Reklama
Świat

Nie kryzys, lecz porażka. Jak Polska straciła wpływ na Ukrainę

Polska była dla Ukrainy bramą do Zachodu, lecz nie potrafiła wykorzystać tej pozycji. Dziś Kijów buduje własne mosty z największymi graczami Europy, a Warszawie pozostaje spór o symbole. Kryzys ten obnaża brak strategii i niewykorzystane możliwości państwa.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 18:41
9 min
Obecny kryzys w relacjach z Kijowem obnaża strukturalne słabości polskiej polityki wschodniej. (fot. Anadolu / Getty Images)
TYLKO NA
  • Polska, mimo posiadania kluczowych atutów, nie potrafiła zamienić materialnej zależności Ukrainy w realny wpływ polityczny na Kijów.
  • Podczas gdy Kijów buduje z Berlinem, Paryżem i Londynem twarde sojusze przemysłowo-obronne, relacje z Warszawą utknęły w infantylnej logice oczekiwania na wdzięczność i sporach o politykę historyczną.
  • Kolejne polskie rządy dały się uśpić pięknym gestom i przemówieniom zagranicznych przywódców, co doprowadziło do sytuacji, w której Polska została wykluczona z kluczowych formatów decydujących o przyszłej architekturze bezpieczeństwa regionu.

W najbliższych dniach (25–26 czerwca) w Gdańsku ma się odbyć Konferencja na rzecz Odbudowy Ukrainy. Pytania pozostają otwarte. Jaki odbiór będzie miała konferencja? Czy będzie kolejnym spotkaniem gadających głów, z którego deklaracji nic nie wynika? Czy w ogóle przedmiot konferencji będzie omawiany na odpowiednim do wagi sprawy szczeblu politycznym?

Cień na te pytania rzuca decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „bohaterów UPA”, a także polska odpowiedź w postaci „polityki orderowej”. Polityki, która doprowadziła do masowego zrzekania się polskich odznaczeń przez ukraińskich polityków i do odwołania przez Zełenskiego udziału w konferencji.

Reklama
Reklama

Ponieważ w Polsce temat naszej wrażliwości historycznej jest wyjątkowo delikatny, nie chcę skupiać się na samej narracji historycznej. Ta jest jasna. Przemawia za nią ponad 100 tys. polskich ofiar zamordowanych przez owych „bohaterów”.

Przeczytaj także: Niemieckie media o sporze Trumpa z Meloni: sygnał dla populistów

Problem w całej tej sytuacji polega jednak na tym, że oceniając decyzję Zełenskiego, nie powinniśmy zatrzymywać się wyłącznie na niej samej. Należy rozpoznać strukturę naszych wzajemnych relacji, która do niej doprowadziła. Powinniśmy zapytać, dlaczego Ukraina uznała, że może pozwolić sobie na taki gest wobec Polski.

Polskie karty

Obecny kryzys w relacjach polsko-ukraińskich nie jest wyłącznie sporem o pamięć historyczną. Jest objawem głębszego procesu, który ujawnia realny stan relacji między Warszawą a Kijowem. Pokazuje nie tylko to, jak Ukraina postrzega Polskę, lecz także to, jak Polska nie potrafi przełożyć własnych zasobów na siłę polityczną względem Kijowa i względem regionu.

Reklama
Reklama

Siła w polityce międzynarodowej nie istnieje abstrakcyjnie. Zawsze jest siłą względem kogoś. Od 2014 r., a zwłaszcza od 2022 r., Ukraina opiera się rosyjskiej agresji, nakładając na Rosję koszty, zdobywając doświadczenie wojenne, rozwijając własne technologie wojskowe i budując pozycję państwa, które zaczęło samodzielnie eksportować bezpieczeństwo dla Europy. To właśnie te czynniki sprawiły, że Ukraina w ostatnich latach odczuła wzrost własnej pozycji, nie tylko względem Rosji, lecz także wobec Polski i innych państw regionu.

Nie zmienia to faktu, że Ukraina nadal pozostaje w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia. Tocząc kolejny rok wojnę, potrzebuje zaplecza, dostaw, logistyki, przejść granicznych, infrastruktury oraz wsparcia politycznego i finansowego.

Patrząc na mapę Europy, z samej geografii można odczytać model tej strukturalnej zależności. Przynajmniej modelowo – choć polityka, szczególnie w Polsce, jest mało racjonalna – to Ukraina jest zależna od Polski, a nie odwrotnie. Sytuacja, do której sami doprowadziliśmy, polega więc na tym, że zależność materialna Ukrainy od Polski nie została przez Warszawę zamieniona w zależność polityczną. Kijów uznaje naszą rolę za potrzebną, lecz nie uznaje nas za państwo, którego interesy trzeba realnie uwzględniać przy podejmowaniu decyzji.

Reklama
Reklama

Ukraina jest więc od Polski zależna, ale nie obawia się Polski politycznie. W ukraińskim postrzeganiu polskie poparcie polityczne nie jest już bramą do Zachodu. Kijów zbudował sobie ponad naszymi głowami most łączący go z Berlinem, Paryżem, Londynem, państwami nordyckimi, państwami bałtyckimi czy instytucjami europejskimi.

Przeczytaj także: Czy AK to rzeczywiście polska UPA? Fakty zamiast emocji

Nie oznacza to jednak, że nasza pozycja jest przegrana ani że nie mamy „kart”. Mamy zasoby, z których Ukraina intensywnie korzysta od ponad czterech lat. Korzysta z naszego niezachwianego poparcia politycznego, które przekłada się między innymi na zgodę na pożyczki dla Ukrainy z UE. Korzysta także z bazy logistycznej wojskowego wsparcia w Jasionce, która obsługuje ukraiński wysiłek wojenny. Wydaje się, że należą one do najsilniejszych kart w naszych relacjach, choć nie wyczerpują całego polskiego instrumentarium wpływu. Inne karty znajdują się także w strukturach UE – np. przewodniczącego Rady Audytowej Instrumentu na rzecz Ukrainy, którą funkcję pełni Marek Belka.

Problem polega na tym, że państwo polskie nie potrafi nimi grać. Czasami zdaje się wręcz, jakby w ogóle nie znało zasad gry w polityce międzynarodowej. Wskazane zasoby nie stają się automatycznie siłą – stają się nią dopiero wtedy, gdy zostają podporządkowane strategii, spójnej woli politycznej i gotowości do wystawienia rachunku za lekceważenie naszych interesów.

Reklama
Reklama

Polska brama i ukraiński most

Pomoc udzielona Ukrainie w 2022 r. była w pełni racjonalna i zgodna z polskim interesem bezpieczeństwa. Schody zaczęły się później, gdy sytuacja na froncie uległa względnej stabilizacji, a Polska nie przeszła od logiki ratunkowej do logiki realizacji interesu własnego państwa. To kolejny dowód nieudolności naszej polityki wschodniej. Nie zamieniliśmy wysiłku naszego państwa i społeczeństwa w trwały system wpływu.

Nie zbudowaliśmy żadnego realnego wpływu na kierunek polityczny Kijowa. Nie zbudowaliśmy głębokiego udziału w odbudowie Ukrainy. Nie zapewniliśmy sobie trwałej wymiany technologii wojskowych. Nie powiązaliśmy pomocy z programami produkcji wojskowej. Nie stworzyliśmy wspólnej architektury bezpieczeństwa i nie wymusiliśmy uznania polskiej pozycji w regionie. Innymi słowy, nie wzięliśmy odpowiedzialności za własną przestrzeń bezpieczeństwa.

Przeczytaj także: „Kronika politycznej śmierci”. Starmer rezygnuje, ekspert o skutkach dla Polski

Za ten stan rzeczy w pierwszej kolejności odpowiadamy my, reprezentowani przez naszych polityków. Nie Ukraińcy, Niemcy czy Francuzi – oni realizują własną politykę, więc infantylne jest szerzenie poglądu o „kolejnej zdradzie”. Rządy PiS zbudowały relację z Ukrainą na geście, emocji, antyrosyjskiej mobilizacji i oczekiwaniu wdzięczności. PO odziedziczyła ten model i go nie przełamała. Dzisiaj różnica między tymi obozami polega jedynie na stylu zarządzania, a nie na zmianie powstałej strukturalnej słabości.

Reklama
Reklama

Jaka jest więc różnica między bramą, którą stworzyliśmy w 2022 r., a ukraińskim mostem zbudowanym ponad naszymi głowami do stolic zachodnioeuropejskich?

