Reklama
Kultura

Polskie dzieciństwo na sprzedaż. Od Tytusa do Wiedźmina

Na aukcjach internetowych stare komiksy, gry i kasety osiągają ceny, które jeszcze niedawno wydawałyby się absurdalne. Kupujący nie płacą jednak za papier, plastik czy karton. Płacą za emocje. Polska nostalgia ma szczególny rodowód: wyrasta z doświadczenia niedoboru i z czasu, gdy jeden zeszyt „Spider-Mana” potrafił znaczyć więcej niż cała półka współczesnych produktów.

Michał Chudoliński
Opinia autorstwa: Michał Chudoliński
Dzisiaj 10:36
13 min
Aktualizacja: Dzisiaj 12:20
Okienko na Zachód z lat 90. zamknięte w czarnym plastiku. Taśmy VHS, choć podatne na ząb czasu, dla wielu pozostają najbardziej autentycznym nośnikiem popkulturowych wspomnień. (fot. Andrzej Zbraniecki / East News)
TYLKO NA
  • Polska nostalgia popkulturowa nie narodziła się z nadmiaru, lecz z bolesnego braku i transformacyjnego chaosu lat 90. Dzisiejsze drogie reedycje to próba materialnego odkupienia marzeń, na które nasze poturbowane przez system rodziny nie mogły sobie wtedy pozwolić.
  • Amerykańskich superbohaterów konsumowaliśmy w postaci przypadkowych, wyrwanych z kontekstu odprysków, tworząc z nich własne popkulturowe uniwersum. Równolegle polska szkoła komiksu (Tytus, Thorgal) uczyła nas sprytu, humoru oraz udowadniała, że twórcy stąd mogą należeć do wielkiego świata.
  • Współczesna ekonomia sentymentu sprytnie pakuje dawne emocje w limitowane edycje, wygładzając brutalną rzeczywistość tamtych lat. Ta biznesowa machina rzadko pyta o ciemną stronę transformacji: piractwo, biedę i wykluczenie tych, którzy stali z boku.

Na stoisku kolekcjonerskim ktoś wyciąga pożółkły zeszyt „Batmana” z TM-Semic. Papier jest cienki, okładka ma starty róg, grzbiet pamięta więcej plecaków niż bibliotek. Sprzedawca wkłada komiks w folię, jakby zabezpieczał rodzinny dokument. Pada cena. Nie pasuje do przedmiotu, ale pasuje do emocji. To nie pierwszy amerykański druk z lat 40., lecz zwykły numer z polskiego kiosku z lat 90. Taki, który leżał obok gumy Donald, „Bravo”, papierosów i krzyżówek. Można go było kupić za kieszonkowe albo przegapić, bo rodzice akurat nie mieli drobnych.

Przeczytaj także: Kongres Zero: Wiśniewski szczerze o wizerunku „Jestem dzieciorobem i hazardzistą”

Dziś podobne przedmioty wracają jako relikwie: fotografowane, licytowane, pakowane w folie, ustawiane na półkach jak prywatne dowody. Polska nostalgia popkulturowa to nie zwykłe wspominanie dzieciństwa. To emocja uformowana przez niedobór PRL-u, chaos transformacji oraz spóźniony dostęp do Zachodu. Kiedyś brakowało komiksów, gier i pełnych opowieści. Dziś ten brak wraca jako rynek wznowień, gadżetów, konwentów i edycji kolekcjonerskich. Nostalgia bywa czułością wobec własnego życia. Problem zaczyna się wtedy, gdy pamięć zostaje zastąpiona produktem.

Reklama
Reklama

Kiosk jako pierwsze okno na świat

Dla dziecka z początku lat 90. kiosk nie był tylko miejscem zakupu gazet i krzyżówek. Był terminalem do Zachodu. Między „Bravo”, gumą Donald i lokalnym dziennikiem pojawiali się Batman, Superman, Spider-Man, Punisher czy X-Men. Nie było pełnych serii, poradników ani chronologii. Były zeszyty, czasem wyrwane ze środka większej historii, czytane bez pewności, co zdarzyło się wcześniej i co stanie się później.

W tej niepełności tkwiła siła doświadczenia. Polska nie konsumowała zachodniej popkultury jako gotowego systemu. Składała ją z odprysków: komiksu z kiosku, plakatu z czasopisma, kasety VHS od kuzyna, odcinka kreskówki u kogoś z lepszą anteną, gry na komputerze kolegi. Zachód nie był półką pełną towaru, lecz obietnicą dostępną przez szczeliny.

