Reklama
Reklama

Reklama

Czy relikwie Jezusa są prawdziwe? Nie gaśnie spór o koronę cierniową i całun turyński

Reklama
TYLKO NA

Wyniesiona z płonącej katedry Notre Dame korona cierniowa od wieków uznawana jest za jedną z najważniejszych relikwii chrześcijaństwa. Czy to naprawdę przedmiot związany z Jezusem? Historia tej relikwii prowadzi od Jerozolimy po średniowieczny Paryż i wciąż budzi więcej pytań niż odpowiedzi.

Notre-dame,De,Paris,Cathedral.,The,Holy,Crown,Of,Thorns,Worn
Relikwie korony cierniowej przechowywane w paryskiej katedrze Notre Dame. (fot. godongphoto / Shutterstock)
  • Co dokładnie wydarzyło się w katedrze Notre Dame w dniu pożaru i jak w dramatycznych okolicznościach uratowano jeden z najcenniejszych artefaktów chrześcijaństwa? 
  • Jak korona cierniowa miała trafić z Jerozolimy do Europy i dlaczego jej historia prowadzi przez cesarskie dwory, bankierów i średniowiecznych królów? 
  • Dlaczego w średniowieczu istniało wiele „tych samych” relikwii i jak w praktyce wyglądało ich kopiowanie oraz rozpowszechnianie? 
  • Co współczesna nauka jest w stanie powiedzieć o autentyczności relikwii i gdzie kończą się możliwości badań laboratoryjnych?
  • Jak Kościół podchodzi do relikwii i dlaczego ich znaczenie dla wierzących nie zależy wyłącznie od tego, czy są historycznie autentyczne? – dla Zero.pl wyjaśnia Wojciech Teister, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”. 

Reklama

Była połowa kwietnia 2019 r. Paryżanie i zwiedzający stolicę Francji turyści czuli w powietrzu pełnię wiosny. Świat był zupełnie inny niż dziś – niedoświadczony pandemią, nie wstrząśnięty kolejnymi wojnami. Tamtego dnia, późnym popołudniem, o 18:20 w katedrze Notre Dame rozległ się dźwięk alarmu przeciwpożarowego. W ciągu kilku minut ewakuowano wszystkich przebywających w monumentalnej świątyni, a na miejscu pojawili się strażacy. Ognia jednak nie wykryli.

Dopiero drugi alarm sprawił, że udało się zlokalizować źródło płomieni. Pożar remontowanego dachu katedry był już jednak na tyle rozwinięty, że pomimo długotrwałej walki z ogniem nie udało się uratować zabytkowego dachu i części średniowiecznych sklepień. Z płonącej katedry udało się jednak, w dramatycznych okolicznościach, wydobyć najcenniejszą z przechowywanych tam relikwii – koronę cierniową, którą miał w czasie drogi na Golgotę mieć na głowie Jezus.

Skąd ten wyjątkowy przedmiot znalazł się w ogóle w Paryżu? I na ile jest to autentyczna korona cierniowa opisana na kartach Ewangelii?


Reklama

Płonąca katedra Notre Dame w Paryżu. Kwiecień 2019. (fot. Shutterstock) (fot. Jerome LABOUYRIE / Shutterstock)


Reklama

Skąd korona cierniowa wzięła się w paryskiej katedrze? 

Historię przechowywanej w Notre Dame korony można prześledzić wstecz do V wieku. Najstarsze wzmianki o tej relikwii pochodzą z zapisków Paulina z Noli, który opisuje jej kult w odwiedzonej przez siebie Jerozolimie. Także słynny kronikarz Grzegorz z Tours, który przebywał w Świętym Mieście w 593 r., wspomina o koronie cierniowej. Grzegorz zwraca uwagę, że obręcz, do której przytwierdzono ciernie, była uformowana z sitowia.

Przez kolejne pięć wieków korona była przechowywana w jednym z jerozolimskich kościołów, by w 1063 r. trafić do Konstantynopola – stolicy cesarstwa bizantyjskiego. Stamtąd trafiła w 1239 r. do Wenecji jako zastaw pod pożyczkę udzieloną cesarzowi przez miejscowych bankierów. Z weneckiego lombardu koronę wykupił za 135 tysięcy liwrów król Francji Ludwik IX, który przewiózł ją do Paryża, gdzie na wyspie Cite wybudował specjalnie na tę okazję słynną kaplicę Sainte Chapelle – pierwowzór gotyckiej architektury sakralnej. Co ciekawe, koszty budowy kaplicy były trzykrotnie mniejsze niż cena, za jaką król odkupił relikwię.


Reklama

Gdy Ludwik przywoził cenny artefakt do stolicy Francji, w opactwie Saint Denis była już jedna korona cierniowa. Jej pochodzenie nie było jednak sprawdzone. Zresztą mnogość tych samych relikwii w średniowieczu nikogo nie dziwiła. Często fragment pozyskany z oryginału instalowano w rekonstrukcji całego przedmiotu.


