej przebywał w niemieckim obozie koncentracyjnym, w największym stopniu to właśnie jego obarcza się odpowiedzialnością za tragiczne wydarzenia.
Od kołyski oddychał atmosferą skrajnego, mistycznego wręcz patriotyzmu. Chłonął opowieści ojca o przegranej batalii o Lwów, o zdradzonych nadziejach i „polskiej okupacji”, która brutalnie zdusiła raczkującą ukraińską państwowość. Dom Banderów stał się sanktuarium pamięci o poległych bohaterach, a sam Stepan dorastał w przeświadczeniu, że jego życiową misją jest dokończenie przerwanej walki ojca.
Czytaj też: Wołyń: 13 lipca ruszają ekshumacje w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej
Niewiele wskazywało, że mu się uda. Od małego miał problemy z kolanami. Zdarzało się, że nie mógł chodzić bez asysty rodzeństwa. Niższy o głowę lub dwie od rówieśników, wątły, chuderlawy, z krzywą szczęką, wystającą górną wargą, nieproporcjonalnie długimi rękami i szerokimi biodrami, nie wyglądał na człowieka, dla którego zabijać i ginąć będą setki tysięcy rodaków.

Stepan Bandera (z prawej) z siostrą (fot. zdj. archiwalne)
Wyróżniał się jednak niezwykłym uporem i siłą charakteru. Legendami obrosły historie o torturach, które miał przeprowadzać… na sobie samym. Już jako nastolatek bił się pejczem po nogach, wbijał sobie szpilki pod paznokcie, przypalał palce nad lampą naftową, po czym przytrzaskiwał je drzwiami, w pustym pokoju krzycząc: „Przyznaj się, Stepan!”.
Nie pił alkoholu, nie palił papierosów. Nie chciał oddać się jakiejkolwiek słabości. Gdy urządzał kilkudniowe głodówki, nad łóżkiem zwisało pęto kiełbasy. Nigdy nie pękł.
Bez kompromisów
Początek XX wieku to zły, smutny czas dla narodu ukraińskiego. Rozbici na dwa obozy: zachodni, galicyjski, pod władaniem Austro-Węgier oraz wschodni, pod egidą Imperium Rosyjskiego, do ostatnich chwil I wojny światowej walczyli o niepodległość.
W Kijowie proklamowano nawet Ukraińską Republikę Ludową (UNR), a kilka miesięcy później, we Lwowie, rozklejane na murach ogłoszenia obwieściły powstanie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL).
Jakież było zdziwienie Polaków, tak licznie zamieszkujących przecież Lwów, również marzących o wolnym i niepodległym państwie, gdy zorientowali się, że ktoś próbuje uczynić z nich obywateli innego kraju. Wizja ta była niemożliwa do zaakceptowania, tym bardziej, że wielu wierzyło, iż naród ukraiński to sztuczny twór, „wymyślony przez Austriaków na złość Polakom”.
Wybuchła gwałtowna wojna polsko-ukraińska, której symbolem stały się legendarne Orlęta Lwowskie. Mimo potężnej determinacji Ukraińskiej Armii Galicyjskiej (UHA), która trzykrotnie próbowała odzyskać miasto, polski nacisk – wsparty nowoczesnymi oddziałami generała Hallera sprowadzonymi z Francji – zmusił Ukraińców do odwrotu za rzekę Zbrucz.
Ostateczny cios tym niepodległościowym nadziejom zadał przebieg wojny polsko-bolszewickiej oraz podpisany w marcu 1921 roku traktat w Rydze, w wyniku którego podzielono sporne ziemie między Polskę a Związek Sowiecki. Ponad 26 milionów Ukraińców znalazło się pod komunistycznym reżimem nad Dnieprem. W odrodzonej II Rzeczypospolitej zamieszkało ich natomiast około pięciu milionów, stanowiących na wsiach Wołynia i Galicji Wschodniej przytłaczającą większość. Nie byli jedynym narodem bez własnego państwa, za to na pewno najliczniejszym.
Czytaj również: Wołyń 1943: Anatomia zbrodni i prawda o UPA. Obalamy największe mity
Choć konstytucja marcowa gwarantowała im równe prawa, w praktyce polska administracja dążyła do asymilacji narodowej i marginalizacji ukraińskiego życia publicznego. Zamykano ichniejsze szkoły, blokowano tworzenie samorządów i utrzymywanie uniwersytetów, potęgując w dumnym narodzie frustrację i gniew.
