
Do urn poszło 49 proc. uprawnionych – to niemal najwyższy wynik w wyborach połówkowych od 1914 r. Według „Washington Post” wysoka frekwencja dała demokratom „niebieską falę” i zwycięstwa w stanach kontrolowanych dotąd przez republikanów.
- Frekwencja w wyborach połówkowych w USA wyniosła 49 proc. i była drugą najwyższą pod względem liczby głosujących od ponad 100 lat.
- Najwięcej osób głosowało w Maine, Minnesocie i Michigan, gdzie o Senat toczyła się zacięta walka. Wygrali tam Demokraci, którzy zdobyli też urzędy gubernatorów.
- Eksperci wskazują, że Donald Trump mobilizował wyborców obu partii, ale tym razem zniechęcił także część Republikanów, którzy zostali w domach.
Czytaj także: Unia Europejska niepotrzebnie się rozdrabnia w sprawie emisji CO2 z aut (przykro mi)
Frekwencja w wyborach połowy kadencji prezydenckiej w USA osiągnęła drugi najwyższy poziom pod względem liczby głosujących od ponad 100 lat. Jak w sobotę podał „Washington Post”, to właśnie ona zdecydowała o skali zwycięstwa Demokratów i ich „niebieskiej fali”.
Według wstępnych obliczeń Uniwersytetu Florydy w całych Stanach Zjednoczonych zagłosowało 49 proc. osób uprawnionych. To poziom niemal najwyższy od 1914 r. Frekwencja była tylko nieznacznie niższa niż w wyborach połówkowych w 2018 r.
Jak wyjaśnia dziennik, tak liczny udział Amerykanów w głosowaniu przełożył się na nieoczekiwane zwycięstwa Demokratów w stanach kontrolowanych dotąd przez Republikanów.
Najwyższa frekwencja tam, gdzie liczył się każdy głos
Trzy stany o najwyższej frekwencji to Maine (65,7 proc.), Minnesota (65,2 proc.) i Michigan (63,2 proc.). We wszystkich trzech odbyły się wybory do Senatu, w których rywalizacja była bardzo zacięta. Wygrali je Demokraci, którzy zdobyli tam również urzędy gubernatora stanu.
We wszystkich stanach, w których walczono o miejsca w Senacie USA, do urn poszło 52 proc. wyborców. Wynik ten potwierdza, że największą mobilizację wywołały te okręgi, w których stawka była najwyższa.
„Washington Post” zastrzega jednak, że choć jak na wybory połówkowe frekwencja była niezwykle wysoka, wciąż jest o 15,2 proc. niższa niż w wyborach prezydenckich w 2024 r. Rywalizacja o Biały Dom zwykle mobilizuje wyborców bardziej niż głosowania w połowie kadencji.
Trump, który mobilizuje, ale i zniechęca
Analityk wyborczy i strateg Partii Demokratycznej Tom Bonier ocenił, że Donald Trump zawsze miał bezkonkurencyjną zdolność do aktywizowania zarówno swoich zwolenników, jak i opozycji. Według niego w porównaniu z 2018 r. tym razem zadziałał jeszcze jeden czynnik.
– To, co tym razem poszło inaczej, to fakt, że odstraszył również Republikanów, więc wielu z nich zostało w domu – dodał Bonier.
Podobną ocenę, choć z republikańskiej perspektywy, przedstawił Daron Shaw, specjalista od sondaży i profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Jego zdaniem „Trump ma niesamowity dar mobilizowania”. Dodał jednak, że prezydent należy zarazem do tych, którzy najlepiej potrafią „zdemobilizować” własny elektorat.
Oglądaj także: