Reklama
Reklama
Reklama

Nie uścisnąłem dłoni papieża. Zobaczyłem za to Francję, której nie widać w telewizji

TYLKO NA
Pope Leo XIV visits Paris
Leon XIV przyjechał do Francji z hasłem „Aby świat miał życie”. (fot. MAURIZIO BRAMBATTI / PAP / EPA)

Leon XIV przyjechał do Francji z hasłem „Aby świat miał życie”. Wokół jego przejazdu pojawiły się kordony policji, pielgrzymi, bezdomni, uliczni ekscentrycy, nawróceni i Francuzi spierający się o aborcję, eutanazję oraz przyszłość Kościoła. – Chciałbym, żeby cały świat zobaczył, że katolików jest wielu – mówił mi jeden z młodych pielgrzymów.

  • Leon XIV przyjechał do Francji z przesłaniem o życiu, nadziei i człowieku.
  • Paryż na kilka godzin zamienił się w twierdzę pełną pielgrzymów i policji.
  • Młodzi Francuzi pokazali, że katolicyzm nad Sekwaną wcale nie umarł.

– Zobaczy pan, mam takie głębokie przekonanie, że jeszcze uściśnie pan rękę papieżowi, monsieur le journaliste – mówił mi z uśmiechem Murad, algierski taksówkarz, który wiózł mnie z lotniska Charles’a de Gaulle’a do Saint-Denis, podparyskiej mieściny słynnej z bazyliki-grobowca francuskich królów i Stade de France.

Doprawdy, nie wiem dlaczego Muradowi ubzdurało się, że przyjechałem ściskać się z Leonem XIV. Niemniej był na poły zdziwiony, na poły rozbawiony, że przyleciałem tysiąc pięćset kilometrów bez wyraźnej intencji bratania się z następcą św. Piotra.

Zacząłem się wykręcać, tłumaczyć, że przyjechałem relacjonować modlitewne czuwanie na stadionie. Że obecność papieża jest również obwarowana ścisłym protokołem wizyty państwowej, będzie pełno ochrony, kordonów bezpieczeństwa i barier. Tutaj przyznał mi rację. Ale i tak nie odpuszczał i z determinacją godną lepszej sprawy kreślił żurnalowe profity, apanaże oraz przywileje, których, co oczywiste, nie miałem i mieć nie mogłem.

Reklama
Reklama

Czytaj też: 15,4 mld zł od turystów? Kraków płaci za ten „biznes” wysoką cenę

Dzwony Notre-Dame i papież na francuskiej ziemi

Godzina dziesiąta – papież wylądował na francuskiej ziemi. W całej stolicy zaczęły bić dzwony. Najpełniej zaś ten opisywany przez Wiktora Hugo w „Dzwonniku z Notre-Dame” na szczycie odbudowanej po pożarze katedry.

– Minęło siedem lat, odkąd cały świat, wstrzymując oddech, patrzył, jak tę katedrę trawi straszliwy pożar. Już wtedy wznosiliśmy oczy, zatrwożeni i świadomi ludzkiej bezsilności wobec tego, czego nie sposób przewidzieć. Ból ten nie był jedynie bólem katolików ani wyłącznie ludzi wierzących. W tamtej dramatycznej godzinie uświadomiliśmy sobie, że Notre-Dame jest czymś więcej niż zabytkiem – miał powiedzieć kilka godzin później biskup Rzymu.

Miejscowi oraz turyści nie wydawali się poruszeni spiżowymi uderzeniami. Normalny bieg stołecznej metropolii zaczynał się rozkręcać.

Wyspę św. Ludwika zamknięto w promieniu kilku kilometrów. Dziwili się niespodziewanym obrotem spraw liczni japońscy turyści. Zaczęli się gromadzić wzdłuż arterii prowadzącej do katedry pielgrzymi z całej Francji, różnokolorowy tłum: harcerze, wspólnoty, siostry zakonne, dużo młodzieży z trzepoczącymi flagami Watykanu i Francji.

Rozstawiono wszędzie bariery. Znikąd pojawiły się szwadrony policji, gwardii narodowej, pojazdy opancerzone, a także żandarmeria, wojsko, konne oddziały. Temperatura zaczęła gwałtownie rosnąć. Zrobiło się nerwowo. Miasto zaczęło momentalnie przypominać warownię, przez którą nie przecisnęłaby się najmniejsza mysz. Wzdłuż trasy przejazdu papamobile zaczęły się ustawiać także grupy porządkowe w charakterystycznych żółtych podkoszulkach z namalowanym grubą kreską przesłaniem papieskiej pielgrzymki: „Aby świat miał życie”.

Leon XIV błogosławi wiernych (fot. MAURIZIO BRAMBATTI / PAP/EPA)

„To pstryk w nos Francji”. Nestor o papieskim haśle

– Ten papież nie jest głupi – zaczepia mnie starszy pan. – To hasło jest takim pstrykiem w nos Francji, Francuzom i całemu światu.

Reklama
Reklama

Staliśmy ramię w ramię, czekając na papieski orszak. Wsłuchiwałem się w tłumaczenie przesłania.

– To hasło jest zagraniem na nosie naszemu prezydentowi i wszystkim naszym politykom. Leonowi nie podoba się, że wpisaliśmy prawo do aborcji do naszej konstytucji. A teraz idziemy jeszcze dalej, legalizujemy eutanazję. Mówią, że to humanitarne. Wolne żarty – chcą się po cichu pozbyć takich jak ja – ożywił się starszy pan.

Zapytałem, dlaczego „oni” mieliby chcieć śmierci francuskich nestorów?

– Nie potrafią znaleźć oszczędności u siebie, to wymyślili, że przyoszczędzą na kosztach medycznych, likwidując niedołężnych starców – z mrożącą powagą tłumaczył senior.

Nagle przez kordon policji próbował się przedostać zataczający się kloszard. Policja powaliła go gwałtownie na ziemię. Dwóch próbowało go uspokoić.

– Co wy robicie, ludzie! Ochraniacie pedofila w białej pelerynie! – krzyczał do sił porządkowych niespełna rozumu mężczyzna.

Spazm grozy skręcił mi serce, podczas gdy tłum gęstniał z każdą minutą. Pojawiały się kolejne fale ciekawskich, zakonników, młodych pielgrzymów. Wyjścia metra wypluwały różnokolorowych kleryków, księży, a nawet opasanych purpurowymi pasami kardynałów. Gdzieniegdzie można było usłyszeć huragan krzyków i westchnień. Perspektywa uściśnięcia dłoni papieża oddalała się. Nie wiedziałem, czy w tym ścisku i przy moim niskim wzroście uda mi się go choćby zobaczyć.

Reklama
Reklama

Nagle poczułem pukanie w plecy. Gwałtownie się obróciłem. Stał przede mną mężczyzna, około trzydziestki, z wysokim, plastikowym kapeluszem w kształcie, jak się domyśliłem, bomby atomowej. Zapytał mnie wprost: – Jaki miał pan dzisiaj sen?

Nim pozbierałem myśli, mężczyzna z „bombą na głowie” ciągnął dalej:

– Bo widzi pan, ja dziś miałem sen o świecie bez wojen. O świecie sprawiedliwym i dobrym. O świecie bez nienawiści jednych do drugich. Piękny to był sen, prawda? – zapytał na koniec.

Zaiste piękny. Wręczył mi przy tej okazji list, który napisał do Ojca Świętego. Rozdawał go zresztą w hurtowych ilościach pielgrzymom zgromadzonym wzdłuż trasy przejazdu papamobile. Zawsze z tym samym pytaniem, powtarzanym jak refren na zadrapanej płycie. Pan z „bombą na głowie” wychwalał w nim chiński jedwabny szlak oraz potrzebę opodatkowania międzynarodowych transakcji bankowych. Było również dosyć dużo o możliwości zagłady całej ludzkości nie tylko poprzez bombę, lecz także przez rozwój sztucznej inteligencji.

Leon XIV przyjechał do Francji z hasłem „Aby świat miał życie” (fot. YOAN VALAT / POOL / PAP/EPA)

Leon XIV w UNESCO: sztuczna inteligencja nie odpowie na pytanie o sens życia

Co ciekawe, dużo miejsca poświęcił temu zagadnieniu Leon XIV w siedzibie UNESCO. Papież mówił o świecie, który coraz sprawniej potrafi przetwarzać informacje, ale niekoniecznie coraz lepiej rozumie człowieka. Ostrzegł, że rozwój sztucznej inteligencji może prowadzić do „postępującej dehumanizacji”. Systemy sztucznej inteligencji potrafią korelować dane, ale – jak zauważył – nie są w stanie odpowiedzieć na pytania dotyczące sensu ludzkiego życia. I właśnie tutaj, między ogromem danych a pytaniem o sens, papież widzi jedną z najważniejszych granic współczesnej technologii.

Reklama
Reklama

To jeden z paradoksów: maszynom coraz chętniej przypisujemy „inteligencję”, podczas gdy człowieka coraz częściej opisujemy językiem wydajności, produktywności i użyteczności.

– Nasze doświadczenia, zdolności i kompetencje mają służyć tworzeniu przestrzeni otwartej dla wszystkich i owocnej dla każdego, aby wszystkie narody mogły wzrastać w pokoju – powiedział papież.

Człowiek potrzebuje nie tylko technologii, wzrostu gospodarczego czy dostępu do informacji. Potrzebuje także drugiego człowieka. Papież mówił o „chlebie i słowach, trosce i miłości”. Ostrzegł, że zapomnienie o tych podstawowych potrzebach w pierwszej kolejności uderza w najsłabszych.

– To najbardziej potrzebujący ponoszą najbardziej dotkliwe konsekwencje tego zapomnienia, ilekroć ich człowieczeństwo zostaje zdradzone lub odrzucone, wykorzystane lub oszukane – zauważył.

Papamobile pojawiło się nagle, Leon błogosławił hurtowo, dyskretnym gestem. Uścisku dłoni nie było.

W siedzibie UNESCO papież mówił o świecie, który coraz sprawniej potrafi przetwarzać informacje, ale niekoniecznie coraz lepiej rozumie człowieka (fot. MAURIZIO BRAMBATTI / PAP/EPA)

Gotycka cisza kontra katolicki rock

W drodze do Stade de France gęsto od ludzi ciągnących do kolejek podmiejskich. W wagonach głównie młodzież, skauci, wspólnoty ze wszystkich zakątków kraju, z Normandii, Prowansji i Lotaryngii, reprezentanci neokatechumenatu, kręgów konserwatywnych.

Reklama
Reklama

– Myślę, że papież przyjeżdża tutaj z konkretną misją. Chciałbym, żeby cały świat zobaczył, że katolików jest wielu. Że młodzi ludzie mogą być katolikami bez wstydu. Że wiara nie jest muzealnym eksponatem – mówił mi trzydziestoletni Grégoire.

Zaznaczył przy tym, że „nowi” katolicy wracają do Kościoła z bardzo różnym bagażem doświadczeń i mozaiką poglądów. Jedni z tradycyjnych rodzin burżuazyjnych wielodzietnych, inni z „trudnych” przedmieść, są nawet katolicy lewicowi, wyborcy komunizującej Nieuległej Francji Jean-Luca Mélenchona. Większość młodych pielgrzymów podążających na modlitewne czuwanie przekonywała mnie, że przesłanie Leona nie pada na skalisty grunt. Obejmuje wszystkich, bez względu na dokonania, pochodzenie, zasługi, ideologie.

– Kiedy miałam ok. 20 lat, sięgnąłem po Nowy Testament – opowiadała mi Brigitte z Bretanii. – Ewangelia jest tekstem, który nie posiada konkretnego czasu. Została napisana dwa tysiące lat temu, a kiedy ją czytałam, wydawała mi się czymś niezwykle współczesnym i uniwersalnym – z wyraźnym wzruszeniem opowiadała dziewczyna.

Pod stadionem spotkałem radosną grupę Gaskończyków z charakterystycznymi beretami na głowach. Na czele gromady Geoffroy z emfazą tłumaczył mi, że wiara jest łaską, która spłynęła na niego znienacka, jak uderzenie piorunem.

Reklama
Reklama

– Kiedy ludzie pytali mnie: „Co zmieniło się po twoim nawróceniu?”, byłem trochę zmęczony tym pytaniem. Miałem ochotę odpowiedzieć: nic. Ale dzisiaj jestem spokojniejszy, bardziej pogodzony ze sobą. Jestem mniej wybuchowy. Mam również znacznie mniej problemów z ludźmi, z narkotykami – podkreślał Gaskończyk.

Nieprzebrane złoża optymizmu i radości zaczęły się wlewać na stadion. A tam obróciło się bezpowrotnie wniwecz refleksyjne i ciche przesłanie Kolegium Bernardynów. Zamiast światła przenikającego z wysokich, wystrzelonych w niebo okien gotyckich – krzyczące stroboskopy i lasery. Zamiast medytacyjnej ciszy tysiącletnich murów – świdrujące w uszach piski katolickich pieśni. Występy następowały po sobie bez składu i ładu. Było reggae, był rock, był nawet katolicki hip-hop.

Czasami głos zabierali konferansjerzy, namawiając młodych pielgrzymów do ściągnięcia aplikacji, która umożliwi rozświetlenie telefonów komórkowych w umówionym czasie – jak na koncercie muzyki rockowej…

– Jestem przekonany, że papież Leon doceni niespodziankę – wykrzykiwał wodzirej ze sceny umieszczonej na płycie stadionu.

Nie wszystkim pielgrzymom podoba się jednak migracyjny ton pontyfikatu. Wśród przybyłych można usłyszeć głosy krytyczne wobec papieskich apeli o przyjmowanie migrantów. Niektórzy przypominają choćby symboliczną wizytę Franciszka na Lampedusie w 2013 r., a także podróż Leona XIV na tę włoską wyspę 4 lipca tego roku. Papież mówił tam o obowiązku solidarności z migrantami i o potrzebie przełamania „niewidzialnego muru” oddzielającego tych, którzy przybywają przez morze, od europejskich turystów.

Reklama
Reklama

Muzyczne otumanienie trwało w najlepsze. Być może jest to kwestia pokolenia… Zdałem sobie bowiem sprawę, że ten rodzaj „postępowej” religijności był mi całkowicie obcy. Postanowiłem zatem poczekać na uścisk dłoni papieża daleko od zgiełku, który w moim odczuciu przystawał bardziej do protestanckich ruchów ewangelicznych z Ameryki Północnej niż do powściągliwego katolicyzmu „Starego Kontynentu”. Byłem udręczony, przewrażliwiony i zły. I dlatego prędko opuściłem koronę Stade de France w poszukiwaniu kolejnych świadectw. Na korytarzach znów spotkałem tę samą euforię.

– Moja droga do katolicyzmu zmieniła również moje spojrzenie na kwestie społeczne. W pewnym momencie stało się dla mnie oczywiste, że aborcja oznacza zabicie człowieka. Pomyślałem wtedy: „Jak to możliwe, że przez tyle lat uważałem inaczej?” – dziwił się Jacques.

Reklama
Reklama

– Człowiek zmienia się stopniowo, krok po kroku. Najpierw zaczyna chodzić do kościoła. Potem zmienia sposób życia. Później zmienia przyjaciół, pracę, sposób patrzenia na innych. I pewnego dnia odkrywa, że jego życie naprawdę nie należy już tylko do niego – w brylantowym nastroju wykrzykiwał przez śpiewy na scenie Grégoire.

– Drodzy przyjaciele, pierwsza rzecz, którą chciałem wam powiedzieć, to: dziękuję. Dziękuję Bogu i wam za waszą odwagę oraz obecność. Jesteście świętymi Francji – tak rozpoczął swoje rozważania na wieczornym czuwaniu Leon XIV. 

W swoich rozważaniach podkreślił, że życie bez Boga – „Boga uśmierconego” – okazuje się pustką i popadaniem w otchłań nicości.

Następnie powiedział: – Dla mnie żyć, to Chrystus! Ewangelia Jezusa nie prowadzi do konfliktu, lecz zawsze wzywa do przebaczenia. I dodał: – W Jezusie, Odkupicielu świata, Bóg pozwala się odnaleźć, zwracając się do ludzi jak do przyjaciół. (…) Dzięki Niemu możliwe jest połączenie misyjnego zapału z doświadczeniem braterstwa wobec tych, którzy nie wierzą w Boga lub należą do innych tradycji religijnych.

Wieczornica z papieżem trwała do późnych godzin. Młodzież zgromadzona na stadionie miała możliwość zadawania ojcu świętemu pytań, dzieliła się swoimi lękami i wątpliwościami. Z ojcowskim wyrozumieniem wsłuchiwał się w głos francuskiej młodzieży, odpowiadał i ściskał. 

Reklama
Reklama

Co prawda mnie się nie udało uściskać dłoni biskupa Rzymu i następcy Apostoła Piotra. Niemniej zobaczyłem twarz i usłyszałem głos jego nowego Kościoła…

Może Cię zainteresować: 

Reklama
Reklama