- Waszyngton sprytnie sprowadził wojnę z irańskim proxy do poziomu wewnętrznego problemu suwerenności Libanu. Dzięki temu dalsza presja na Hezbollah nie jest traktowana jako złamanie zawieszenia broni z Iranem.
- Trójstronne porozumienie z Bejrutem odbiera Izraelowi dotychczasową swobodę eskalacji militarnej. USA przejęły pełen nadzór polityczny nad regionem, stając się głównym zarządcą tego konfliktu.
- Amerykański sukces narracyjny nakłada na Waszyngton pełną odpowiedzialność za zachowanie pokoju. Jeśli Izrael wyłamie się spod kontroli, Iran zyska twardy dowód na dwulicowość USA.
Dwa najpilniejsze pola sporu z ostatniego tygodnia to dziś Liban oraz przyszłość Cieśniny Ormuz. Pierwsze pokazuje, jak strony próbują interpretować zapisy porozumienia z Islamabadu w odniesieniu do wygaszania frontów wojny z Iranem. Drugie stało się barometrem relacji Waszyngtonu z Teheranem, zwłaszcza po zeszłotygodniowej wymianie ognia w Zatoce Perskiej i po rozmowach technicznych prowadzonych w Katarze w minioną środę.
Na szczególną uwagę zasługuje jednak trójstronne porozumienie polityczne zawarte między USA, Izraelem oraz uznanym międzynarodowo rządem w Bejrucie. To ono najlepiej pokazuje, że memorandum z Islamabadu weszło w nową fazę realizacji, przenosząc ją na poziom interpretacji. Od tej chwili kluczowe stało się takie odczytanie zapisów porozumienia, które pozwalałoby legitymizować dalsze działania, a zarazem nie przedstawiało ich jako naruszenia zawieszenia broni z Iranem.
Liban jako problem interpretacji
Zgodnie z literą pierwszego porozumienia z Islamabadu USA oraz Iran:
Podpisują niniejsze Memorandum w celu ogłoszenia natychmiastowego i trwałego zakończenia operacji wojskowych na wszystkich frontach, w tym w Libanie. (…) a także aby zapewnić integralność terytorialną i suwerenność Libanu.
Na pierwszy rzut oka zapis powinien zamknąć libański „front”. W praktyce takie zarządzenie było znacznie bardziej skomplikowane, kiedy postanowienie zostało przyjęte poza bezpośrednimi uczestnikami konfliktu: Izraelem, Hezbollahem oraz rządem w Bejrucie reprezentowanym przez prezydenta Libanu Josepha Aouna.
Nie oznacza to jednak, że zapis jest pozbawiony znaczenia. W realiach politycznej zależności stał się punktem odniesienia, wobec którego poszczególni aktorzy muszą w jakiś sposób zareagować. Aby porozumienie z Islamabadu mogło przetrwać, konieczne było więc znalezienie takiej formuły, która pozwoliłaby formalnie utrzymać zobowiązanie do wygaszenia frontu. Pytanie pozostawało otwarte: jak do tego doprowadzić?
Przeczytaj również: Pułapka na Trumpa. Dlaczego Netanjahu nie boi się wściekłości Białego Domu?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zejść o poziom niżej. Właściwie do kwestii fundamentalnej dla całego sporu: czym właściwie jest „Liban” w rozumieniu tego porozumienia? Czy chodzi o przestrzeń, w której Iran prowadzi pośrednią wojnę z Izraelem rękami Hezbollahu? Czy raczej o suwerenne państwo reprezentowane przez rząd w Bejrucie, które zgodnie z prawem międzynarodowym zachowuje wyłączne prawo do decydowania o wojnie, pokoju i użyciu siły na własnym terytorium?
To rozróżnienie nie jest semantycznym detalem. Właśnie tutaj otwiera się najważniejsza furtka interpretacyjna pierwszego punktu porozumienia z Islamabadu. To na jej podstawie Waszyngton wykreował inicjatywę trójstronnego porozumienia z Izraelem i Libanem.