TM-Semic stał się więc dystrybutorem wyobraźni. Dawał historie i poczucie udziału w świecie dotąd odległym i bogatszym. Gdy stare zeszyty wracają na aukcje, sprzedaje się nie tylko papier, ale także pierwszy kontakt z Gotham, Metropolis i Nowym Jorkiem Marvela. Dlatego polska nostalgia różni się od zachodniej. W Stanach można tęsknić za nadmiarem. W Polsce często tęskni się za jedną rzeczą, której nie udało się zdobyć.

Reklama
Reklama

Niedobór jako maszyna wyobraźni

Niedobór był jedną z najważniejszych maszyn wyobraźni końca PRL-u i pierwszych lat transformacji. Nie chodziło tylko o biedę ani puste półki, lecz o asymetrię pragnienia. Dziecko widziało, że gdzieś istnieje większy świat: kolorowy, seryjny, komiksowy i filmowy. Docierały do niego jego fragmenty: reklama w zagranicznym piśmie, kaseta z wypożyczalni, katalog Lego, komiks z Niemiec, gra u kolegi.

Dlatego zachodnia popkultura nie przyszła do Polski jako naturalny krajobraz. Przyszła jako obietnica. Komiks, kaseta, album, gra czy figurka łatwo stawały się czymś większym niż towar. Były dowodem udziału w świecie, który wcześniej był „gdzie indziej”. Kto miał numer „Spider-Mana”, ten miał nie tylko zeszyt z historią. Miał kawałek świata, do którego inni ustawiali się wzrokiem w kolejce.

Przeczytaj także: Danny Glover ma Alzheimera. Gwiazdor „Zabójczej broni” ujawnia diagnozę

Ta nostalgia nie jest marzeniem o powrocie do PRL-u. Jest wspomnieniem tego, jak mocno działało pragnienie w świecie ograniczeń. Polska nostalgia rzadko mówi: „kiedyś było lepiej”. Częściej mówi: „kiedyś nawet mało znaczyło bardzo dużo”.

Reklama
Reklama

Tytus, Kajko i Kokosz: swojskość zamiast importu

Obok zachodniego importu istniały lokalne mitologie dzieciństwa. „Tytus, Romek i A’Tomek” oraz „Kajko i Kokosz” nie były tylko „polskimi komiksami dla dzieci”, skromniejszymi kuzynami Batmana czy Spider-Mana. Oferowały własny język, żart, swojski absurd i poczucie, że przygoda nie musi wydarzać się w Gotham, Metropolis albo Nowym Jorku. Może zacząć się w harcerskim zastępie, szkole albo słowiańskim grodzie.

W „Tytusie” ważna była technologia zrobiona z marzenia. Chmielewski zamieniał zwykłe przedmioty w pojazdy, maszyny i wynalazki, które pozwalały bohaterom przekraczać czas, przestrzeń i ograniczenia PRL-owskiej rzeczywistości. To nie była supertechnologia z laboratoriów Wayne Enterprises, lecz technologia sklecona z wyobraźni, humoru i absurdu. Pokazywała, że nawet w świecie reglamentowanym można wymyślić wyjście awaryjne.

Tej pamięci nie warto lukrować. „Tytus” był komiksem wolności zanurzonej w porządku: w hierarchiach, poleceniach, autorytecie A’Tomka i wychowawczej ramie harcerstwa. Bunt nie rozsadzał systemu, tylko przeciskał się przez jego język. Polska popkultura dziecięca nie była więc wyłącznie ubogim zastępnikiem Zachodu. Miała własne strategie przetrwania: żart, skrót, parodię i czułą swojskość.

Thorgal: polski Zachód, zachodni Polak

„Thorgal” ma w tej historii miejsce osobne. Nie był po prostu polskim komiksem, ale dla polskiego czytelnika nigdy nie był też zwykłym importem. Przychodził z Zachodu: w formacie albumu, z rozmachem europejskiej bande dessinée, z mitologią, kosmosem, sagą rodzinną i melancholią większą niż kioskowy zeszyt. A jednak za jego obrazami stał Grzegorz Rosiński. Polak. Ktoś stąd, kto rysował świat wyglądający jak część wielkiej europejskiej wyobraźni.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Jak Szkoci nauczyli nas kraść auta? Narodziny serii Grand Theft Auto

To dawało czytelnikom poczucie uznania. Album był zachodni, elegancki, poważny, daleki od szarości codzienności. Jednocześnie można było powiedzieć: nasz człowiek współtworzy ten świat. Nie tylko kupujemy cudze mity. Jesteśmy w środku obiegu. „Thorgal” przetrwał nie dlatego, że jest stary. Przetrwał, bo był dowodem, że można być stąd i jednocześnie należeć do większej kultury.

Wiedźmin: od kompensacji do eksportu

„Wiedźmin” odwraca tę opowieść. Przez lata Polska importowała mitologie: superbohaterów, fantasy, science fiction, kino akcji i gry. Zachód był miejscem, z którego przychodziły światy. W przypadku Geralta stało się odwrotnie. Polska fantastyka wyszła z magazynu, książki, konwentu i fandomowej rozmowy, a potem stała się globalnym towarem. Trafiła do gier, serialu, figurek, cosplayu, memów i sklepów z gadżetami.

Ale „Wiedźmin” nie jest ciekawy dlatego, że „Polacy podbili świat”. Taka opowieść szybko zmienia się w reklamę sukcesu. Ciekawsze jest coś innego: lokalne doświadczenie brudu, ironii, niedoboru, prowincji i nieufności wobec wielkich haseł okazało się zrozumiałe także poza Polską. Geralt nie wyrósł z czystej baśni o słowiańskości, tylko z mieszaniny mitu, cynizmu, przemocy historii, czarnego humoru i antyheroicznej wrażliwości. To bohater świata, w którym każdy mówi o przeznaczeniu, ale wszyscy negocjują cenę.

Reklama
Reklama

Dziś „Wiedźmin” jest marką. Ma logo, licencje, globalny obieg i własną półkę w popkulturowym supermarkecie. A jednak dla wielu czytelników i graczy pozostaje prywatnym śladem: „czytałem, zanim było modne”, „grałem, zanim zrobił to Netflix”, „znałem Geralta, zanim stał się produktem eksportowym”. Im bardziej „Wiedźmin” należy do świata, tym mocniej działa nostalgia za jego pierwszą, mniej korporacyjną wersją: opowiadaniami z prasy, starymi wydaniami książek, pierwszymi grami, forami i konwentami.

Przeczytaj także: Książki, których nikt dziś nie przeczyta. Niezwykły projekt w sercu Oslo

Ekonomia sentymentu

Najpierw dzieciństwo było przeżyciem. Potem wspomnieniem. Dziś coraz częściej jest segmentem rynku. Na polskiej nostalgii zarabiają wydawcy, którzy wznawiają klasyczne komiksy w twardych oprawach, integralach i edycjach kolekcjonerskich. Zarabia rynek wtórny: Allegro, OLX, grupy kolekcjonerskie, giełdy, antykwariaty. Tam zeszyt, który kiedyś leżał w kiosku obok krzyżówek, zmienia się w przedmiot licytacji, opisywany stanem papieru, rzadkością numeru i jakością grzbietu. Zarabiają organizatorzy imprez, budując strefy retro, spotkania z twórcami i wystawy.

Zarabiają platformy i producenci. Każdy powrót starego tytułu, adaptacja lub serial oparty na rozpoznawalnym bohaterze uruchamia podobny mechanizm: „pamiętasz?”. To jedno z najskuteczniejszych pytań marketingu. Nie trzeba od początku budować więzi z odbiorcą, skoro można odwołać się do więzi, która już istnieje. Koszulka, kubek, plakat, figurka czy limitowana okładka nie sprzedają wyłącznie rzeczy. Sprzedają dowód przynależności do pokolenia.

Reklama
Reklama

Nie chodzi o to, by robić z rynku czarny charakter. Rynek nie wymyślił tej nostalgii z niczego. Rozpoznał emocję i nauczył się ją obsługiwać. Fani także są częścią obiegu. Kupują, sprzedają, wymieniają, budują kolekcje, czasem inwestują, czasem chcą odzyskać fragment własnej biografii. Pytanie brzmi więc nie tylko: kto zarabia? Równie ważne jest: co właściwie kupujemy? Fabułę, stan zachowania, rzadkość, prestiż czy chwilę, w której jeden komiks znaczył więcej niż cała dzisiejsza półka wznowień?

Nostalgia jako pamięć, nie dekoracja

Nostalgia nie musi być infantylna. Nie zawsze oznacza ucieczkę w dzieciństwo ani odmowę dorosłości. Czasem jest próbą opowiedzenia własnej biografii przez przedmioty. Dla pokolenia dorastającego w latach 80. i 90. komiks, kaseta VHS, pudełko po grze czy album z kiosku są nośnikami pamięci: o rodzinie, pieniądzach, transformacji, pierwszym zachwycie i pierwszym „mnie na to nie stać”.

Polskie dzieciństwo ma swoje małe sensorium. Zapach gazetowego papieru. Plastik kasety. Logo TM-Semic. Kiosk Ruchu. Szkolną wymianę komiksów. Komputer u kolegi. Pudełko po „Wiedźminie”, które obiecywało więcej świata, niż mieściło się w pokoju. Te rzeczy nie są niewinne, bo wokół nich powstał rynek. Ale nie są też puste. Niosą emocje, których nie da się sprowadzić do ceny. Problem zaczyna się wtedy, gdy rynek podpowiada, że pamięć da się odzyskać w edycji limitowanej.

Ciemniejsza strona nostalgii

Nostalgia wybiera. Pamięta emocję, ale często wycina kontekst: biedę, kolejki, klasę społeczną, piractwo, brak dostępu i ciche wykluczenie tych, których nie było stać nawet na „tanie” dobra kultury. Łatwo dziś powiedzieć: „wszyscy to mieliśmy”. Tyle że to nieprawda. Nie wszyscy mieli komputer. Nie wszyscy mieli konsolę. Nie wszyscy mogli co miesiąc kupować komiksy. Nie wszyscy jeździli na konwenty, wymieniali kartridże, nagrywali kasety i kolekcjonowali albumy.

Reklama
Reklama

To ciemniejsza strona popnostalgii. Reedycje, kampanie reklamowe, wystawy, konwenty i albumy „dla dorosłych dzieci” tworzą obraz przeszłości bardziej spójny, cieplejszy i bogatszy, niż ona była naprawdę. Zostaje logo, okładka i zapach papieru. Znikają napięcia: kto miał dostęp, kto patrzył z boku, kto pożyczał, kto kopiował, kto tylko słuchał opowieści kolegów. Nostalgia mówi „pamiętasz?”, ale rzadko pyta:

Kogo wtedy nie było stać, żeby pamiętać razem z nami?

Finał

Na końcu ten pożółkły zeszyt znowu ląduje w folii. Kupujący jeszcze raz sprawdza okładkę, jakby nie płacił tylko za papier. Cena jest wyższa niż cały stos podobnych komiksów trzydzieści lat temu. Można się z tego śmiać, ale można też zobaczyć w tej scenie rachunek wystawiony transformacji.

To rachunek za brak, spóźnienie i pragnienie świata, który docierał do Polski w odcinkach, często bez instrukcji obsługi. Za Zachód składany z jednego komiksu, jednej kasety, jednego plakatu, jednego numeru magazynu, jednej gry u kolegi. Dlatego stare zeszyty, albumy, pudełka i figurki wracają dziś nie tylko jako towary, ale jako dowody osobiste pewnego pokolenia. Mówią: byłem tam, pamiętam, chciałem, czekałem, czasem nie mogłem sobie pozwolić.

Reklama
Reklama

Nostalgia nie jest sama w sobie winna. Bywa czułością wobec własnego życia, próbą uporządkowania biografii, powrotem do pierwszego zachwytu. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje pytać, czym naprawdę było tamto dzieciństwo. Gdy wycina z niego biedę, brak dostępu, klasowe różnice i poczucie, że ktoś inny zawsze miał trochę więcej. Gdy zamiast pamięci dostajemy jej wygładzoną wersję: w twardej oprawie, z limitowaną okładką, z dopiskiem „edycja kolekcjonerska”.

Polskie dzieciństwo lat 80. i 90. nie zniknęło. Zostało przepakowane, wycenione i wystawione na sprzedaż. Pamięć potrzebuje przedmiotów, ale przedmioty szybko znajdują sprzedawców. Najważniejsze pytanie nie brzmi: ile kosztuje dziś stary numer „Batmana”, „Tytusa” czy pudełko po „Wiedźminie”? Brzmi raczej: co próbujemy za tę cenę odzyskać?

Źródło: Zero.pl
Michał Chudoliński
Michał ChudolińskiKrytyk filmowy i komiksowy, autor książki „Mroczny Rycerz Gotham – szkice z kultury popularnej”, wykładowca Uniwersytetu Civitas, twórca podcastu „Gotham w deszczu”, Laureat Nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej - autor zewnętrzny