Jak serial „1670” wypada na tle faktów? XVII-wieczna Adamczycha oddaje realia dawnej Polski czy to jedynie satyra o nas samych? W dniu premiery kolejnego sezonu hitowego tytułu Netflixa rozmawiamy z historyczką Joanną Orzeł. Ekspertka tłumaczy – nie zawsze zabawne – kwestie związane z historią Polski, które kryją się za prześmiewczymi postaciami Jana Pawła, Jakuba, Anieli i Bogdana.

Agnieszka Waś-Turecka, Zero.pl: Dlaczego akurat rok 1670?
Dr Joanna Orzeł, Katedra Historii Nowożytnej na Uniwersytecie Łódzkim, autorka książki „My, Sarmaci”: Paradoksalnie z punktu widzenia wielkiej polityki – czyli tych najważniejszych dat i postaci – nic się wtedy nie wydarzyło. Zresztą sami scenarzyści przyznali, że to był właśnie klucz: nie mówić – wzorem chociażby Henryka Sienkiewicza – o znaczących wydarzeniach z wielką historią w tle, ale skupić się na ludziach tamtej epoki.
Co prawda w drugim sezonie pojawiają się postaci historyczne, takie jak Jan Sobieski czy Michał Korybut Wiśniowiecki, to jednak wciąż pozostają one jedynie tłem dla obrazu szlachty, częściowo mieszczaństwa i chłopów.
Carnaval Sztukmistrzów w Lublinie jest jak wizyta w najlepszym cyrku. Tylko bez jego wad
Jak ta serialowa Adamczycha odnosi się do realiów ówczesnych wsi szlacheckich?
Całkiem dobrze. Na pewno trzeba bardzo pozytywnie ocenić odzwierciedlenie relacji między szlachtą a chłopami. Dobrze pokazano m.in. zależności ekonomiczno-finansowe.
Zabrakło mi tu jednak pokazania tej pozytywnej strony – na przykład momentów, gdy szlachcic realnie broni swoich poddanych przed innym szlachcicem czy w sądzie. A takie sytuacje również miały miejsce. W serialu mamy na razie dość zero-jedynkową sytuację: szlachcic jest dla chłopa panem, niemalże królem.
W rzeczywistości te relacje były o wiele bardziej złożone. Nie mieliśmy niewolnictwa – co warto podkreślić, bo ten wątek często pojawia się w publicznym dyskursie ostatnich lat. Oczywiście trafiała się szlachta, która traktowała chłopów karygodnie, ale była i taka, która podchodziła do nich po ojcowsku. W serialu ten paternalizm ma charakter drwiący – brak tu sytuacji newralgicznych, prawnych czy sądowniczych, w których szlachcic brałby swojego „pracownika” w obronę.
Jan Paweł świetnie uosabia szlachecką megalomanię i pychę. Czy sejmiki i polityczna codzienność tamtych lat były już sparaliżowane egoizmem szlachty?
W drugiej połowie XVII wieku to zjawisko stało się już bardzo widoczne, co doskonale odzwierciedlono w scenie sejmiku z pierwszego sezonu, gdzie pojawia się motyw liberum veto.
Od tego czasu mówimy o tzw. rządach sejmikowych. O wielu sprawach przestano w rzeczywistości decydować na sejmie w Warszawie, przenosząc się na poziom lokalny. Sprawy państwowe były paraliżowane przez prywatne interesy szlachty. W końcu nikt nie chciał, żeby mu podnoszono podatki.
Zresztą nadal nikt tego nie chce. I może to jest właśnie ta (Jana Pawła – red.) teza o końcu historii? Że w tej kwestii nic się już nowego nie wydarzy?
W każdym razie w drugiej połowie XVII wieku powszechna była już wiara, że Rzeczpospolita ma najlepszy ustrój na świecie. I nie potrzebuje żadnych wzorców: ani z Zachodu, ani ze Wschodu.