Różnica polega na tym, że nasza brama miała charakter politycznego uznania wysiłku Kijowa. Ukraiński most ma charakter transakcyjny. Kijów oferuje Zachodowi doświadczenie wojenne oraz nowe rozwiązania dla przemysłu obronnego. Dzięki inicjatywie „Dron Deal” i rozwojowi ukraińsko-europejskiego programu obrony powietrznej „Freyja” Ukraina wchodzi w realne interesy z Niemcami, Francją, Wielką Brytanią, Holandią, Danią czy państwami bałtyckimi. To niemiecka firma Diehl Defence rozmawia z ukraińskim Fire Point o wspólnej produkcji ukraińskiego pocisku manewrującego FP-5 Flamingo. Nie my.

W takich projektach widać właściwą logikę wpływu. Zachód daje pieniądze, terytorium produkcyjne i polityczne uznanie. Ukraina daje technologie, doświadczenie wojenne i tempo adaptacji. Powstaje układ interesów, a nie relacja oparta na oczekiwaniu wdzięczności.

Reklama
Reklama

Mimo ogromnej pomocy i bezinteresowności naszych polityków – a właściwie ich nieudolności – Polska nie została włączona w te kluczowe dla bezpieczeństwa projekty. Nie jest uczestnikiem inicjatywy „Dron Deal” i nie jest partnerem przy rozwoju „Freyji”. Nie uczestniczy w formacie E3 – z którego zostaliśmy wyproszeni z wagonu. Nie ma nas także przy rozmowach Ukrainy z państwami nordycko-bałtyckimi.

Struny polskiego patriotyzmu

Jaka jest na to nasza odpowiedź? Polityka orderowa, która porusza się w sferze symboli i dumy narodowej. Stanisław Cat-Mackiewicz trafnie opisał istotę polskiego modelu intelektualnego w podejściu do sojuszy:

Naród polski jest narodem wyjątkowo patriotycznym. Ten, kto umie poruszać struny naszego patriotyzmu, może wygrywać melodie zupełnie dowolne.

.

Reklama
Reklama

Tak było przez ostatnie lata. Wszyscy pamiętamy przemówienie prezydenta Ukrainy na Zamku Królewskim w 2023 roku, kiedy zagrał na tych strunach, cytując słowa polskiego hymnu oraz słowa św. Jana Pawła II. Ten sam mechanizm mogliśmy usłyszeć podczas przemówienia Joe Bidena na Zamku Królewskim w 2022 roku, gdy mówił o Polsce jako o „mocarstwie humanitarnym”, czym zyskał poklask. Tak było również podczas przemówienia Donalda Trumpa na placu Powstańców Warszawy w 2017 r., po którym uzyskał niemal hołd lenny części polskiej sceny politycznej.

Przeczytaj także: Zełenski jednoznacznie o decyzji Nawrockiego: To samo, co robił Orban

To nie jest kwestia protokołu. To kwestia realnej pozycji politycznej. Jeżeli państwo, które było główną bramą pomocy wojskowej, politycznej, logistycznej i humanitarnej dla Ukrainy, nie uczestniczy w najważniejszych formatach rozmów o przyszłej architekturze bezpieczeństwa naszego regionu, to znaczy, że coś fundamentalnego zostało przez nas przegrane.

Nie dlatego, że Polska nie ma geografii. Nie dlatego, że Polska nie ma gospodarki. I nie dlatego, że Polska nie ma znaczenia wojskowego. Problem polega na tym, że nie potrafiliśmy tych zasobów zamienić w relację zależności, która zmuszałaby Kijów do uwzględniania Warszawy jako koniecznego uczestnika gry. Pozwoliłoby to również uniknąć symbolicznej zniewagi.

Reklama
Reklama

Jednak po kolejnym naszym upokorzeniu nadal rozumiemy politykę jako moralne uznanie, historyczną rację i oczekiwanie wdzięczności. Dlatego Kijów może rozmawiać z zachodnimi stolicami o dronach, rakietach, systemach obrony przeciwlotniczej i produkcji wojskowej, podczas gdy z Warszawą pozostaje spór o ordery, pamięć i urażoną godność.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny