Reklama
Reklama
Reklama

Niewygodna prawda o Wołyniu. Jak historia stała się zakładniczką współczesnej polityki?

TYLKO NA

11 lipca mija kolejna rocznica ludobójstwa Polaków na Wołyniu. Tego dnia w 1943 r., Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej zbrojne ramię – UPA dokonały masowych mordów na ludności polskiej. Do końca lipca ukraińscy nacjonaliści zamordowali co najmniej 20 tys. Polaków. 29 i 30 sierpnia nastąpił drugi etap ludobójstwa, a po nim kolejne. W sumie zamordowano około 100 tys. Polaków.

Rzeź Wołyńska
Zbrodnia sąsiedzka, o której kazano milczeć. Skąd wzięły się mity o Wołyniu?Fot. Wojciech Strozyk/REPORTER (fot. Wojciech Strozyk/REPORTER / East News / Reporter)

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#2.

  • Ludobójstwo na Wołyniu wyróżniało się niewyobrażalnym, sąsiedzkim bestialstwem, o którym przez dekady PRL i ZSRR nakazywano ocalałym milczeć.
  • Współczesna Ukraina buduje swoją tożsamość na micie antykomunistycznej walki UPA, całkowicie wypierając i tuszując prawdę o rzezi polskiej ludności cywilnej.
  • Narracja o „polskim ciemiężeniu” i prześladowaniach Ukraińców w II RP jako przyczynie Wołynia to powielany mit.

Jest w ludobójstwie wołyńskim coś wyjątkowego i niezwykłego. Przede wszystkim z powodu niewysłowionej brutalności i krwawości tej zbrodni. Oprawcy mordowali absolutnie wszystkich – mężczyzn, starców, kobiety, dzieci, nawet noworodki. Tylko z powodu odmiennego pochodzenia etnicznego i wyznawanej wiary. Mordowali niezwykle brutalnie, z użyciem prymitywnych narzędzi: pałek, siekier, noży, motyk, wideł. Często po okrutnych torturach. Rzadko mieli tyle litości, by skrócić cierpienia swych ofiar strzałem z broni.

Przeczytaj także: Jedna mogiła znaleziona kilkanaście metrów od drugiej. Trwają ekshumacje na Wołyniu

Reklama
Reklama

Opisy wołyńskiego ludobójstwa mrożą krew w żyłach: dzieci nabijane na sztachety płotów, przybijane gwoździami do ścian i z rozprutymi jelitami (podpisane szyderczo jako „Polska od morza do morza”), ciężarne kobiety nabijane na widły i ćwiartowane żywcem, mężczyźni rozrywani końmi lub wrzucani do ognia…

Szok jest tym większy, że była to zbrodnia „sąsiedzka”. Wszak mordowali nie „obcy”, nie okupanci, a sąsiedzi – nierzadko znający z imienia i nazwiska swoje ofiary, żyjący i pracujący wraz z nimi przez lata w tych samych lub okolicznych wsiach. Czasem nawet członkowie rodzin.

Przez wiele lat była to zbrodnia całkowicie zapomniana. W okresie istnienia Związku Radzieckiego i Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej politycznie niewskazane było przypominanie o tragedii Polaków na Kresach. Wszak Wołyń i Galicja po wojnie trafiły w ręce Sowietów. Mówienie o tym, że przed wojną były to polskie ziemie, które odebrano Polakom arbitralnie, a ich samych wysiedlono – mogło wywołać zadrażnienia na łonie „braterskich” przecież narodów bloku wschodniego. Co prawda wspominano o banderowcach w komunistycznej Polsce, ale jedynie w kontekście walk na Lubelszczyźnie i Bieszczadach – po „właściwej” stronie linii Curzona.

Reklama
Reklama

Ocalali z wołyńskiego ludobójstwa musieli więc milczeć. I w milczeniu przeżywać swoją traumę, jakiej doświadczyli: utraty nie tylko domów, ale i członków rodzin, nierzadko bestialsko mordowanych na ich oczach. Przez dekady nie mogli opowiadać publicznie o swojej krzywdzie, wspominać swych bliskich, żądać przeprosin. Nie mogli pojechać nawet na groby swych rodzin, bo ofiary do dziś leżą na polach i w lasach tak, jak zostały zamordowane latem 1943 r.

O Wołyniu szerzej zaczęto mówić dopiero w latach 80. i 90., ale wówczas temat ten nie wzbudził jakoś większego zainteresowania. Ofiary upamiętniali głównie dawni kresowiacy, członkowie rodzin ofiar, nieliczni historycy i publicyści oraz duchowni, jak zmarły w 2024 r. ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Dopiero w lipcu 2013 r. o zbrodni tej zrobiło się głośniej, na jej 70. rocznicę, gdy politycy szeroko pojętej prawicy zabiegając o potencjalne głosy w zbliżających się wyborach, zaangażowali się w rocznicowe obchody.

Przeczytaj także: O banalności ludobójstwa (Polaków), czyli skandaliczny apel Seweryna-Frasyniuka

Jednak tak zgięła się historii sprężyna, cytując słowa Jacka Kaczmarskiego, że kilka miesięcy później doszło do masowych protestów na Majdanie w Kijowie, a potem Rosja dokonała aneksji Krymu. Znowu nie było politycznie poprawne mówienie o ludobójstwie Polaków na Kresach. Apogeum nastąpiło po 24 lutego 2022 r., czyli rozpoczęciu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę.

Reklama
Reklama

Media w Polsce zalały wówczas rozliczne, poruszające zdjęcia bombardowanych ukraińskich miast, relacje z pierwszej linii frontu, historie cywilów. Wśród wielu apeli o pomoc i jedność – jak najbardziej słusznych w ówczesnej sytuacji – zaczęły się pojawiać jednak także odezwy dziennikarzy, polityków, celebrytów i zwykłych ludzi, którzy w niewybrednych słowach zabraniali mówić o Wołyniu i piętnowali osoby w ogóle ten temat poruszające.

Rozpętano wówczas wściekłą nagonkę przeciwko wszystkiemu, co z Wołyniem miało jakikolwiek związek: od konkursów historycznych (zaplanowanych przecież na długo przed wojną), poprzez istniejące od dawna murale upamiętniające ofiary ludobójstwa, a kończąc na stronach i blogach historycznych, omawiających to zagadnienie.

Nastąpiło istne polowanie na czarownice, na prawdziwe i wymyślone „putinowskie trolle” i „ruskie onuce”. Wspominanie o Wołyniu w jakimkolwiek kontekście odbierano jako dywersję na rzecz Rosji. Zaczęło dochodzić do czegoś absolutnie niewyobrażalnego jeszcze kilka–kilkanaście miesięcy wcześniej: niektórzy Polacy zaczęli usprawiedliwiać bestialskie ludobójstwo na własnych rodakach.

Reklama
Reklama

Wszystkie te wysiłki jeżyły włos na głowie. Pracując przez wiele lat jako publicysta historyczny, nie spotkałem się nigdy z niczym podobnym, by potomkowie ofiar rzucili się samowolnie usprawiedliwiać katów i przerzucać winy na swoich przodków.

Duża część ludzi, używająca wówczas tych „argumentów”, podpierała się zgoła zabawnymi źródłami – na przykład „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza. Gołym okiem widać było, że autorzy tej narracji nie mają bladego pojęcia o tym, co wydarzyło się na Wołyniu i posługują się zasłyszanymi gdzieś hasłami. Inni posuwali się niejednokrotnie do powielania mitów i przekłamań wprost z ukraińskiej propagandy nacjonalistycznej – co szokuje tym bardziej, że czyniąc to, najczęściej sami występowali jako „antyfaszyści”.

Przeczytaj także: Rau o decyzji Zełenskiego: To nie mogła być kwestia niewiedzy

W pewnym sensie jest to zrozumiałe, szczególnie gdy Moskwa – usprawiedliwiając swoją agresję – działa pod hasłami „denazyfikacji Ukrainy” i walki z kultem „ukraińskich nazistów”. Tymczasem dla Ukrainy sprawa Wołynia jest niebezpieczna na wielu poziomach. Przyznanie się, że bohaterowie współczesnego państwa ukraińskiego byli w rzeczywistości zwykłymi mordercami, katami tysięcy bezbronnych cywilów, jest absolutnie nie do pomyślenia.

Reklama
Reklama

Była i pozostaje to więc zbrodnia nierozliczona, której rana nieustannie krwawi. Znane są tylko pojedyncze nazwiska katów, głównie dowódców Okręgów Wojskowych UPA – dowódcy OW „Turiw” Jurija Stelmaszczuka, dowódcy OW „Bohun” Petro Olijnyka, dowódcy OW „Zahrawa” Iwana Łytwynczuka, ich zwierzchnika, dowódcy HWO UPA „Północ” Dmytro Klaczkiwskiego i samego dowódcy UPA Romana Szuchewycza. Ci zginęli później w walce z sowiecką bezpieką.