Wyrazistą postacią w serialu jest Aniela, córka Jana Pawła – wyemancypowana i zaangażowana w sprawy społeczne oraz klimatyczne. O ojcu mówi, że jest „mentalnie w średniowieczu”. Jak wyglądała realna sprawczość szlachcianki w tym czasie? Czy taka postawa w ogóle była możliwa, czy to po prostu współczesny ukłon i satyra, na którą twórcy mogli sobie pozwolić?
Cały ten serial jest współczesny. Często powtarzam, że to w ogóle nie jest serial historyczny, ale opowieść o współczesności ubrana w świetny kostium epoki. Choć oczywiście im więcej ktoś wie o historii, tym więcej historycznych smaczków z tego wyciągnie.
W XVII czy XVIII wieku absolutnie nie było tego typu emancypantek. Bywały wprawdzie bardzo sprawcze kobiety, ale dotyczyło to przede wszystkim magnaterii, a nie średniej szlachty. Obraz przeciętnej kobiety z tego okresu nieco nam umyka, bo źródła pisane skupiają się na wielkich sprawach politycznych lub kwestiach prawnych, rzadziej na życiu codziennym. A przecież to kobieta najczęściej zostawała sama z całym folwarkiem na głowie, gdy mąż wyjeżdżał na sejmik, sejm, w poselstwie czy na wojnę. Dlatego najbardziej pożądaną cechą u kobiet była życiowa zaradność i pracowitość. Najwięcej informacji mamy o magnatkach, które tworzyły fraucymer na dworach królewskich i magnackich oraz realnie kształtowały kulturę.
Aniela jest zatem bardziej postacią współczesną, ale jej ojciec w kwestii małżeństwa ma zapędy bardzo siedemnastowieczne.
Zdecydowanie. Pragnie awansu społecznego dla rodziny. Gdyby Aniela wyszła za syna magnata, byłby to dla Adamczewskich ogromny skok. Do tego właśnie dążyła średnia szlachta. Z drugiej strony Jana Pawła niezwykle uwiera myśl o uczuciach syna Stanisława do mieszczanki – w jego oczach to degradacja. Te elementy hierarchii społecznej zostały w serialu odwzorowane znakomicie.
Wracając jeszcze do kobiet – czy miały one realny wpływ na majątek i decyzje rodowe? Czy dyrygowały jedynie sprawami codziennymi?
Najczęściej dotyczyło to spraw codziennych, ale pamiętajmy, że śmiertelność w epoce nowożytnej była wysoka. Najwięcej do powiedzenia w sprawach majątkowych – sprzedaży czy skupowaniu dóbr oraz występowaniu przed sądem – miała wdowa. Wdowy bowiem pod względem prawnym miały pozycję zbliżoną do mężczyzn. Czasem żartuję, że wtedy najbardziej opłacało się być młodą wdową, bo miało się prawa porównywalne ze współczesnymi kobietami.
Oczywiście zamożna wdowa stawała się też natychmiast łakomym kąskiem dla kolejnych szlachciców. Wdowom udawało się jednak często bardzo umiejętnie zarządzać majątkiem i zastępować głowę rodziny – planowały kariery synów i małżeństwa córek. Wchodziły w rolę głowy rodu w pełnym tego słowa znaczeniu.
Postać Bogdana, brata Zofii, wnosi do serialu wątki militarne. W pewnym momencie mówi on: „Uczestniczyłem w wielu polskich wojnach. Wszystkie miały następujący przebieg: bitwa otwarcia, bitwa o wszystko i bitwa o honor”. Czy w 1670 r. ta frustracja dokonaniami wojskowymi była już uzasadniona?
To fantastyczne nawiązanie do współczesnych meczów reprezentacji Polski w piłce nożnej. Ale w 1670 r. takiej frustracji w społeczeństwie jeszcze nie było. Mieliśmy już wprawdzie za sobą powstanie Chmielnickiego, wojnę z Rosją i tzw. potop szwedzki – którego wspomnienia zresztą mocno w serialu wybrzmiewają – ale to nie był jeszcze moment powszechnego zwątpienia w potęgę militarną Rzeczpospolitej. Pamiętajmy, że przed nami wciąż była chociażby odsiecz wiedeńska.