Przyjęte porozumienie definiuje kwestię libańską na nowo, co ma fundamentalne znaczenie dla definicji konfliktu, a przez to także dla rozumienia porozumienia z Iranem.
Zasadnicza zmiana polega na redefinicji konfliktu. Nie jest on już przedstawiany jako konflikt między państwami. Jego charakter zostaje przesunięty na linię sporu między rządem w Bejrucie a Hezbollahem. Tym samym problem zostaje przeniesiony na płaszczyznę konfliktu wewnętrznego oraz odbudowy suwerenności państwa libańskiego. W tej konstrukcji narracyjnej Hezbollah przestaje być regionalnym ramieniem Teheranu. Staje się niepaństwową grupą zbrojną, której istnienie podważa integralność terytorialną Libanu.
Przeczytaj także: Gra o przetrwanie. Czy Kuba wytrzyma amerykański nacisk?
To przesunięcie ma zasadnicze znaczenie. Jeżeli Hezbollah zostaje wpisany w kategorię „nielegalnego aktora zbrojnego działającego wewnątrz Libanu”, to dalsza presja na tę organizację nie musi być przedstawiana jako kontynuacja wojny Izraela z irańskim proxy. Zostaje wpisana w proces przywracania pełnej władzy państwa libańskiego nad jego terytorium.
W ten sposób Liban zostaje wyjęty z najbardziej „wybuchowego” zapisu memorandum z Islamabadu. Nie dzieje się to przez usunięcie go z porozumienia, lecz przez przepisanie jego znaczenia.
Na tym polega cała istota porozumienia. Nie kończy ono konfliktu w Libanie, lecz zmienia jego polityczne uzasadnienie. Zamiast otwartej wojny Izraela z Hezbollahem powstaje proces, w którym rząd w Bejrucie ma odzyskać monopol na użycie siły, a USA mają ten proces wspierać, nadzorować i weryfikować.
Przeczytaj także: Izrael szpieguje USA w czasie wojny z Iranem. Co ukrywa Waszyngton?
Z punktu widzenia Iranu jest to szczególnie problematyczne. W pewnym uproszczeniu można stwierdzić, że USA rozegrały Iran na poziomie politycznym i narracyjnym. Po pierwsze, narzuciły własną interpretację porozumienia z Islamabadu. Po drugie, wyłączyły z tego procesu Iran oraz powiązany z nim Hezbollah. Po trzecie, osadziły trójstronne porozumienie w porządku prawa międzynarodowego, powołując się na Kartę Narodów Zjednoczonych. Zgodnie z jej literą podstawowymi podmiotami stosunków międzynarodowych są suwerenne państwa – rząd w Bejrucie, nie Hezbollah.
W takiej rzeczywistości politycznej nie chodzi już tylko o to, czy ktoś używa siły. Chodzi o to, kto ma prawo jej używać, w czyim imieniu oraz pod jakim nadzorem.
Amerykański nadzór
W logice politycznej inicjatywa Amerykanów zyskuje dodatkowy sukces taktyczny. Po narzuceniu własnej inicjatywy interpretacyjnej drugim i być może ważniejszym zobowiązaniem politycznym trójstronnego porozumienia jest zapis, zgodnie z którym „(…) Stany Zjednoczone zamierzają ściśle współpracować z obydwoma krajami w celu weryfikacji i wsparcia tego procesu”. Za tą pozornie techniczną formułą kryje się zasadnicza zmiana układu kontroli wokół Libanu.
Do tej pory kontrola eskalacyjna na tym odcinku znajdowała się w rękach Izraela. To Izrael decydował o tempie uderzeń, intensywności presji na Hezbollah oraz o tym, kiedy front libański może zostać użyty jako instrument nacisku, a kiedy nie. Tel Awiw mógł w ten sposób szachować cały proces negocjacyjny USA–Iran.