Czarę goryczy przelała dodatkowo brutalna akcja pacyfikacyjna, przeprowadzona przez polskie wojsko i policję jesienią 1930 roku na rozkaz Józefa Piłsudskiego, w odpowiedzi na sabotaże Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO). Choć pacyfikacja – jak sama nazwa wskazuje – miała przywrócić porządek bez rozlewu krwi, brutalne rewizje, bicie pałkami i niszczenie mienia ukraińskich spółdzielni wywołały międzynarodowy skandal i trwale zradykalizowały ukraińską młodzież, przekonując ją, że z Polską nie ma i nie będzie żadnego kompromisu.
Pragnienie zemsty
Podczas nauki w ukraińskim gimnazjum w Stryju, a później w trakcie studiów rolniczych w Dublanach pod Lwowem, Bandera stał się gorliwym wyznawcą nowej, radykalnej myśli politycznej. Kluczową rolę odegrała tu fascynacja pismami Mykoły Michnowskiego, autora głośnego manifestu „Samostijna Ukrajina”, z którego Bandera zaczerpnął hasło „Ukraina dla Ukraińców” oraz kategoryczny nakaz walki z mniejszościami narodowymi.
Prawdziwym architektem jego umysłu stał się jednak Dmytro Dontsow. To ten skrajnie prawicowy ideolog, zafascynowany sukcesami Benito Mussoliniego i Adolfa Hitlera, wstrzykiwał w serca młodych Ukraińców jad amoralizmu. Dontsow głosił, że tradycyjna moralność jest oznaką słabości narodów skazanych na zagładę, a nastoletni Stepan chłonął te nauki jak gąbka.
Już na przełomie lat 20. i 30. w ukraińskim podziemiu doszło do pęknięcia, które wyniosło Banderę na szczyty władzy. Starsi przywódcy OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów), tacy jak Andrij Melnyk czy Jewhen Konowalec, po latach spędzonych na emigracji stali się w oczach młodzieży w kraju „kawiarnianymi rewolucjonistami”. Siedzący bezpiecznie w Wiedniu, Berlinie czy Genewie, zaczęli być postrzegani jako oderwani od rzeczywistości, przesadnie ostrożni i politycznie skostniali.
Młodzi Ukraińcy, zrzeszeni w organizacjach akademickich i szkolnych, pragnęli krwi, akcji i natychmiastowego odwetu za polskie represje, w tym za wspomnianą akcję pacyfikacyjną.
Bandera, dzięki swoim unikalnym zdolnościom konspiracyjnym, pedantycznemu podejściu do dyscypliny i absolutnemu fanatyzmowi, zaczął błyskawicznie awansować. W 1931 r. objął kierownictwo nad aparatem propagandowym krajowej egzekutywy OUN, a w czerwcu 1933 r. stanął na jej czele, zastępując „zbyt ostrożnego” Bohdana Kordiuka.
Wokół Bandery uformowała się grupa podobnych mu, młodych radykałów – ludzi takich jak Roman Szuchewycz czy Jarosław Stećko. Pokolenie to, ochrzczone później „pokoleniem Bandery”, całkowicie zmieniło oblicze OUN. Wprowadzono bezwzględną zasadę wodzostwa, a konspirację podniesiono do rangi kultu religijnego. Każdy, kto wstępował do organizacji, musiał przejść przez gęste sito szkoleń ideologicznych i wojskowych. Bandera osobiście selekcjonował zamachowców i z pełnym cynizmem żądał od nich gotowości do samobójstwa w razie wpadki, wręczając im ampułki z trucizną.
Permanentna rewolucja
Zanim Bandera dał się poznać szerzej, młody prowidnyk (z ukraińskiego: wódz, przywódca) zdążył już przeprowadzić na Kresach serię spektakularnych operacji, które zradykalizowały ukraińską wieś i uczyniły z niego bohatera narodowego. Szybko zrozumiał bowiem rzecz kluczową: by wygrać, nie wystarczą kolejne zamachy; potrzebne jest masowe, emocjonalne zaangażowanie możliwie największej części ludności.
Jako szef referatu propagandy wdrożył w życie doktrynę „permanentnej rewolucji”, mającą nieustannie destabilizować polską administrację i budować tożsamość opartą na micie walki. Na jego rozkaz w setkach ukraińskich wsi ruszyła spektakularna akcja usypywania symbolicznych mogił ku czci poległych żołnierzy. Gdy polskie władze niszczyły te kopce jako nielegalne demonstracje nacjonalizmu, wiejska ludność, podburzana przez OUN i uzbrojona w widły oraz motyki, angażowała się w krwawe bitwy ze służbami. Bandera celowo, w pełni świadomie, ryzykował i poświęcał życie swoich ludzi. Wiedział, że krew przelana w obronie narodowych symboli wykopie przepaść między społecznościami, której nie zasypie żaden polski urzędnik.