Traktuję postać Bogdana jako ironiczny sygnał, że husaria to nie było wyłącznie pasmo sukcesów. Armie w innych państwach europejskich ulegały już wtedy profesjonalizacji, podczas gdy u nas wciąż żyło się mitem husarskim, bez stałej armii i odpowiednich funduszy na jej utrzymanie.
Bogdan rzuca też hasło: „Polska dla Polaków. I Litwinów”. Jak realnie wyglądały wtedy relacje z Litwinami? W serialu wydają się dość poprawne.
To, co mówi Bogdan, dobrze odzwierciedla stosunek części szlachty z Korony do Litwinów – i nawzajem. Z jednej strony tworzyliśmy wspólne państwo, ale z drugiej Litwa przez długi czas zachowywała chociażby osobne prawo w postaci statutów litewskich. Pewne antagonizmy i dążenie do niezależności były po stronie Litwy stale widoczne i wykorzystywane w grze politycznej.
To była unia, a nie całkowite stopienie się dwóch organizmów w jeden. Dyskusje na temat tego, na jakich warunkach ma funkcjonować Rzeczpospolita Obojga Narodów, trwały od XVI wieku i wybrzmiewały w pismach politycznych jeszcze w wieku XVIII. Słowa Bogdana, choć wypowiedziane w sposób żartobliwy, bardzo dobrze oddają te niuanse naszej wspólnej historii.
A co z postacią Jakuba i rolą Kościoła? Jakub twierdzi, że wybrał Kościół, bo szukał „możliwości pracy w dynamicznie rozwijającym się zespole, w stabilnej organizacji, z silną pozycją na rynku”. Czy to trafny opis ówczesnej instytucji?
Na pewno bardzo prześmiewczy. W przypadku Jakuba widzimy przede wszystkim całkowity brak powołania – o wyborze takiej kariery zadecydowały więc kwestie finansowe. W rodzinach szlacheckich z kilkoma synami majątek należało dzielić, więc często jeden lub dwóch wybierało stan duchowny, co stanowiło zabezpieczenie finansowe dla nich i zapobiegało rozdrobnieniu ziemi.
W serialu dobrze odzwierciedlono religijne realia epoki – choćby kwestię handlu odpustami czy specyfiki „tolerancji religijnej”. Świetnie pokazano też synkretyzm religijny: połączenie barokowego katolicyzmu z tradycyjnymi wierzeniami ludowymi, gusłami i zabobonami, jak w odcinku z Nocą Kupały. Z jednej strony Zofia uosabia barokową religijność nakazującą pamiętać o śmierci, z drugiej zaś kultura ludowa płynnie się z tym przenika i nikt z tym na poziomie codziennym nie walczy.
Gdy ocenia pani ten serial okiem historyka, to którą rzecz twórcom udało się najlepiej oddać?
Z rzeczy udanych wymieniłabym wątek z drugiego sezonu – pogrzeb jako teatralne widowisko. Choć ukazano go w krzywym zwierciadle, to znakomicie oddaje on barokową mentalność szlachecką. Pogrzeb był jednym z najważniejszych wydarzeń społecznych: z przygotowaniem sarmackiego portretu trumiennego i całą oprawą uzależnioną od miejsca w hierarchii społecznej.
A gdzie serial „przestrzelił”?
Również odwołam się do drugiego sezonu. Nie jestem fanką fantastyki, więc wprowadzenie tych elementów było dla mnie przesadą. Rozumiem, że fani tego gatunku czy miłośnicy Wiedźmina mogli być zachwyceni i że konwencja wymagała zaskoczenia widza, jednak dla mnie przestało to pasować do dotychczasowej formuły serialu. Choć oczywiście takie prawo scenarzystów.