Reklama

W Saint Chapelle korona cierniowa przeleżała kolejne kilkaset lat – aż do wybuchu rewolucji francuskiej. Rewolucjoniści w barbarzyńskim akcie zamienili kaplicę na magazyn. Koronę ewakuowano w związku z tym do skarbca paryskiej katedry, gdzie jest przechowywana do dziś.

Czy wierzącym potrzeba badania relikwii? 

Relikwii męki i zmartwychwstania Jezusa jest całkiem sporo. Stopień przebadania ich autentyczności jest bardzo zróżnicowany, a do najsłynniejszych – poza koroną cierniową – należą całun turyński, chusta św. Weroniki czy całun z Manopello. W wielu miejscach można spotkać drzazgi i kawałki krzyża Pańskiego, a samymi gwoździami dałoby się ukrzyżować całą grupę skazańców. Czy ktoś w ogóle bada autentyczność pochodzenia tych relikwii? I czy takie badania są do czegoś potrzebne wierzącym?

Ze stolicy Francji przenieśmy się do położonego we włoskim Piemoncie u stóp Alp Turynu. To tutaj znajduje się najsłynniejsza z relikwii – całun turyński. Jest to duże płótno, które nosi odbicie zmasakrowanego ciała. Według tradycji było to zdjęte z krzyża ciało Jezusa. Całun nie jest wystawiony na stałe na widok publiczny. Tzw. ostensje, czyli publiczne wystawienia relikwii, przyciągają jednak setki tysięcy pielgrzymów. W 2015 r. takie wydarzenie przyciągnęło do Turynu ponad 600 tysięcy osób, w 2010 – dwa miliony.


Reklama

Nie ma chyba na świecie drugiej relikwii, która byłaby tak wnikliwie przebadana, wiele razy i z punktu widzenia różnych dyscyplin badawczych. Pomimo tego, jednoznaczne potwierdzenie lub zaprzeczenie autentyczności nie jest możliwe. Choć istnieje sporo (także niechrześcijańskich) źródeł historycznych potwierdzających istnienie Jezusa, a śmierć przez ukrzyżowanie była dość często stosowaną formą egzekucji, nie sposób udowodnić, że akurat w to płótno owinięto ciało Jezusa. W związku z tym badania całunu sprowadzają się raczej do potwierdzenia prawdopodobieństwa.


Reklama

Całun turyński to jedna z najlepiej przebadanych relikwii. (fot. Paolo Gallo / Shutterstock)

I tak na przykład duże datowanie węglem C-14 z 1988 r. sugeruje, że relikwia jest średniowiecznym fałszerstwem z przełomu XIII i XIV wieku. A jednak część środowiska naukowego podkreśla, że próbka całunu pobrana do badania była zanieczyszczona (o co nietrudno biorąc pod uwagę, jak przez wieku obchodzono się z relikwiami), co ma ogromny wpływ na tę metodę badań. Z kolei mikroskopowe i spektroskopowe badania włókien materiału, z którego utkano całun, potwierdzają, że jest to materiał typowy dla tkanin stosowanych w starożytności, a nie w średniowieczu. Inne, jedne z najnowszych badań, z użyciem promieniowania X, potwierdzają te ustalenia.

Badania śladów krwi nie są jednoznaczne – jedne dają wynik nierozstrzygający, inne podają, że ślady odpowiadają obrażeniom wymienianym w Ewangeliach. Co ciekawe, obraz nie jest namalowany, nie ma w nim żywicy ani barwnika. Jeśli więc całun miał być fałszerstwem, fałszerz musiał być wybitny w swoim fachu i dysponować ogromną, interdyscyplinarną wiedzą.


Reklama

Wobec nierozstrzygających badań ciekawe wydaje się być stanowisko Kościoła: ten nie uznaje całunu jako „dowodu zmartwychwstania”, przypisuje relikwii raczej znaczenie symbolicznego obrazu męki Pańskiej – kwestię sporu o historyczną autentyczność zostawiając naukowcom.


Reklama

Chusta Weroniki i całun z Manopello

Kolejne ciekawe relikwie męki i zmartwychwstania to często mylone ze sobą chusta św. Weroniki i chusta, a właściwie całun z Manopello. Pierwsza z nich to płótno, które według tradycji (ewangeliści tej sceny nie wymieniają) kobieta imieniem Weronika miała w czasie drogi krzyżowej otrzeć zakrwawioną twarz Jezusa. Na chuście, zamiast bezkształtnych plam krwi i potu, miała się odbić niezwykle wyraziście twarz skazanego na śmierć. Chusta ta jest obecnie przechowywana w bazylice św. Piotra w Rzymie. W przypadku tego przedmiotu nie prowadzono pełnych badań laboratoryjnych, tak, jak miało to miejsce z całunem turyńskim. Zdaniem historyków sztuki wizerunek na chuście jest jednak podobny stylistycznie do twarzy malowanych w późnym średniowieczu.