Mniej więcej w tym samym czasie banderowskie bojówki uderzyły w monopol państwowy. W ramach kampanii antyalkoholowej i antytytoniowej demolowali wiejskie karczmy (prowadzone najczęściej przez Żydów), niszczyli towary, a ukraińskich chłopów kupujących państwową wódkę dotkliwie bito, by uczyć ich bezwzględnego posłuszeństwa wobec podziemia. Rewolucja trafiła też do szkół. W toku wielkiej operacji z 1933 roku OUN kolportowała tysiące ulotek wzywających dzieci do niszczenia godeł Rzeczypospolitej, odmawiania nauki w języku polskim i lżenia nauczycieli.
Tym, którzy stali na drodze tym metodom, ruch wymierzał bezwzględne wyroki. Gdy szanowany dyrektor ukraińskiego gimnazjum we Lwowie, Iwan Babij, otwarcie potępił ślepy terror OUN i próbował chronić uczniów przed moralną degradacją, Bandera osobiście wydał rozkaz jego likwidacji.
Męczennik
15 czerwca 1934 roku, w samym centrum Warszawy, na ulicy Foksal, młody zamachowiec Hryhorii Matseiko zastrzelił polskiego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, mszcząc się za pacyfikację z 1930 roku. Sam Bandera został aresztowany przez polską policję dzień wcześniej we Lwowie podczas rutynowej obławy, jednak śledztwo prowadzone przez prokuratora Władysława Żeleńskiego szybko wykazało, że to właśnie ten niepozorny, 25-letni mężczyzna był mózgiem całego zamachu.
Czytaj także: „Wołyń. Nie tylko historia”. Reportaż Arlety Bojke
Głośne procesy – warszawski z przełomu 1935 i 1936 roku oraz lwowski z 1936 roku – okazały się dla Bandery trampoliną do wielkiej sławy. Skazany na karę śmierci (zamienioną później na mocy amnestii na dożywocie), nie lękał się szubienicy. Nie okazał ani strachu, ani skruchy. Choć w polskim sądzie obowiązywał zakaz używania języka ukraińskiego, odmówił porozumiewania się w innym. Samo ogłoszenie wyroku przerwał, unosząc dumnie prawą rękę w faszystowskim salucie i krzycząc wraz z towarzyszami: „Slava Ukraini!”.

Wycinek "Kuriera Bydgoskiego" z czasów międzywojennych (fot. Wołyń Pamiętamy)
W oczach rodaków został bohaterem. Męczennikiem, którego za wzór stawiały sobie całe pokolenia młodych ukraińskich radykałów.
Akt łaski
W literaturze brakuje zgody co do tego, jak Bandera wydostał się z więzienia. W krótkiej autobiografii przekonywał, że udało mu się – dzięki pomocy kolegów – uciec z zakładu w Brześciu nad Bugiem „wykorzystując wojenny chaos”. Wybitny historyk Timothy Snyder przekonuje jednak, że Polacy… wypuścili go sami. W obliczu upadku państwa, na początku września 1939 roku, zwolniono więźniów politycznych, by oszczędzić im trafienia do niemieckiej niewoli. Akt łaski, który – być może – kosztował setki tysięcy żyć.
Łaski, rzecz jasna, niedocenionej. Bandera natychmiast udał się do Krakowa, gdzie w 1940 roku doprowadził do ostatecznego, krwawego rozłamu w OUN, odsuwając starszych działaczy i tworząc frakcję rewolucyjną (OUN-B) opartą na totalitarnej zasadzie wodzostwa, z nowym, czerwono-czarnym sztandarem krwi i ziemi.
Gdy 22 czerwca 1941 roku Hitler zaatakował Związek Sowiecki, Banderowcy wkroczyli na Kresy z gotowym planem „Ukraińskiej Rewolucji Narodowej”. Ich celem było wymuszenie na III Rzeszy uznania niepodległości Ukrainy metodą faktów dokonanych, na wzór faszystowskiej Słowacji czy Chorwacji. Kilka dni później w okupowanym Lwowie Jarosław Stećko ogłosił Akt Odnowienia Państwowości Ukraińskiej, deklarując ścisłą współpracę z Narodowo-Socjalistycznymi Wielkimi Niemcami pod wodzą Adolfa Hitlera.
Proklamacji tej towarzyszyły przerażające pogromy ludności żydowskiej – chcąc przypodobać się nazistom, milicja OUN-B oraz podburzony tłum w okrutny sposób wymordowali tysiące osób. Kłopot w tym, że Hitler gestu nie docenił, ukraińskie ambicje kategorycznie odrzucił, a Banderę i Stećkę kazał umieścić w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie spędzili niemal cały okres najkrwawszych zmagań wojennych.
Śmierć na klatce schodowej
Choć sam Bandera przebywał w izolacji, w kolejnych miesiącach jego ludzie coraz chętniej zasilali szeregi ukraińskiej policji pomocniczej (Schutzmannschaften). To tam, uczestnicząc w likwidacji gett i masowej egzekucji 800 tys. Żydów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, banderowcy przeszli przerażającą szkołę planowego ludobójstwa. Zobaczyli, że unicestwienie całej grupy narodowościowej jest logistycznie możliwe, ucząc się od SS-manów technik masowego mordu.
Po klęsce Niemiec pod Stalingradem na początku 1943 roku, w obawie przed powrotem Armii Czerwonej i restytucją polskich granic, dowództwo krajowe OUN-B zadecydowało o sformowaniu Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). W marcu i kwietniu 1943 roku około 5 tys. ukraińskich policjantów pomocniczych zdezerterowało do lasów, wnosząc do nowej partyzantki swoje unikalne, „mordercze” doświadczenie. Pod kierownictwem Mykoły Łebedia, Romana Szuchewycza oraz realizującego krwawy plan na Wołyniu Dmytro Klaczkiwskiego (Kłyma Sawura) wdrożono w życie plan całkowitej, fizycznej czystki etnicznej ludności polskiej, by przed nadejściem Sowietów i ewentualnymi powojennymi rozmowami pokojowymi teren był jednolity narodowościowo.
Czytaj też: Spotkanie Zełenski-Nawrocki. Prezydent Ukrainy ujawnia tematy rozmowy
11 lipca 1943 roku, w trakcie Krwawej Niedzieli, gdy oddziały UPA, wsparte przez zmobilizowane i uzbrojone w siekiery, kosy i widły ukraińskie chłopstwo, zaatakowały jednocześnie kilkadziesiąt polskich miejscowości, mordując wiernych zgromadzonych na mszach świętych, Bandera siedział uwięziony w niemieckim obozie. I choć nie wydał osobiście żadnego rozkazu, historycy nie mają wątpliwości, że ponosił pełną doktrynalną odpowiedzialność za Wołyń jako twórca ideologii, która z biologicznej czystki i nienawiści uczyniła najwyższy narodowy nakaz. Armia, która paliła kościoły i rąbała dzieci siekierami, nie bez powodu nazywała siebie Banderowcami, działając według zaszczepionego przez „wodza” kodu.
Po zakończeniu wojny i ostatecznym zdławieniu partyzantki przez bezwzględny sowiecki aparat bezpieczeństwa, Bandera znalazł się na emigracji w Monachium, w amerykańskiej strefie okupacyjnej.
Ani myślał jednak o złagodzeniu tonu, „demokratyzacji ruchu” i innych ustępstwach, na które namawiali go współpracownicy. Zachodnie wywiady szybko zorientowały się, że w człowieku tak radykalnym, tak nastawionym na walkę nigdy nie znajdą solidnego, rzetelnego partnera. Nie wystawiły go na śmierć, ale pewnie mogły zrobić więcej, żeby Banderę ochronić.
Jesienią 1959 roku, po latach spędzonych w ukryciu, zbrodniarza – funkcjonującego już pod nazwiskiem Popel – dopadł młody, 20-letni agent KGB, Bohdan Staszynski, wysłany w tym celu bezpośrednio z Moskwy. Mijając go na klatce schodowej, uniósł zawinięty w gazetę specjalny, dwulufowy pistolet gazowy i wystrzelił prosto w twarz chmurę skroplonego cyjanowodoru.
Gwałtowna śmierć ostatecznie ugruntowała wizerunek męczennika, którego idee – choć zrodzone z nienawiści i unurzane w krwi tysięcy niewinnych ofiar – przez kolejne dekady dzielą i ranią pamięć Europy Środkowo-Wschodniej. Niestety również dziś…