Nazwisk wielu oprawców nie poznaliśmy i zapewne nigdy nie poznamy. Wielu z nich uszło sprawiedliwości, ukryło swoje czyny, dożyło jakoś końca Związku Radzieckiego, by na przełomie wieków powrócić w glorii i chwale jako bohaterowie „samostijnej Ukrajiny”.

To kolejny dowód wyjątkowości tej zbrodni. Oprawcy bowiem są nazywani „bohaterami”, traktowani z szacunkiem. Na Ukrainie stawia się im pomniki, ich imionami nazywa się place i ulice. Nielicznych żyjących jeszcze banderowców podejmuje się z pompą i honorami. Ich pogrzeby mają asystę wojskową. Dla nowych pokoleń Ukraińców są bohaterami walki o niepodległość z sowiecką dominacją.

Kult banderowski

Kult ten próbował wzniecić pierwszy raz prezydent Wiktor Juszczenko, który w 2010 r. nadał Stepanowi Banderze, liderowi ukraińskich nacjonalistów, tytuł „Bohatera Ukrainy”. Kulminacja zaś nastąpiła w latach 2013–2014, gdy do władzy doszedł Petro Poroszenko. Zbiegło się to w czasie z masowymi protestami na Majdanie i aneksją Krymu. Wraz z obaleniem w 2014 r. prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza, który kontynuował wprost dziedzictwo Związku Radzieckiego i kult wielkiej wojny ojczyźnianej narodów radzieckich – rosyjskiego, białoruskiego i ukraińskiego – przeciwko Niemcom, Ukraińcom potrzebne były nowe symbole.

Reklama
Reklama

Po pozbyciu się dawnych oligarchów, powiązanych w ten czy inny sposób z Kremlem, wzrok ekipy Poroszenki padł na tereny zachodniej Ukrainy, czyli dawnych polskich Kresów Wschodnich. Te bowiem od momentu uzyskania przez Ukrainę niepodległości w 1991 r. kultywowały pamięć o ukraińskim nacjonalizmie. Historycy i politycy z tych terenów, jako nieskażeni prorosyjskimi poglądami, zostali wprzęgnięci w tworzenie nowego kultu na całej Ukrainie. Apogeum tego zaangażowania nastąpiło właśnie w 2022 r., gdy doszło do inwazji Rosji na Ukrainę.

Według sondażu ukraińskiej grupy badawczej „Rejtynh” z kwietnia 2022 r. Stepan Bandera jest postacią pozytywną dla 74 proc. Ukraińców. Ukraińska Powstańcza Armia to bohaterowie 81 proc. Ukraińców. Dla porównania – w 2010 r. tylko 20 proc. Ukraińców postrzegało OUN, UPA i Banderę pozytywnie. Szczególnie silny kult panuje na zachodniej Ukrainie, gdzie pozytywnie te kwestie ocenia odpowiednio 86 i 89 proc. respondentów.

Dlaczego pamięć o UPA jest tak silna?

Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się właściwie do czasów samego ludobójstwa, a konkretnie do roku 1944, gdy na tereny Kresów Wschodnich wtłoczyła się sowiecka Armia Czerwona. OUN i UPA wydały wówczas Sowietom walkę na śmierć i życie. Trwała ona przez następnych szesnaście lat, aż do wiosny 1960 r., gdy w zmaganiach z KGB pod Tarnopolem zginęło dwóch ostatnich czynnych członków UPA – Petro Pasicznyj i Ołeh Cetnarskij.

Reklama
Reklama

Wieloletnia walka była ciężka, naznaczona licznymi polami bitew i starć, pełna śmiałych rajdów oddziałów UPA na miasteczka, akcji rodem z sensacyjnych filmów, ale nade wszystko – pełna brutalności. Banderowcy mordowali okrutnie wszystkich oskarżanych o zdradę, Sowieci rozstrzeliwali i wieszali publicznie pojmanych bojowników i podejrzewanych o współpracę z nimi cywilów.

Przeczytaj także: O co chodzi z UPA? Historia, która dzieli do dziś

Z terenów zachodniej Ukrainy władze sowieckie deportowały ok. 280–300 tysięcy ludzi. Zostali oni wywiezieni daleko – na wschodnią Ukrainę, daleką północ – do Kazachstanu lub za Ural. Zginęło w sumie ok. 30 tysięcy Sowietów i ok. 153 tysiące Ukraińców. Nie było chyba rodziny ukraińskiej, która nie doświadczyłaby sowieckich represji.

Po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę dawne Kresy pokryły się więc stawianymi oddolnie, spontanicznie przez samych mieszkańców kurhanami i pomnikami ku pamięci ofiar. Wydarzenia z lat 1944–1960 i wspomnienia własnej krzywdy skutecznie przykryły pamięć Ukraińców co do własnych zbrodni na Polakach. OUN i UPA postrzegane były – i zresztą nadal są – jako symbol sprzeciwu wobec dominacji Moskwy nad Ukraińcami, przez pryzmat tej „pierwszej wojny rosyjsko-ukraińskiej”. I jako takie funkcjonują dziś w ukraińskiej narracji, przybierając na sile w dobie wojny z Rosją.

Reklama
Reklama

Duże zasługi w romantycznej gloryfikacji walki OUN i UPA mieli ukraińscy kombatanci, którzy po wojnie znaleźli się w Niemczech, USA i Kanadzie. W 2023 r. głośnym echem odbiła się informacja o witanym owacyjnie w kanadyjskim parlamencie 98-letnim Jarosławie Hunce, byłym żołnierzu ukraińskiej 14. Dywizji Grenadierów SS. Hunka jest jednak tylko jednym z wielu Ukraińców, którzy znaleźli się po II wojnie światowej na Zachodzie. Monachium przez wiele lat pełniło rolę emigracyjnej stolicy Ukrainy, w której mieszkały tysiące Ukraińców, powstawały ukraińskie wydawnictwa, redakcje i organizacje. Tam zresztą w październiku 1959 r. został zamordowany sam Stepan Bandera.

W Wielkiej Brytanii, USA czy Kanadzie jak grzyby po deszczu powstawały ukraińskie pomniki i stowarzyszenia, a Ukraińców zatrudniano w wydawnictwach czy instytutach naukowych. Wielu dawnych banderowców zdołało uciec z Kresów Wschodnich wraz z Niemcami albo już po wojnie. Na Zachodzie znaleźli schronienie i opiekę. Dla Amerykanów i Brytyjczyków w dobie trwającej zimnej wojny byli oni bardzo cenni, zarówno ze względu na swoją znajomość realiów sowieckich, jak i nieprzejednany antykomunizm.

Chętnie wykorzystywano ich wiedzę i zapał – nie tylko do pracy wywiadowczej, ale też propagandowej. Przebywając na emigracji, mogli więc spisać swoją historię tak, jak chcieli – wielokrotnie ją fałszując i nią manipulując – korzystali z faktu, że nikt tego nie zweryfikuje. Przemilczali także własne zbrodnie.

Na bazie wytworzonych wówczas książek i artykułów wykształciła się cała klasa ukraińskich historyków, gloryfikujących dokonania UPA. Jednym z czołowych jest Wołodymyr Wjatrowycz, do 2019 r. prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, w Polsce wielokrotnie krytykowany za manipulowanie historią Kresów Wschodnich.

Reklama
Reklama

Jest jeszcze jeden powód, dla którego sprawa Wołynia nieustannie krwawi. Ukraina nie chce dążyć do ekshumacji pomordowanych przez OUN i UPA Polaków. Odkrywanie straszliwie zmaltretowanych szkieletów, pogruchotanych kości, dziewczęcych warkoczyków – jakie ujawniano, na przykład, w 2011 r. podczas jednej z nielicznych ekshumacji w Ostrówkach na Wołyniu – wywołałoby na Ukrainie niedowierzanie, szok i strach, że kraj straci na tym nie tylko wizerunkowo – przez obalenie starannie budowanego obrazu heroicznie walczących z okupantem banderowców – ale także finansowo.

Przeczytaj także: „Wołyń. Nie tylko historia”. Reportaż Arlety Bojke

Wszak Polacy mogliby zażądać reparacji, finansowego zadośćuczynienia za zbrodnie, a tego żądania – jakkolwiek abstrakcyjnego – uboga Ukraina nie mogłaby spełnić. Aktualnie wiadomo o ekshumacjach rozpoczętych we wsi Puźniki, wymordowanej w lutym 1945 r. przez UPA – ale jak potoczy się ta sprawa dalej – czas pokaże. Czy był to początek wiatru zmian, czy zaledwie jednostkowy przykład.

Wszystko to składa się na niesamowicie trudny obraz Wołynia, który od kilku lat jest jedynie kolejnym okopem w trwającej wojnie informacyjnej. Historia bowiem już dawno przestała być jedynie nauką, a stała się narzędziem jak łopata, bronią jak karabin. Odpowiednie używanie symboli pozwala na manipulowanie opinią publiczną i kreowanie rzeczywistości. Kontrolując przeszłość, można kontrolować teraźniejszość.

Reklama
Reklama

Nie ma już chyba w Polsce osoby, która nie kojarzyłaby przynajmniej nazwy „Wołyń” i nie umiała powiedzieć chociaż kilku słów na ten temat. Jest to z pewnością budujące, szczególnie po latach zamilczania i ignorowania tego tematu. Jednak skutkiem ubocznym jest mnóstwo narosłych wokół ludobójstwa na Wołyniu mitów.

Warto więc przyjrzeć się najpopularniejszym z nich, które przybrały na sile po 2022 r. i stały się pałką to jednej, to drugiej strony w dyskursie o Ukrainie.

Najpopularniejsze mity o Wołyniu:

Reklama
Reklama

Mit pierwszy: I Rzeczpospolita przez setki lat kolonizowała i ciemiężyła Ukraińców

I Rzeczpospolita, istniejąca do 1795 r., przede wszystkim nie była państwem narodowym, tylko szlacheckim, opartym o etos szlachty i jej przywileje. Już z samego tego tytułu „argument” ten jest niedorzeczny. Szlachcicami mogli być nie tylko etniczni Polacy, ale także Litwini i Rusini. Tereny ukrainne, o których „ciemiężeniu” mowa, znajdowały się daleko na wschód – w rejonie Podola, Naddnieprza i Zaporoża, gdzie największe majątki posiadała magnateria ruska: Zbarascy, Zasławscy, Ostrogoscy i wreszcie – Wiśniowieccy, których najsłynniejszym przedstawicielem był książę Jeremi, znany z tłumienia buntu hetmana Bohdana Chmielnickiego. Wywodzili się oni z książąt ruskich, a nie polskich.

Przykładowo, rejestr poborowy z 1628 r. w województwie kijowskim ujawnia, że na 15 magnatów posiadających tam majątki tylko trzech było szlachcicami polskimi. Na 176 właścicieli ziemskich w województwie kijowskim Polakami było tylko 21. Dwudziestu jeden.

Z drugiej strony tereny dzisiejszej Galicji nie były przez Polskę „okupowane”, tylko stanowiły jej integralną część. W 1340 r. książę halicko-wołyński Bolesław Jerzy II zapisał swoje ziemie polskiemu królowi Kazimierzowi Wielkiemu, uznając go za dziedzica Rusi. Były to ziemie tak samo polskie, jak Kraków czy Warszawa i należały do Polski przez sześćset lat. To wielokrotnie dłużej niż Wrocław czy Szczecin. Mówienie o tym, jakoby „Polacy okupowali Lwów” ma tyle samo sensu, co mówienie o „polskiej okupacji Kielc”.

Nawet gdyby zignorować tę niedorzeczność i przyjąć za dobrą monetę powyższy argument, uznawszy, że Wołyń był zemstą za wiele wieków polskiej kolonizacji terenów ukraińskich, to między 1569 a 1795 r. doszło do przynajmniej dwóch dużych rzezi Polaków na Ukrainie – pod Batohem (1652 r.) i w Humaniu (1768 r.).

Reklama
Reklama

Pod Batohem, 4 czerwca 1652 r., na rozkaz zbuntowanego hetmana Bohdana Chmielnickiego wymordowano od 3,5 do nawet 8 tys. polskich jeńców. Wydawałoby się, że jest to mała liczba, jednak należy pamiętać, że ofiarami kozackiego mordu była elita żołnierska Rzeczypospolitej, wywodząca się głównie ze szlachty. Jeńców mordowano niezwykle brutalnie, podrzynając im gardła lub zakłuwając pikami.

Drugim przypadkiem była historia zapomnianego z jakiegoś powodu „Wołynia 0,5”, czyli koliszczyzny, chłopskiego buntu z lata 1768 r. przeciwko pańszczyźnie, podjudzonego przez Maksyma Żeleźniaka, występującego jako rzekomy wysłannik carycy Katarzyny II.

Hajdamackie chłopstwo, wiedzione przez mianowanego hetmanem Żeleźniaka i podjudzone przez prawosławną Cerkiew, mordowało brutalnie i masowo Polaków, Żydów i duchowieństwo. Rebelię stłumiły ostatecznie wojska polskie i rosyjskie, a los samego Żeleźniaka – schwytanego przez wojska rosyjskie – nie został wyjaśniony. Według współczesnych historyków cały bunt wybuchł z inspiracji Rosji, dążącej do destabilizacji słabnącej I Rzeczypospolitej. Zamordowano wtedy około stu tysięcy osób. W samym Humaniu 21 czerwca 1768 r. zginęło – według różnych szacunków – od pięciu do nawet osiemnastu tysięcy ludzi, a miasto splądrowano i spalono. Pamięć o tym bestialstwie była żywa nawet w II Rzeczypospolitej.

Reklama
Reklama

Czy obydwa podane wyżej wydarzenia nie były już dostateczną „zemstą” za ciemiężenie?

O ile ukraińscy pisarze, jak Taras Szewczenko, Iwan Franko czy Iwan Kotlarewski faktycznie odwoływali się do etosu Kozaków z Dzikich Pól z okresu Rzeczypospolitej Obojga Narodów i wspominali ich z rozrzewnieniem, jako romantycznych, choć okrutnych wojowników o sprawę ukraińską, o tyle OUN i UPA oparły się na tradycji Strzelców Siczowych – formacji ukraińskich, wywodzących się z armii austro-węgierskiej z czasów I wojny światowej, oraz na ideologii nacjonalistów ukraińskich – Dmytro Doncowa i Mychajło Kołodzyńskiego, związanych z Galicją.

Nacjonaliści ukraińscy nigdy nie odwoływali się do tradycji Bohdana Chmielnickiego. Uważali go za rosyjskiego zdrajcę, który w ramach ugody perejasławskiej z 1654 r. zaprzedał Ukrainę Rosji. Nie dziwne więc, że do tradycji tego ostatniego najchętniej sięgali w swojej propagandzie… Sowieci. Dawny hetman zaporoski miał status bohatera Ukraińskiej SRR, był główną postacią kilku sowieckich filmów jako bojownik przeciw „polskim panom”, dziewiętnastowieczny pomnik Chmielnickiego w Kijowie przetrwał cały okres ZSRR bez żadnego uszczerbku, ustanowiono też jego medal.

Tu należy podkreślić, że tereny, gdzie Polacy „ciemiężyli” Ukraińców, znajdowały się poza granicami późniejszej II Rzeczypospolitej i setki kilometrów od Wołynia. OUN rozwijała się jednak niemal wyłącznie na terenach polskich, a nie sowieckich. Okręg Wojskowy UPA „Wschód” (za granicami II RP) nigdy nie powstał, zaś Okręg Wojskowy UPA „Południe” na Podolu, w rejonie Winnicy (przed wojną należącej do ZSRR) – najsłabszy z istniejących – został rozbity przez sowiecką bezpiekę już latem 1944 r. Mimo ambitnych planów UPA nigdy nie zdołała dotrzeć na wschodnią sowiecką Ukrainę. Polacy na tych terenach, tam, gdzie rzekomo „ciemiężyli” trzysta lat wcześniej – mimo przypadającej na lata 1937–1938 ludobójczej sowieckiej „operacji polskiej” NKWD – przeżyli i żyją do dzisiaj w rejonie Żytomierza, stanowiąc największe skupisko Polaków na Ukrainie.

Reklama
Reklama

Trzeba też powiedzieć, że na Wołyniu prawie nie było szlachty. Jej ogrom zginął albo uciekł w trakcie tzw. pożogi 1917 r., gdy wskutek upadku carskiej Rosji i anarchizacji prowincji doszło do masowych napaści na polskie dwory. Czynny w tym udział mieli także sami Ukraińcy – zarówno cywile, jak i wojskowi z rozmaitych armii. Pustoszyli majątki, przetrzebiając trzodę i lasy, grabiąc i paląc dwory – nierzadko pełne wspaniałych zabytków, dzieł sztuki i książek – a czasem mordując ich właścicieli. Inni potomkowie polskiej szlachty przepadli w trakcie pochodu Armii Czerwonej na zachód w latach 1919–1920 i mordowania przez bolszewików tzw. „burżuazji”.

Z kolei polscy osadnicy wojskowi, urzędnicy, policjanci i inni przedstawiciele władzy, osiedleni tam w okresie międzywojennym, zostali w większości wymordowani albo wywiezieni przez Sowietów na Syberię w latach 1939–1941. Krótko rzecz ujmując – ogrom polskich mieszkańców Wołynia w 1943 r. stanowili małorolni, prości chłopi.

Mit drugi: II RP prześladowała Ukraińców przed Wołyniem

Historia tego argumentu jest taka sama, jak w przypadku poprzedniego. Warto jednak zacząć od początku, czyli od marca 1921 r. i traktatu ryskiego, gdy ziemie Ukrainy podzielone zostały między Polskę a bolszewicką Rosję. Oznaczało to koniec sprzymierzonej z Polską Ukraińskiej Republiki Ludowej Symona Petlury.

Reklama
Reklama

Wyczerpana wieloma miesiącami zmagań, biedna Rzeczpospolita nie miała siły na dalszą walkę o niepodległość Ukrainy. Warto tu też podkreślić, że władza Petlury – postrzeganego nierzadko jako polskiego kolaboranta – była często nieuznawana przez samych Ukraińców. Niepodległości Ukrainy stanowczo sprzeciwiała się zarówno bolszewicka Rosja, jak i mocarstwa ententy.

W efekcie na terenach Polski znalazła się ogromna mniejszość ukraińska, licząca ok. 4,5 mln ludzi. Pierwotnie Ukraińcy w II RP mieli otrzymać bardzo szerokie prawa: ukraińskie szkoły, gazety, urzędy, a nawet uniwersytet.

Przeciwko takiemu stanowi rzeczy opowiadała się powołana w sierpniu 1920 r. nacjonalistyczna Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO). Złożona była z weteranów Strzelców Siczowych, działaczy ukraińskich z Czechosłowacji oraz emigrantów ukraińskich z USA. Na jej czele stanął pułkownik Jewhen Konowalec, opowiadający się za doktryną „wszystko albo nic” i żądający pełnej niepodległości Ukrainy. To on nadał organizacji charakter armii podziemnej i narzucił hasło „w walce nie ma etyki”.

Można było zrozumieć pobudki rozgoryczonych brakiem własnego państwa Ukraińców, jednak UWO wybrała nie drogę demokratyczną, jak istniejące w II Rzeczypospolitej partie ukraińskie – Ukraińska Ludowa Partia Pracy czy Agrarna Ukraińska Chłopska Partia – lecz drogę terroru. UWO zastraszała, biła i mordowała tych, którzy usiłowali normalnie żyć: kandydatów z mniejszości ukraińskiej do Sejmu i Senatu, ukraińskich studentów i uczniów chodzących do polskich szkół, redaktorów gazet i nauczycieli.

Reklama
Reklama

Nawoływała poborowych do dezercji z polskiego wojska wraz z bronią, szerzyła plotki o inwazji czeskiej na Polskę i siała zamęt. Ukraińscy terroryści mordowali wszystkich, którzy mogli doprowadzić do porozumienia polsko-ukraińskiego. Pierwszą ich ofiarą był zamordowany w 1922 r. ukraiński poeta i nauczyciel, Sydor Twerdochlib, który dostrzegał możliwość współdziałania z Polakami.

W latach 1922–1923 doszło do apogeum wystąpień UWO i próby wywołania wojny domowej. W założeniach kierownictwa UWO miało to pokazać światu, że Ukraińcy nie godzą się na polską administrację. Liczono, że opinia międzynarodowa uzna ukraińskie roszczenia i na terenach Galicji powstanie ukraińskie państwo narodowe. Ukraińscy terroryści dokonali wówczas aż 302 ataków, napadając i podpalając głównie polskie dwory i gospodarstwa (w sumie 158), a nie obiekty państwowe.

Polska odpowiedź na terror była jednak ostrożna – nie ogłoszono stanu wyjątkowego na objętych rebelią terenach, jedynie wprowadzono sądy doraźne i możliwość orzekania kary śmierci. Po masowych aresztowaniach w szeregach UWO część jej działaczy – na czele z pułkownikiem Konowalcem – zbiegła za granicę, a terroryzm ukraiński osłabł.

Powrócił on w 1929 i 1930 r., gdy w ramach połączenia UWO z innymi organizacjami nacjonalistów ukraińskich powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Na jej czele stanęli młodzi, bardzo radykalni działacze, w odróżnieniu od poprzednich kadr niemający doświadczenia z walk o niepodległość: Roman Szuchewycz, Dmytro Klaczkiwski, Łew Rebet, Mykoła Łebedź i sam Stepan Bandera. Zafascynowani byli oni włoskim faszyzmem i Irlandzką Armią Republikanską.

Reklama
Reklama

Poza uznawaniem terroru jako drogi do osiągnięcia celu chętnie sięgali też po młodych, łatwych do manipulowania ochotników. Wiedzieli bowiem, że mur niechęci między Polakami a Ukraińcami stopniowo się kruszył. W ten sposób latem 1930 r. doprowadzili do „drugiego wystąpienia UWO”. Od lipca do listopada terroryści ukraińscy napadli na 191 obiektów (z czego tylko 19 państwowych, reszta to prywatne mienie chłopów, także ukraińskich). Działania UWO i OUN bardzo przypominały metody prorosyjskich „separatystów” z Donbasu w latach 2014–2015.

Dopiero wówczas, na osobiste polecenie marszałka Piłsudskiego, wysłano do Małopolski Wschodniej 17 kompanii Policji Państwowej i 14. Pułk Ułanów Jazłowieckich. Aresztowano 1739 osób, z czego 1143 postawiono przed sądem. W trakcie rekwizycji ujawniono 1287 karabinów, 566 pistoletów i 100 kg materiałów wybuchowych. Zdarzało się, że Polacy przeprowadzali brutalne rewizje, demolując mienie Ukraińców, szczególnie w domach, gdzie znaleziono broń. Na wsie nakładano zaś kontrybucje za wspieranie terrorystów.

Dochodziło wówczas do płazowania i chłostania ukraińskich chłopów, zmuszanych do krzyczenia „Niech żyje marszałek Piłsudski”, a także robienia z ukraińskich kobiet „tulipanów” – czyli wieszania za nogi, by spódnice opadały im na głowy. Choć nie było to zachowanie godne pochwały, to z pewnością nie ma ono porównania do bestialstwa ukraińskich nacjonalistów kilkanaście lat później. Szczególnie że w toku akcji nie zginęła ani jedna osoba. Z 1143 postawionych przed sądem skazano tylko 211 osób, i to na niewielkie wyroki.

Mówiąc oględnie, po dziesięciu latach ukraińskiego terroryzmu państwo polskie podjęło aktywność w celu jego zlikwidowania. Na Kresach osiedlono 9 tys. polskich osadników wojskowych. Było to konieczne – ukraińscy terroryści napadali i podpalali polskie gospodarstwa na terenach, gdzie mieszkańcy musieli bronić się sami z braku policji w każdej wsi. Tu jednak należy dodać, że 60 proc. ziemi pochodzącej z parcelacji dużych majątków i tak przypadło Ukraińcom.

Reklama
Reklama

Działalność ukraińskich terrorystów mocno zresztą zraziła polską administrację. W 1930 r. tylko 14 tys. Ukraińców znalazło zatrudnienie w polskiej administracji i to niższego szczebla. Zlikwidowano ukraińskie młodzieżowe organizacje paramilitarne (jak organizacja skautowa „Płast”), uznając je za wylęgarnię terroryzmu. Ograniczono liczbę ukraińskich szkół, zamieniając je na dwujęzyczne, gdzie Ukraińcy i Polacy uczyli się języka swoich sąsiadów. Nie otwarto ostatecznie ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie, chociaż Polacy zaproponowali utworzenie takiego uniwersytetu w Równem. Ponadto Ukraińcy mogli się kształcić na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, pod warunkiem, że przyjęli polskie obywatelstwo.

Warto wspomnieć, że istniały też bez przeszkód ukraińskie organizacje niebędące nacjonalistycznymi, jak oświatowa „Proświta”, Ukraińskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokił” czy Towarzystwo Pożarnicze „Łuh”. Przez cały okres II RP w Sejmie i Senacie zasiadali posłowie ukraińscy z Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo-Demokratycznego (UNDO).