Z kolei całun z Manopello to niewielki, półprzezroczysty kawałek lnianej tkaniny, o wymiarach 17,5 na 24 cm, na której również widzimy subtelne odbicie twarzy około trzydziestoletniego mężczyzny. Zgodnie z tradycją ma to być chusta grobowa, którą po złożeniu do grobu owinięto głowę Jezusa. O złożonych w grobie tkaninach, które mieli spotkać uczniowie Jezusa po przybyciu do pustego grobu, czytamy w Ewangeliach. Jedną z nich ma być całun z Turynu, inną tkanina z Manopello. O ile więc opisywana w tradycji chusta Weroniki miała nosić odbicie twarzy na etapie męki, o tyle już chusta z Manopello jest określana raczej jako relikwia zmartwychwstania.

Jak wygląda stan badań tej relikwii? Badania przeprowadzone w latach 90. XX wieku skanerem na uniwersytecie w Bari wykazały, że w szczelinach między włóknami tkaniny nie ma śladów farby. Do podobnych wniosków doszedł w swoich analizach niemiecki chemik Gosbert Weth. Inne analizy potwierdzają wysoką zgodność anatomiczną między wizerunkiem z Manopello i całunu Turyńskiego. Tych ostatnich badań nie przeprowadzono jednak z użyciem najnowocześniejszych dostępnych technik. Chusta nie została też nigdy poddana datowaniu węglem C14, zabrakło precyzyjnej analizy chemicznej próbek.


Reklama

W praktyce więc ustalenia badań z uniwersytetu w Bari uznaje się jako użyteczne pierwsze kroki w procesie badania relikwii, nie można ich jednak określić jako rozstrzygające. Tu jednak warto zadać sobie pytanie, do czego pełna i rozstrzygająca analiza autentyczności jest potrzebna. I czy w ogóle jest możliwa?


Reklama

Po co wierzącym relikwie?

Z punktu widzenia archeologa czy historyka badania nad autentycznością relikwii czy choćby prawdopodobieństwa miejsca jej pochodzenia i czasu, którego dotyczy, są kluczowe. Gdyby jednak nawet udało się ustalić dokładnie i w sposób nie budzący żadnych wątpliwości, że relikwie rzeczywiście są przedmiotami używanymi przez Jezusa, i tak nie można by traktować ich jako naukowego dowodu zmartwychwstania. Powód jest prosty (choć przez wieki trudny do zrozumienia zarówno dla świata badawczego jak i przedstawicieli świata wiary): nauka i wiara opisują inną rzeczywistość.

Przedmiotem wiary jest to, co wymyka się narzędziom naukowym, z drugiej zaś strony uporczywe próby uzasadnienia wiary dowodami naukowymi właściwie zaprzeczają jej istocie. Dowód sprawia, że kończy się wiara, a zaczyna wiedza.


Reklama

Z perspektywy wiary i teologii katolickiej badania autentyczności relikwii są więc użyteczne, ale raczej jako ciekawostka niż konieczność. Chociaż kult relikwii jest w chrześcijaństwie żywy od samego początku, w gruncie rzeczy ma znaczenie mocno drugorzędne. Żaden katolik nie ma obowiązku wiary w relikwie i jeśli w jego praktyce religijnej kult relikwii nie występuje, jego wiara w niczym nie jest gorsza. Relikwie pełnią bowiem funkcję pomocniczą, są czymś w rodzaju pamiątek po bliskiej osobie. To nie talizmany, które miałyby chronić przed nieszczęściem.


Reklama

Wbrew pozorom kwestie kultu relikwii są dość precyzyjnie i systematycznie opisane i reguluje je m. in. sobór trydencki. Dokumenty soborowe podkreślają, że kult relikwii nie jest kultem samych przedmiotów (co byłoby bałwochwalstwem), a praktyką, która powinna przenosić myśli na Boga i wzmacniać wiarę. Istotą kultu korony cierniowej, całunu turyńskiego czy chusty z Manopello nie jest więc wieniec cierniowy czy płótno, a ułatwienie medytacji wydarzeń z życia Jezusa.

Z takiego punktu widzenia, choć badanie autentyczności relikwii może być pasjonujące i bardzo cenne dla naszej wiedzy o świecie, nie ma w gruncie rzeczy fundamentalnego znaczenia dla sfery wiary. Jeśli relikwie pomagają w jej przeżywaniu – to dobrze. Jeśli jednak nie są komuś w ogóle do tego potrzebne – jego wiara nic na tym nie traci.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Wojciech Teister
Wojciech TeisterWojciech Teister – kierownik działu nauka w tygodniku „Gość Niedzielny”, dziennikarz i publicysta „Gościa Niedzielnego”, portalu Gosc.pl i felietonista magazynu „Historia Kościoła”. Publikował także m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „NaTemat.pl”.

Reklama