Właśnie dlatego izraelska eskalacja zaczęła być w Waszyngtonie postrzegana jako zagrożenie dla amerykańskiej strategii. Izrael, który wcześniej był dla USA użytecznym narzędziem presji, w fazie negocjacyjnej stał się aktorem zdolnym do wykolejenia rozmów. Innymi słowy, ten sam mechanizm, który wcześniej wzmacniał amerykańską pozycję negocjacyjną, zaczął ograniczać ich kontrolę nad dalszym przebiegiem procesu rozmów z Teheranem.
Z perspektywy Izraela w żaden sposób nie było to pozbawione racjonalności. Porozumienie z Iranem nie zrealizowało celów wojennych Tel Awiwu. Nie doprowadziło do zmiany reżimu, nie rozwiązywało kwestii irańskich proxy i nie eliminowało pełnego potencjału rakietowego Teheranu. Przeciwnie, uznawało Iran za koniecznego uczestnika nowej regionalnej architektury bezpieczeństwa.
Trójstronne ramy zmieniają tę sytuację. Poprzez zaangażowanie w sprawę libańską USA wyszły naprzeciw izraelskim oczekiwaniom bezpieczeństwa, ale jednocześnie przejęły nad tym procesem polityczny nadzór. Waszyngton staje się więc nie tylko gwarantem nowej formuły, lecz także podmiotem zarządzającym konfliktem – bierze więc na siebie odpowiedzialność za jego dalszy przebieg.
Przeczytaj także: Porozumienie USA–Iran może zmienić Bliski Wschód. Trump mówi jedno, dokument drugie
Oznacza to, że izraelska swoboda eskalacyjna zostaje ograniczona nie przez prosty zakaz działania, lecz przez procedurę i amerykański nadzór. Izrael nadal może wskazywać na zagrożenie ze strony Hezbollahu, ale nie może już równie łatwo przedstawiać własnych działań jako wyłącznie jednostronnej odpowiedzi wojskowej. Od tej chwili jego ruchy mają być osadzone w procesie, którego formalnym centrum stają się Stany Zjednoczone. Natomiast wykonawcą „brudnej roboty” stają się Libańskie Siły Zbrojne działające pod zwierzchnictwem „suwerennego rządu” w Bejrucie.
Przeczytaj także: Ropa za rozejm. Tak Teheran targuje się z Waszyngtonem
Amerykański nadzór jest więc próbą pogodzenia dwóch sprzecznych impulsów. Z jednej strony utrzymania procesu dyplomatycznego z Iranem. Z drugiej nie mogą całkowicie zignorować izraelskich żądań bezpieczeństwa. Rozwiązaniem stało się więc przeniesienie ciężaru konfliktu z logiki izraelskiej ofensywy na logikę libańskiej suwerenności, wspieranej i kontrolowanej przez Waszyngton.
W takiej logice trójstronnego porozumienia Amerykanie nie tylko narzucają własną inicjatywę wobec Teheranu, ale poprzez kontrolę i nadzór odbierają Izraelowi swobodę eskalacji w Libanie.
Cena kontroli
Nie zmienia to jednak faktu, że choć konstrukcja tej inicjatywy jest starannie dopracowana, to w świetle dotychczasowych doświadczeń z izraelską samodzielnością może się ona okazać niezwykle krucha. Amerykańskie przejęcie nadzoru nad konfliktem oznacza bowiem przejęcie odpowiedzialności za jego dalszy przebieg. Jeśli Izrael nie zrezygnuje z przekraczania akceptowalnej granicy eskalacji, Iran zyska podstawy, by oskarżać Waszyngton nie tylko o bezradność wobec własnego sojusznika, ale też o świadome tolerowanie kontynuacji wojny pod zmienioną nazwą.
Dlatego amerykański sukces taktyczny ma swoją cenę. Amerykanie zyskują inicjatywę względem Iranu, ale jednocześnie sami zobowiązują się do udziału w mechanizmie, którego nie będą mogli w pełni kontrolować.