Akcja represyjna polskich władz, choć skuteczna – w listopadzie 1930 r. doszło już tylko do ośmiu incydentów – to jednak zraziła wielu Ukraińców do Polski. By załagodzić spór, władze polskie zwolniły aresztowanych i zniosły kontrybucje. Ponadto na stanowisko wojewody wołyńskiego ponownie powołano Henryka Józewskiego, wielkiego zwolennika współpracy polsko-ukraińskiej. Józewski uważał, że Wołyń powinien stać się ukraińskim Piemontem. Wojewoda aktywnie włączył się w pojednanie polsko-ukraińskie, chcąc dać odpór zarówno propagandzie OUN, jak i komunistycznej – w szkołach dwujęzycznych język ukraiński stał się obowiązkowy, wspierano powstawanie szkół wyłącznie ukraińskojęzycznych, popierano organizacje ukraińskie.

Reklama
Reklama

Zelektryfikowano wszystkie większe miasta i poprawiono komunikację przez rozbudowę kolei i dróg. Józewski osobiście dbał, by dotowano ukraińskie teatry, koła wiejskie i biblioteki. Nawet kazał wieszać portrety Symona Petlury, przywódcy Ukraińskiej Republiki Ludowej. Wśród współpracowników wojewody znalazło się wielu byłych ukraińskich działaczy państwowych, m.in. adiutant Petlury, Stepan Skrypnyk.

Wojewoda Józewski nie był jedyny. W Polsce znajdowało się dość szerokie grono ludzi, którzy dążyli do porozumienia z Ukraińcami. OUN właśnie ich wzięła na celownik, by uniemożliwić wszelkie negocjacje. 29 sierpnia 1931 r. dwóch terrorystów OUN – Dmytro Danyłyszyn i Wasyl Biłas – zamordowało w Truskawcu posła Tadeusza Hołówkę, działacza ruchu prometejskiego. Miał zostać mianowany nowym wojewodą lwowskim, aby wypracować model współpracy polsko-ukraińskiej. Niedługo później, 22 marca 1932 r., bojówkarze OUN zamordowali komisarza Emiliana Czechowskiego, prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci posła.

Jeszcze większym echem odbiło się postrzelenie w biały dzień (15 czerwca 1934 r.) na ulicy Foksal w centrum Warszawy ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Jego wybór był nieprzypadkowy: Pieracki był zwolennikiem porozumienia z bardziej umiarkowanymi Ukraińcami, a jednocześnie nieprzejednanym wrogiem terroryzmu OUN. Kilka dni wcześniej odbył zresztą podróż po terenach Galicji i Wołynia, spotykając się z Ukraińcami. Morderca, terrorysta OUN, Hryhorij Maciejko, strzelił ministrowi trzy razy w tył głowy, gdy ten zmierzał w stronę znanego wówczas Klubu Towarzyskiego. Minister zmarł tego samego dnia mimo udzielonej natychmiast pomocy.

Niedługo później, 25 lipca 1934 r., od kul bojówkarza OUN, Mychajło Cara, zginął Iwan Babij, dyrektor ukraińskiego gimnazjum we Lwowie, w przeszłości oficer Ukraińskiej Armii Halickiej, znany z nieprzejednanej wrogości do terrorystów OUN i zwalczający udział swoich uczniów w tej organizacji. Choć otrzymywał pogróżki, a nawet go dwukrotnie pobito, zeznawał na procesach przeciwko działaczom OUN i pomagał polskim władzom.

Reklama
Reklama

Śmierć ministra Pierackiego wzbudziła taki szok, że władze polskie przeprowadziły szeroko zakrojone aresztowania w szeregach ukraińskich nacjonalistów. W ten sposób przed sądem stanęli liderzy OUN, a jednocześnie zleceniodawcy zamachu na ministra – Stepan Bandera i Mykoła Łebedź. Ci na procesie zachowywali się jak fanatycy: tupali i wrzeszczeli po ukraińsku, odmawiali zeznawania po polsku, a wchodząc na salę sądową, wyciągali rękę w faszystowskim salucie i krzyczeli „Sława Ukrajini!”. Proces zakończył się w styczniu 1936 r. Skazano ich na kary śmierci, zamienione później na dożywocie.

Na procesie Bandera przyznał się, że OUN zaplanowała i przeprowadziła wiele zamachów na polskich i ukraińskich działaczy. Co więcej, powiedział też, że OUN miała w planie zamach na wojewodę Henryka Józewskiego – tego samego, którego Ukraińcy mogliby nazywać swoim dobrodziejem na Wołyniu. Tym samym Wołyniu, na którym kilka lat później nacjonaliści ukraińscy dokonali straszliwej rzezi dziesiątek tysięcy Polaków.

To jeszcze jeden przykład pokazujący, że to wcale nie jakieś „złe traktowanie” doprowadziło do rzezi Polaków.

Tu warto jeszcze podkreślić, że UWO, a potem OUN nigdy nie były ani masowymi, ani oddolnymi ukraińskimi organizacjami. Szacuje się, że należało do nich ok. pięciu tysięcy osób, co w liczbie czterech i pół miliona Ukraińców mieszkających w Polsce było wartością śladową. Co więcej, od momentu swojego powstania aż do 1934 r. organizacje ukraińskie były silnie wspierane przez niemiecki wywiad, Abwehrę. Przeszkolenia dla dywersantów odbywały się w ramach niemieckiej armii, a w Monachium, Królewcu i Gdańsku utworzono dla nich tajne kursy. W zamian Ukraińcy mieli prowadzić działalność wywiadowczą na rzecz Niemiec. UWO i OUN były wspierane także przez wywiad czechosłowacki, litewski, a nawet przez pewien czas – także sowiecki (który usiłował wykorzystać nacjonalistów do destabilizacji Polski). Oznacza to, że była to po prostu zagraniczna agentura, a nie żadna oddolna organizacja.

Reklama
Reklama

Mit trzeci: Polacy burzyli cerkwie

Wiosną i latem 1938 r. rzeczywiście miała miejsce akcja rewindykacyjno-polonizacyjna na Chełmszczyźnie, podczas której zburzono kilkadziesiąt cerkwi.

Należy jednak przypomnieć, że znaczna część terenów Kresów Wschodnich – na czele z Chełmszczyzną – była przed 1918 r. częścią zaboru rosyjskiego. Cerkwie prawosławne budował rosyjski zaborca jako element walki kulturowej. Świetnym i dobrze znanym tego przykładem był Sobór św. Aleksandra Newskiego w Warszawie, błyskawicznie zburzony po odzyskaniu niepodległości w latach 20. Na terenach wschodnich cerkwi było jeszcze więcej. Przykładowo, wg spisu wyznaniowego z 1906 r., w powiecie chełmskim mieszkało 70,884 tys. katolików i 58,870 tys. prawosławnych. Znajdowało się tam jednak tylko 11 kościołów i aż 47 cerkwi. W 1921 r. w samym tylko Chełmie znajdowało się aż 12 cerkwi, chociaż miasto zamieszkiwało 9,492 tys. katolików i tylko 1,369 tys. prawosławnych.

Wiele z tych obiektów było budowanych tylko dla rosyjskich garnizonów wojskowych i rodzin rosyjskich urzędników. Wraz z klęską Rosji w I wojnie i odpływem Rosjan w 1915 r. cerkwie opustoszały. W okresie II Rzeczpospolitej utrzymywanie pustych, nieużywanych obiektów było dużym obciążeniem dla samorządów.

Sytuację komplikował fakt, że władze carskie w 1875 r. zlikwidowały unicką diecezję chełmską w ramach walki kulturowej pod zaborami. Wiernych zmuszono do przejścia na prawosławie, zlikwidowano ich obrzędy, a majątek przejęła Cerkiew prawosławna. Doprowadziło to do likwidacji Kościoła unickiego, będącego częścią Kościoła katolickiego. Nic więc dziwnego, że cerkwie w Polsce postrzegano jako symbole rosyjskiej dominacji, imperializmu carskiego i niewoli.

Reklama
Reklama

Po odzyskaniu niepodległości katolicy domagali się zwrotu 880 cerkwi z ogólnej liczby 3100. Z tego 240 stanowiły odebrane kościoły katolickie, a 640 – pounickie. Do 1924 r. rewindykowano 140 obiektów. Dochodziło przy tym do spięć, gdy katolicy samowolnie usiłowali odbierać utracone świątynie.

Akcja rewindykacyjna była prowadzona od maja do lipca 1938 r. siłami 3. Dywizji Piechoty Legionów pod nadzorem gen. Bruno Olbrychta (swoją drogą, po II wojnie światowej gorliwego współpracownika komunistów w zwalczaniu podziemia niepodległościowego). W jej toku zamknięto i zburzono od 91 do 127 cerkwi wybudowanych lub wyświęconych po 1875 r., z których wiele było nieużywanych i pustych. Akcję prowadzono jednak zbyt chaotycznie i przynajmniej kilkukrotnie zburzono cerkwie, które były czynne i wykorzystywane przez wiernych. Dochodziło też do bezczeszczenia świątyń. Spotkało się to z dużymi protestami w kraju środowisk nie tylko ukraińskich, ale też polskich, wobec czego akcję wstrzymano.

Jednak zburzenie około stu cerkwi ma niewielki związek z Wołyniem i UPA. Na Chełmszczyźnie UPA pojawiła się późno, bo dopiero wiosną 1944 r. Do zbrodni zachęcało UPA głównie duchowieństwo greckokatolickie, a nie prawosławne. Znani Ukraińcy broniący cerkwi – jak posłowie UNDO Stepan Baran i Stepan Skrypnyk – nie znaleźli się potem w OUN i UPA. I żadne burzenie cerkwi nie może usprawiedliwiać masowej i brutalnej eksterminacji dziesiątek tysięcy ludzi, zwłaszcza kobiet i dzieci.

Mit czwarty: Żołnierze Wyklęci też dopuszczali się zbrodni

W ostatnich latach w polskojęzycznych mediach na sile przybrało porównywanie występków polskiego podziemia niepodległościowego po 1944 r. do działań UPA. Najczęściej do tego celu używa się kontrowersyjnej sprawy czynów 3. Brygady Wileńskiej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego kapitana Romualda Rajsa „Burego” (na zdjęciu) zimą 1946 r. na Podlasiu. Jednak porównywanie tych formacji jest całkowicie błędne.

Reklama
Reklama

Po pierwsze, polskie podziemie nigdy i nigdzie nie prowadziło systemowej akcji eksterminacyjnej, nawet znikomo podobnej do działań UPA. Choć sprawa kpt. Rajsa budzi do dzisiaj emocje, to nie można jej porównywać do wydarzeń na Wołyniu, choćby przez liczbę ofiar. W czterech spacyfikowanych wsiach białoruskich (Zanie, Szpaki, Zaleszany, Puchały Stare) z rąk polskich partyzantów zginęło w sumie 79 osób. Przy czym liczne źródła (na czele z artykułami dra Kazimierza Krajewskiego, eksperta od podziemia niepodległościowego i książką Michała Ostapiuka o kpt. Rajsie) wskazują, że w większości ofiary te były przypadkowe, a nie specjalnie wskazane przez żołnierzy NZW. Zginęły wskutek albo wymiany ognia, albo pożaru.

Nie było – jak chcieliby niektórzy – mordowania z powodu wyznawanej wiary prawosławnej czy białoruskiego pochodzenia. W oddziale kapitana Rajsa służyli prawosławni Białorusini i brali udział w tych działaniach. Na późniejszych procesach potwierdzano – czynili to zarówno oskarżeni członkowie podziemia, jak i mieszkańcy wsi – że akcje pacyfikacyjne miały związek z przyjaznym stosunkiem Białorusinów do władzy komunistycznej.

Tymczasem ludobójstwo na Wołyniu podyktowane było wyłącznie względami etnicznymi. Celem członków OUN i UPA było bowiem całkowite wyniszczenie ludności polskiej najpierw na Wołyniu, a potem w Małopolsce Wschodniej. Dążyli oni do unicestwienia nie tylko fizycznego poprzez ludobójstwo, ale także materialnego – przez zacieranie jakichkolwiek śladów polskości: niszczyli cmentarze, kościoły, kapliczki, by po polskich mieszkańcach nie pozostał żaden ślad. Członkowie OUN i UPA dokonywali masakr na polskiej ludności cywilnej niezależnie od wieku i płci – mordowali tak mężczyzn, jak kobiety i dzieci, i to jak najbardziej celowo, dobijając rannych, a nierzadko okrutnie pastwiąc się nad swoimi ofiarami.

Zwolennicy tego argumentu zdają się kompletnie nie zauważać, że nawet sztuczne zsumowanie wszystkich ofiar Żołnierzy Wyklętych – z wliczeniem zabitych przez nich pospolitych bandytów, konfidentów bezpieki czy członków zależnej od Moskwy Polskiej Partii Robotniczej – uznawanych za zdrajców – da sumę kilkadziesiąt razy mniejszą niż liczba tylko polskich ofiar UPA.

Reklama
Reklama

Tutaj jednak warto dodać jeden passus gwoli ścisłości. Rzeczywiście, oddziały polskiej partyzantki dopuszczały się zbrodni z przyczyn etnicznych i to stanowi podstawę do narracji o „konflikcie polsko-ukraińskim”, chętnie podnoszonej przez wielu ukraińskich historyków. Szczególnie widoczne było to wiosną 1944 r. w Małopolsce Wschodniej i Lubelszczyźnie, gdy polscy partyzanci pacyfikowali ukraińskie wsie. Najsłynniejszymi przykładami pozostają zbrodnie w Sahryniu 10 marca 1944 r. (zginęło od 150 do 600 osób), Pawłokomie 3 marca 1945 r. (zginęło od 150 do 366 osób) i Wierzchowinach 6 czerwca 1945 r. (podaje się liczbę 194 ofiar).

Przeczytaj także: Czy AK to rzeczywiście polska UPA? Fakty zamiast emocji

Tu trzeba jednak podkreślić, że mordy te były skutkiem, a nie przyczyną ludobójstwa Polaków na Wołyniu. Stanowiły rozpaczliwą reakcję na zbrodnie UPA i miały miejsce ponad rok po rozpoczęciu rzezi Polaków. Akcje odwetowe były aktem desperacji polskich oddziałów podziemnych, które liczyły, że w ten brutalny sposób skłonią kierownictwo UPA do zaprzestania mordowania Polaków. Warto dodać, że działania te były dziełem nie tylko kojarzonych z „prawicą” Żołnierzy Wyklętych z Narodowych Sił Zbrojnych lub Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, ale także z Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich.

Licznych zbrodni na Ukraińcach, popełnianych w latach 1945–1947, dopuszczali się także funkcjonariusze formacji komunistycznych: Milicji Obywatelskiej, „ludowego” Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Wojsk Ochrony Pogranicza. Największą ich masakrą pozostaje rzeź w Gorajcu 6 kwietnia 1945 r., gdy żołnierze 2. Batalionu Operacyjnego KBW zamordowali 174 Ukraińców. Jest to oczywiście ciemna i tragiczna karta w historii stosunków polsko-ukraińskich, ale nie można zapominać, że nie doszłoby do niej, gdyby UPA nie rozpoczęła ludobójstwa na Polakach w 1943 r. Nie można porównywać też tych zjawisk z powodu skali: liczba ofiar polskich akcji odwetowych była wielokrotnie mniejsza od zbrodniczych działań UPA.

Reklama
Reklama

Mit piąty: to robota Sowietów, a nie UPA

Argument ten rzeczywiście pojawił się w debacie publicznej. Jego orędownikiem jest m.in. ukraiński historyk Bohdan Huď. Wskazuje on, że ludobójstwo wołyńskie było dziełem sowieckich grup wywiadowczych, przebranych za członków UPA, po to by sprowokować Polaków i wywołać polsko-ukraińską wojnę domową.

W rzeczywistości legenda ta nie ma nic wspólnego z prawdą. Sowieckie grupy pozorowane, udające oddziały UPA, faktycznie istniały, ale pojawiły się znacznie później. Na początku 1943 r. Sowieci nie mieli bladego pojęcia, czym jest UPA, nie byli w stanie jej zinfiltrować, a tym bardziej współdziałać. Gdy doszło do ludobójstwa, sowieccy partyzanci byli tak samo zaskoczeni, jak Polacy.

W dokumentach sowieckiej partyzantki na Wołyniu – nadal niezbyt licznej, acz rosnącej w siłę latem 1943 r. – jest to wyraźnie widoczne. Jeden z dowódców brygad w odezwie skierowanej do swoich ludzi w tym właśnie czasie mówił:

Reklama
Reklama

– Drodzy towarzysze, sprawa jest szczególnie przykra dla nas, Ukraińców, których niemało przecież znajduje się w szeregach partyzanckich. Bo przecież to, co się dzieje, te wszystkie zbrodnie, popełniają nasi bracia – Ukraińcy. Wprawdzie my moglibyśmy sobie tłumaczyć, że robią to bandyci, faszyści, z którymi nie chcemy mieć nic wspólnego, ale przecież w ten sposób nie można uspokoić własnego sumienia.

Co więcej, w ukraińskich wsiach sowieccy partyzanci byli traktowani wrogo, choć wśród nich istotnie było wielu Ukraińców. To skłoniło tę formację do współpracy z polskimi wsiami. Należy też pamiętać, że około pięciu–siedmiu tysięcy Polaków znalazło schronienie w sowieckich oddziałach partyzanckich, a wiele wsi polskich znalazło swoją ochronę pod skrzydłami jej bojowników. Co dla wielu z nich – jak choćby Huty Pieniackiej, wsi wymordowanej w lutym 1944 r. – skończyło się tragicznie, gdy Niemcy uznali osady, w których chronili się Sowieci, za „skażone bandytyzmem”.

Profesor Grzegorz Motyka pisał:

– Hipoteza ta nie znajduje żadnego potwierdzenia w źródłach, dlatego należy ją zdecydowanie odrzucić. Wśród setek ataków na polskie miejscowości nie sposób wskazać żadnego, który można by przypisać Sowietom. Za to wszędzie tam (także w wypadku mordu w Parośli [w lutym 1943 r., pierwszym miejscu zbrodni UPA]), gdzie udało się ustalić tożsamość sprawców, okazali się nimi banderowcy.

Reklama
Reklama

Mit szósty: rzeź wołyńska była chłopskim buntem przeciw polskim ciemiężycielom

Argumentację taką przedstawia m.in. były prezes Ukraińskiego IPN, Wołodymyr Wjatrowycz, którego tezy zostały obalone już kilkanaście lat temu przez prof. Motykę. Mit ten wziął się z narracji byłych członków UPA, którzy po wojnie usiłowali usprawiedliwić swoje zbrodnie m.in. we własnych publikacjach. UPA celowo nadała ludobójstwu pozory chłopskiego buntu, „nowej koliszczyzny”, by sprawić wrażenie masowego poparcia dla swych celów, co wynikało z rozkazów samego Dmytro Klaczkiwskiego i Romana Szuchewycza.

Przeczytaj także: Rokita o odebraniu orderu Zełenskiemu. „To może mieć odwrotny skutek, niż chcieliśmy”

Tymczasem głównym powodem ludobójstwa była inspiracja UPA. Ta zwyczajnie „prowadziła mobilizację”, wygarniając ukraińskich mężczyzn ze wsi, uzbrojonych w widły, siekiery i młotki, by wzięli udział w rzezi. Nierzadko pod groźbą śmierci. Skuszono również chłopów „reformą rolną” z sierpnia 1943 r., obiecując Ukraińcom rozdział ziemi po zamordowanych Polakach. Zachęcano ich także obietnicami rozdania majątku ofiar. Lata wojny i okupacji spowodowały znaczne zubożenie ludności. Skalę tego pokazuje fakt, że w trakcie zbrodni… brakowało nawet zapałek do podpalania chat, a ich rozdawanie UPA skrupulatnie wyliczała.

Dodatkowo chłopstwo zachęciła Cerkiew greckokatolicka, nadając rzezi wymiar sakralny – nawet święcąc narzędzia zbrodni i rozgrzeszając jej uczestników. Wszystkie te działania były wyłącznie z inspiracji UPA. Nie jest znany ani jeden przypadek, by ukraińscy chłopi sami z siebie napadli na jakąś polską miejscowość.

Reklama
Reklama

Profesor Motyka:

– Nie tylko nie stwierdzono ani jednego przypadku, w którym [ukraińscy] chłopi samodzielnie dopuszczali się masowych mordów, ale często można zaobserwować sytuacje odwrotne, kiedy to UPA mobilizowała miejscową ludność do napadów na polskie osady.

Mit siódmy: Ukraińcy mścili się na Polakach

Chociaż znajduje się on na końcu, jest to w rzeczywistości najpopularniejszy z mitów funkcjonujących wokół tematu Wołynia, najczęściej w towarzystwie któregoś z wyżej wymienionych argumentów. W rzeczywistości jest to całkowita nieprawda, wynikająca z niezrozumienia doktryny OUN i światopoglądu liderów UPA.

Nacjonaliści ukraińscy nie walczyli przeciwko „polskiej dominacji”, choć rzeczywiście najczęściej o Polakach wspominali, mówiąc o „oddzieleniu ukraińskiej pszenicy od polskiego kąkola”. Wynikało to jednak z faktu, że Polacy byli najliczniejszą po Ukraińcach grupą etniczną na Wołyniu i stanowili 16,6 proc. populacji, tj. 340 tys. mieszkańców przed wojną (Ukraińcy to 69 proc. populacji Wołynia i 1,43 mln ludności przed wojną).

Reklama
Reklama

Jednak nie tylko Polacy padali ofiarami ludobójstwa. Nacjonaliści ukraińscy brali udział w eksterminacji ludności żydowskiej – najpierw u boku Niemców w ramach kolaboracyjnej Ukraińskiej Policji Pomocniczej, a potem w szeregach UPA. Dochodziło przy tym nierzadko do tragicznych wydarzeń, gdy uciekający z miast przed Niemcami Żydzi byli wyłapywani w lasach i na bagnach przez Ukraińców i przez nich bezlitośnie mordowani. Taki los spotkał ok. 70 Żydów w lasach pod Kowlem i 100 pod Równem.

Zdarzało się także, że Żydzi, ukrywani po wsiach przez Polaków, ginęli wraz z nimi, np. we wsi Lipniki 26 marca 1943 r. obok setki Polaków zamordowano czterech ukrywanych przez polską rodzinę Żydów. Dopiero we wrześniu 1944 r. – gdy już większość Żydów była wymordowana – kierownictwa niektórych okręgów UPA wydały rozkazy, by powstrzymać działania antyżydowskie. Szacuje się, że z rąk UPA zginęło ok. dwóch–trzech tysięcy Żydów. Liczba może wydawać się niska, ale należy pamiętać, że ludobójstwo na Wołyniu miało miejsce już po zakończeniu eksterminacji Żydów przez Niemców.

Co ciekawe, byli członkowie UPA po wojnie zdawali sobie sprawę, że kwestia Żydów może im zaszkodzić w budowaniu własnego obrazu wojowników o wolność i dlatego wykreowali postać nieistniejącej „Stelli Krencbach” – Żydówki rzekomo ocalonej przez UPA i służącej jako sanitariuszka w jednym z oddziałów. Po wojnie miała mieszkać w Izraelu i pracować w izraelskim MSZ, ale żadne źródło nie potwierdziło istnienia takiej osoby. Legenda „Stelli” okazała się tak trwała, że jeszcze w 2010 r. bardzo popularna ukraińska pisarka Oksana Zabużko wydała książkę „Muzeum porzuconych sekretów”, której główną bohaterką jest Żydówka w UPA, wzorowana na tej właśnie postaci.

Obok Polaków i Żydów z rąk UPA ginęli także Czesi wołyńscy, zamieszkujący Wołyń od XIX wieku. Symbolem ich walki stało się miasteczko Kupiczów, atakowane 12 i 22 listopada 1943 r. Ogółem w toku rzezi zginęło co najmniej 342 Czechów. Oprócz nich śmierć dosięgła także nielicznych na Wołyniu Ormian (zamordowano ok. 200 osób), Rosjan (130–150 osób) i Romów. Ci ostatni, by przeżyć, starali się udawać ukraińskich Cyganów. Powyższe fakty nie przebijają się skutecznie do powszechnej świadomości, bowiem Polaków w ludobójstwie zginęło najwięcej i głównie Polacy starają się to upamiętniać.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Konferencja w Gdańsku bez Zełenskich. Premier Tusk tonuje emocje przed szczytem

Wszystkie nacje, które OUN uznawała za wrogie, podlegały eksterminacji bądź wypędzeniom po ustanowieniu niepodległego państwa ukraińskiego. Ukrainę – wyobrażaną sobie od Wisły po Wołgę – mieli zamieszkiwać wyłącznie czyści etnicznie Ukraińcy. W swym przerażającym szowinizmie UPA niekiedy zmuszała do mordowania mężów czy żon, a także synów czy córek w mieszanych małżeństwach polsko-ukraińskich. Było bowiem przyjęte, że w małżeństwie mieszanym, gdzie ojciec jest Ukraińcem, a matka Polką, synowie są Ukraińcami, a córki – Polkami.

Pod groźbą śmierci zmuszano więc rodziny do mordowania siebie nawzajem – choć trzeba przyznać, że zdarzało się to stosunkowo rzadko. Małżonkowie woleli uciec bądź zginąć razem, aniżeli zamordować jedno drugiego.

Mit ósmy: Ukraińcy masowo brali udział w ludobójstwie i mity polskiej „narodowej prawicy”

Trzeba być jednak sprawiedliwym i podkreślić, że nie tylko szeroko pojęta lewica ma swoje mity na tematy wołyńskie.

Reklama
Reklama

Jednym z czołowych mitów, powielanych przez „narodową prawicę”, a dotyczących Wołynia, jest przekonanie, że większość Ukraińców zamieszkujących Kresy uczestniczyła w tych zbrodniach.

W rzeczywistości w mordach na ludności polskiej uczestniczyło – dobrowolnie bądź pod przymusem – nie więcej niż 35–45 tysięcy ludzi. Wydaje się to dużą liczbą. Jednak należy brać pod uwagę, że tereny Wołynia i Małopolski Wschodniej zamieszkiwało około czterech i pół miliona Ukraińców. Okazuje się zatem, że poparcie dla działań UPA nie było tak masowe, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że część ludności została do tych zbrodni zmuszona.

Trzeba też dobitnie podkreślać, że pewna – do dziś nieustalona dokładnie – liczba Ukraińców nie tylko nie brała udziału w mordach na ludności polskiej, ale i starała się jej pomagać. Mówi się o co najmniej 384 osobach, bo tyle zginęło na pewno za udzielanie pomocy Polakom. Inne szacunki mówią o 1341 lub 1482 Ukraińcach, którzy ocalili co najmniej 2527 Polaków. Liczba ta może wydawać się mała – tak jak mała może wydawać się liczba 7232 Polaków uhonorowanych tytułem „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata” za ratowanie Żydów.

Reklama
Reklama

Obie grupy podejmowały ogromne ryzyko, udzielając pomocy. Ryzyko śmierci nie tylko własnej, ale i całej swojej rodziny. Nie można więc takiego heroizmu wymagać i oczekiwać od wszystkich. A trzeba wiedzieć, że w odróżnieniu od Polaków – Ukraińcy nawet po wojnie nie mogli się przyznać, że kogoś ratowali. Występowali wszak przeciwko swoim rodakom. W oczach nacjonalistów i swoich sąsiadów stawali się „zdrajcami”. Wielu przypłaciło to życiem, inni pozostali anonimowi na zawsze – nawet dla tych, których ocalili.

Przeczytaj także: Ukraina chce dialogu z Polską. „Partnerskie, uczciwe i wzajemnie korzystne relacje”

Przypisywanie zresztą odpowiedzialności za Wołyń wszystkim Ukraińcom jest niedorzeczne o tyle, że liczni obywatele tej nacji, zamieszkujący tereny centralnej czy wschodniej Ukrainy – która była częścią ZSRR przed wojną – nie mają absolutnie nic wspólnego z Wołyniem czy UPA. Wychowali się na kulcie Związku Radzieckiego. Ich przodkowie – jeśli brali udział w II wojnie światowej – to najprawdopodobniej z banderowcami walczyli w szeregach… Armii Czerwonej.

W oczach narodowej prawicy sprawa Wołynia nabrała niesamowicie wielkiej wagi po 2022 r. i urosła do rangi bodaj największej zbrodni na Polakach, przywoływanej przy każdej okazji. Nastąpiło to kosztem upamiętniania innych zbrodni, szczególnie sowieckich. Stąd też – poza powyższym argumentem – pojawia się niejednokrotnie pomnażana liczba polskich ofiar. Przedstawiane są szacunki mówiące o 200, 300, a nawet 500 tys. zamordowanych Polaków. Tę ostatnią liczbę podał były prezydent Ukrainy, Łeonid Krawczuk w 1992 r. Jest to absurdalne o tyle, że takiej liczby Polaków nie było na Wołyniu nawet przed wojną.

Reklama
Reklama

Ponadto w toku okupacji dziesiątki tysięcy Polaków opuściło Wołyń i Małopolskę Wschodnią – czy to wskutek sowieckich deportacji do Kazachstanu i na Syberię w okresie 1939–1941, czy to wywózek na roboty do Niemiec podczas hitlerowskiej okupacji. Wielu ludzi straciło życie w wyniku zbrodni dokonywanych przez Sowietów w 1939 i 1941 r. oraz przez Niemców w okresie 1941–1943.

W październiku 1943 r., już po letniej, największej fali mordów, okręgowy delegat rządu na Wołyniu szacował liczbę polskiej ludności na ok. 170 tys., czyli około połowę mniej niż przed wojną. Prof. Grzegorz Motyka, Ewa i Władysław Siemaszko czy prof. Grzegorz Hryciuk szacują całkowitą liczbę ofiar wołyńskich na nie więcej niż 120 tysięcy zamordowanych.

Tu trzeba wspomnieć, że Krawczuk dożywotnio był komunistą, a w okresie ZSRR pełnił funkcję przewodniczącego Rady Najwyższej Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W jego interesie i światopoglądzie mieściło się oczernianie przeciwników politycznych z zachodniej, nacjonalistycznej Ukrainy. Dlatego jego twierdzenia należałoby traktować z dużym dystansem.

„Narodowa prawica” bardzo chętnie także rozszerza ukraińskie ludobójstwo na całe lata 1939–1947. W rzeczywistości rzeź na Polakach miała miejsce wyłącznie w latach 1943–1945. Dla wyjaśnienia – we wrześniu 1939 r. rzeczywiście doszło do serii antypolskich wystąpień Ukraińców, po części inspirowanych przez Niemców, po części inspirowanych przez Sowietów, a w największej mierze wywołanych rozpadem polskiej administracji na Kresach Wschodnich, klęską Wojska Polskiego i przyziemnym pragnieniem wzbogacenia się kosztem Polaków.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Mocny wpis prezydenta. Pisze o „narzucaniu woli narodu”

Uzbrojone bandy Ukraińców napadały więc na pojedynczych żołnierzy i policjantów, mordowały chorych i rannych czy grabiły polskie gospodarstwa rolne i dwory. Jednak do takich samych wystąpień, w których uczestniczyli Białorusini i Żydzi, dochodziło w północno-wschodnich regionach Polski. Nikt jednak nie usiłuje przedstawiać tej wolty jako ludobójstwa. Pojedyncze zbrodnie ukraińskie na Polakach miały też miejsce w latach 1941–1942, ale nie przybrały one charakteru masowego. Z kolei od wiosny 1945 r. ukraińscy nacjonaliści wstrzymali działania ludobójcze wymierzone w Polaków.

Po pierwsze dlatego, że w dużej mierze, niestety, osiągnęli swój cel i Kresy zostały mocno zdepolonizowane. Nie tylko wskutek zbrodni, ale też z powodu ustaleń podjętych podczas konferencji w Jałcie w lutym 1945 r. Kresy Wschodnie trafiły w ręce ZSRR i Polacy je masowo opuszczali, także pod naciskiem sowieckich władz. Paradoksalnie więc wrodzy sobie bolszewicy i banderowcy mieli wspólny cel. Jednocześnie ukraińscy nacjonaliści zdali sobie sprawę, że stanęli przed widmem walki z potężnym sowieckim aparatem bezpieczeństwa i to stało się głównym motorem ich działań.

Reklama
Reklama

Zaczęli więc szukać dróg porozumienia z Polakami, wypracowania neutralności, a nawet współpracy. Można by rzec – rychło w czas. Choć porozumienia te były krótkotrwałe i jedynie lokalne, to od lata 1945 r. ukraińskie zbrodnie na polskiej ludności cywilnej miały już charakter incydentalny.

Sumując wszystkie powyższe stwierdzenia i mity, można dojść do przekonania, że tak jak na Wołyniu nie została uporządkowana sprawa polskich mogił, tak i narracja dotycząca ludobójstwa na Polakach jeszcze przez długi czas pozostanie sporna i kontrowersyjna. I to nawet nie na linii Polska–Ukraina, a w konflikcie wewnątrzpolskim, między samymi Polakami. Obie strony sporu – w zależności od swoich poglądów politycznych i celów – instrumentalnie używają morderstw na tysiącach Polaków, by wywoływać skrajne emocje. Historia jednak nie jest ani prosta, ani łatwa w ocenie.

To suma niejednoznaczności i należy o nich przypominać. Możemy mieć tylko nadzieję, że kolejna rocznica ludobójstwa wołyńskiego przyniesie wreszcie ukojenie i uspokojenie – tak we wzajemnych relacjach, jak i w dyskursie historycznym. Wierzę głęboko w ekshumacje moich rodaków i pojednanie. I tego nam wszystkim życzę.

 

Źródło: Magazyn Zero
Andrzej Matowski
Andrzej MatowskiHistoryk, autor strony "II wojna światowa w kolorze". W Zero.pl najczęściej patrzę na współczesne wydarzenia z perspektywy historycznej - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama