Każda próba przewidzenia przyszłości w amerykańskiej polityce to karkołomne zadanie. Z wyborczą rzeczywistością rozmijały się niejednokrotnie skomplikowane modele zbudowane na wynikach tysięcy sondaży oraz analizie historycznych wzorców głosowania. W chwili, kiedy piszę te słowa, wiadomo na pewno, że Demokraci odzyskali kontrolę zarówno nad Izbą Reprezentantów, jak i Senatem.
Niewiadomą pozostaje ostateczna skala ich zwycięstwa. W wielu okręgach i kilku stanach (przede wszystkim w Missisipi i na Alasce) trwa jeszcze liczenie głosów. Czy w takiej chwili można pokusić się o nieszablonowe wnioski, wykraczające poza okrągłe hasła „niebieskiej fali” czy tradycyjnych trudności urzędującego prezydenta w wyborach połówkowych?
Jak nie przegrać w 2028 r.?
Zaznaczam: to nie jest pełna analiza wyników Midterms 2026. Starałem się raczej na gorąco spojrzeć na powyborczą sytuację polityczną w USA w kontekście kolejnych wyborów (prezydenckich i do Kongresu) za dwa lata.
W Stanach Zjednoczonych następna kampania wyborcza zaczyna się dzień po poprzednich wyborach. Zapraszam zatem na krótki i ramowy poradnik „Jak nie przegrać wyborów w 2028 roku?”. Kolejność dobrych rad jest losowa, a skorzystać z nich mogą zarówno pokonani Republikanie, jak i zwycięscy Demokraci.
1. Słuchaj wyborców i nie rób z nich idiotów
Jeśli zdecydowana większość dostępnych badań wyraźnie wskazuje, że w zbliżającym się cyklu wyborczym elektorat koncentruje się przede wszystkim na rosnących kosztach życia, w tym przede wszystkim cenach paliwa, zastanów się, czy dobrym pomysłem jest udowadnianie, jak wspaniale idzie ci bombardowanie Bliskiego Wschodu. Jeśli zdecydowana większość wyborców obawia się, że AI może zabrać ludziom pracę, a rząd nie poświęca wystarczająco dużo uwagi jej prawnemu regulowaniu, to może nie ma sensu oznajmiać, że od teraz zamiast „sztucznej” będziemy mówić na nią „Super Inteligencja”?
Warto również rozważyć, czy wszystkie internetowe kanały komunikacji Białego Domu muszą być zalane śmiesznymi filmikami z udziałem prezydenta wygenerowanymi przez AI. Te pozorne oczywistości należy wziąć pod uwagę przy planowaniu strategii komunikacji z elektoratem. Inaczej w wieczór wyborczy musisz tłumaczyć Amerykanom, że żyje im się znacznie lepiej i dostatniej, niż im się zdaje, co na antenie Fox News próbowała robić na przykład była rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt.
Zwycięstwo łatwe jak… ABC? Dlaczego Amerykę porwała demokratyczna fala
Dobra rada dotycząca nierobienia z wyborców idiotów jest uniwersalna i ponadpartyjna. Na ostatniej prostej przed rozpoczęciem głosowania „New York Times”, którego trudno posądzić o sympatię do Republikanów, opublikował szokujący i dobrze udokumentowany materiał o tym, jak Demokraci próbowali zmanipulować wyborców na Alasce. W tym stanie obowiązuje najbardziej skomplikowany system wyborczy w USA, nazywany RCV (Ranked-Choice Voting). W dużym skrócie: głosujący układają kandydatów według preferencji, a jeśli nikt nie uzyska wymaganej większości, to głosy odpadających kolejno kandydatów z najniższymi wynikami przenoszone są na pozostałych wedle preferencji zadeklarowanej przez wyborcę na karcie do głosowania, aż komuś uda się osiągnąć większość.
W tym skomplikowanym systemie o miejsce w Senacie walczyć mieli urzędujący republikański senator Dan S. Sullivan oraz demokratka Mary Peltola, należąca do rdzennego plemienia Jupików, która w 2022 r. przełamała 48-letnią dominację Partii Republikańskiej w wyborach do Izby Reprezentantów na Alasce. Dziennikarze „New York Timesa” twierdzą, że sztab Peltoli przez wiele tygodni poszukiwał „drugiego” Dana Sullivana z zamiarem wystawienia go w wyborach tylko po to, żeby zmylić republikańskich wyborców, wystarczająco już skonfundowanych skomplikowanym systemem wyborczym. Ostatecznie w szranki stanął także Daniel J. Sullivan Jr., nikomu nieznany emerytowany nauczyciel. Kiedy piszę te słowa, na Alasce policzono ponad 113 tys. z około 150 tys. oddanych głosów, a Mary Peltola prowadzi nieco ponad 600 głosami. Na rzecz Sullivana-dublera przeliczono do tej pory 3600 głosów.
To amerykański konsument wysadził Trumpa z siodła? „Mógł łatwo połączyć kropki”
Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Niemal żaden z polskich komentatorów nie zająknął się na temat jeszcze jednego republikańskiego kandydata-outsidera, Geralda Heikesa, który, nie prowadząc żadnej kampanii, ma na razie ponad 4800 głosów, których może zabraknąć Sullivanowi-prawdziwkowi. Niezależnie od ostatecznego wyniku oraz zapewnień sztabu Peltoli, że z Sullivanem-dublerem nie mają nic wspólnego, na Demokratów posypały się gromy oraz wyrazy potępienia, nawet ze strony skrajnie antytrumpowskiej republikańskiej senator Lisy Murkowski. Ewentualne zwycięstwo Peltoli w wyścigu senackim, nawet jeśli okaże się znacznie skromniejsze, niż wskazywały sondaże, może stanowić dla Demokratów na Alasce ogromny problem w 2028 r. Amerykańscy wyborcy są pamiętliwi i jeśli uznają Peltolę za winną manipulacji z kandydatem-dublerem, mogą zechcieć dać temu wyraz przy urnach w kolejnych wyborach.
2. Nie przeceniaj/nie lekceważ (niepotrzebne skreślić) skali zwycięstwa Demokratów/porażki Republikanów (niepotrzebne skreślić)
Jeśli jesteś Demokratą – nie upajaj się zwycięstwem i nie wierz w to, że właśnie rozpoczął się triumfalny szturm twojej partii na czerwone bastiony wyborcze, a upadek Partii Republikańskiej jest bliski. Jeśli jesteś Republikaninem – nie rozpaczaj i nie daj sobie wmówić, że oglądamy właśnie początek wieloletniej dominacji Partii Demokratycznej na wszystkich możliwych frontach.
Warto przypomnieć, że dwa lata temu liczny komentariat debatował o tym, że Stany Zjednoczone właśnie mocno skręciły w prawo, a zwycięstwo Donalda Trumpa we wszystkich siedmiu „swingujących” stanach oznacza, że Partia Demokratyczna jest w poważnych tarapatach. Brzmi znajomo? Zatem gdy dzisiaj słyszycie, że właśnie rozpoczyna się nieunikniony skręt w lewo, a Partia Republikańska wchodzi w długotrwały i głęboki kryzys, nie dajcie się nabrać. Obie opinie to zazwyczaj ideologicznie czy politycznie motywowane zaklęcia, przykładanie swoich sympatii i antypatii do aktorów na amerykańskiej scenie politycznej, a najczęściej zwykłe chciejstwo, które może, ale nie musi mieć czegokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Co zatem wiadomo?

Przesunięcia poparcia w hrabstwach: wybory prezydenckie 2024 w porównaniu z 2020 r. (u góry) oraz wybory do Senatu 2026 w porównaniu z wyborami prezydenckimi 2024 (u dołu) (fot. The New York Times)
Możemy ostrożnie przyjąć, że w tegorocznych wyborach Midterms wzięło udział około 125–130 mln Amerykanów. Przewaga Demokratów w skali całej sceny wyborczej wyniesie zapewne około 12 proc. Zaznaczam, że są to szacunki wstępne, na gorąco i na teraz. W niektórych stanach i okręgach ostatnie głosy zostaną policzone, jeśli dobrze pójdzie, w ciągu najbliższych dwóch tygodni.
Oczywiście wybory do Kongresu cieszą się większym zainteresowaniem wówczas, gdy odbywają się w tym samym roku co wybory prezydenckie, dlatego warto spojrzeć na te liczby w odpowiednim układzie porównawczym:
- wybory prezydenckie 2020: ponad 158 mln głosujących
- wybory do Kongresu 2020: ponad 153 mln głosujących
- wybory do Kongresu 2022 (Midterms): ponad 108 mln głosujących
- wybory prezydenckie 2024: ponad 155 mln głosujących
- wybory do Kongresu 2024: ponad 149 mln głosujących
- wybory do Kongresu 2026 (Midterms): 125–130 mln głosujących (szacunkowo)
W wyborach prezydenckich w 2024 r. wzięło udział ponad 155 mln Amerykanów, a Donald Trump nie tylko wygrał głosowanie w Kolegium Elektorów, ale również zdobył więcej głosów w skali ogólnokrajowej. Pomijając naturalne czynniki demograficzne, wyborcy gotowi głosować na Republikanów nie rozpłynęli się w powietrzu. Po prostu we wtorkowych wyborach spora część z nich najprawdopodobniej albo nie poszła do urn (na co wskazują wstępne wyniki badań, na przykład w kluczowych stanach takich jak Teksas czy Ohio), albo, co jeszcze gorsze dla Republikanów, poszła i zagłosowała na Demokratów (przykład również Teksasu, ale także Karoliny Południowej, o której za chwilę).
Trump o wynikach wyborów w USA. Wskazał przyczyny porażki
Wydaje się, że przynajmniej w niektórych stanach (a na pewno w Teksasie) kluczowe były wyborcze decyzje Amerykanów pochodzenia latynoskiego. Tradycyjnie głosowali na Partię Demokratyczną, ale w 2024 r., z wielu powodów zasługujących na oddzielne opracowanie, Donaldowi Trumpowi udało się w znacznym stopniu zniwelować przewagę Demokratów w tej grupie wyborców do zaledwie kilku punktów procentowych. Jednak już dwa lata później poparcie Latynosów dla Partii Demokratycznej było szacunkowo przynajmniej o kilkanaście procent wyższe, a największe rozczarowanie Partią Republikańską było widać wśród tych wyborców pochodzenia latynoskiego, którzy w 2024 r. głosowali na Trumpa. Paradoks może polegać na tym, że wyborców w tej grupie odstręcza od Republikanów przede wszystkim surowa i efektywna polityka przeciwko nielegalnej imigracji, a więc jeden ze sztandarowych punktów programu Trumpa w 2024 r.
Efekty tych zmian widoczne są gołym okiem w Teksasie. W 2024 r. w hrabstwie Hidalgo, w którym Latynosi stanowią ponad 90 proc. mieszkańców, na Donalda Trumpa zagłosowało ponad 110 tys. wyborców, co przełożyło się na niemal 51 proc. poparcia. We wtorek ponad 146 tys. mieszkańców hrabstwa oddało swój głos w wyborach do Senatu na Jamesa Talarico. Przełożyło się to na 72,5 proc. poparcia dla kandydata Partii Demokratycznej, co oznacza nieprawdopodobny wręcz zwrot o ponad 20 punktów procentowych w ciągu dwóch lat.
Po wyborach w USA jedno jest pewne: Europa musi bardziej zadbać o własną obronę
Wspomniałem również o Karolinie Południowej, gdzie podobnie jak w Teksasie Republikanów spotkała kolejna przykra niespodzianka w wyborach do Senatu. Darline Graham, siostra zmarłego niedawno wieloletniego senatora z ramienia Partii Republikańskiej Lindseya Grahama, dosyć niespodziewanie przegrała 46,7 proc. do 51,1 proc. z kandydatką Partii Demokratycznej Annie Andrews. Czy to oznacza, że od tej pory Karolina Południowa, stan tradycyjnie czerwony, zmienia swój kolor na niebieski? Proszę wstrzymać konie, jak mawiają za oceanem, gdyż w odbywających się tego samego dnia wyborach gubernatorskich mieszkańcy stanu niemal w identycznych, odwróconych proporcjach wskazali na Republikanina Alana Wilsona (51,6 proc.) kosztem Demokraty Jermaine’a Johnsona (47,1 proc.).
Jak więc rozumieć te niespodziewane wyniki na szczeblu wyborów do Senatu USA? Prawdopodobnie są duże grupy elektoratu, w tym przynajmniej część Latynosów, którzy są gotowi przenosić swoje poparcie między partiami pomiędzy cyklami wyborczymi. Sukces Partii Demokratycznej jest ogromny i bliski historycznego. Jeśli wybory w Missisipi i Alasce wygrają ostatecznie Demokraci, obejmą 56 foteli senatorskich. W bieżącym stuleciu tylko raz którejkolwiek partii udało się zdobyć więcej, i również byli to Demokraci, którzy zajęli 57 miejsc w Senacie w 2008 r.
Nawet jeśli przyjmiemy, że tegoroczny wynik to wypadkowa „niebieskiej fali”, negatywnego wyniku referendum nad prezydenturą Donalda Trumpa oraz solidnego prztyczka w nos, jakiego własnej partii wymierzyli umiarkowani republikańscy wyborcy, to nie przesądzają one o politycznej przyszłości Stanów Zjednoczonych w 2028 r., szczególnie o obsadzie Białego Domu. Natomiast ze względu na specyfikę cykli wyborczych do Senatu (6-letnia kadencja właściwa jest senatorom i senatorkom, co dwa lata wymienia się około jednej trzeciej składu Senatu) Republikanom na pewno będzie piekielnie trudno odzyskać kontrolę nad Senatem nie tylko w 2028 r., ale nawet w 2030 r., bo układ stanów wybierających w tych cyklach senatorów wydaje się dziś znacznie korzystniejszy dla Demokratów.
3. Nie wręczaj jeszcze nikomu kluczy do Białego Domu (ani nawet partyjnej nominacji na kandydata/kandydatkę)
37-letni James Talarico został pierwszym od 1993 r. senatorem Partii Demokratycznej z Teksasu. 39-letni Jon Ossoff, również Demokrata, został pierwszym od 1879 r. senatorem żydowskiego pochodzenia z Georgii, jednego ze stanów tak zwanego Głębokiego Południa. Są to niewątpliwie bardzo znaczące wydarzenia wyborcze, ale muszę przyznać, że z pewnym rozbawieniem czytam komentarze wytyczające obu panom ścieżkę do Białego Domu w 2028 r. Historia amerykańskich wyborów jest bowiem pełna „przełomowych wydarzeń politycznych”, których sprawcy dosyć szybko stawali się jedynie historyczną i statystyczną ciekawostką.
W 2010 r. Scott Brown został pierwszym od ponad 30 lat republikańskim senatorem ze stanu Massachusetts, będącego niebieską fortecą na wyborczej mapie Stanów Zjednoczonych. Z miejsca stał się jedną z gwiazd Partii Republikańskiej oraz „nową nadzieją” na odbicie Białego Domu z rąk Demokratów. Brown zajął miejsce w Senacie po zmarłym Tedzie Kennedym w drodze wyborów „specjalnych” (w Polsce powiedzielibyśmy: „uzupełniających”), więc aby móc marzyć o prezydenturze, musiał w 2012 r. obronić swój fotel senatorski. Przegrał z Demokratką Elizabeth Warren. Dwa lata później ponownie kandydował do Senatu USA, tym razem z New Hampshire. Przegrał z Demokratką Jeanne Shaheen. Marzenia o Białym Domu okazały się mrzonką.
Trump chce postawić w Waszyngtonie 76-metrowy łuk triumfalny. Sąd wstrzymał budowę
W 1998 r. 35-letni i szerzej nieznany Demokrata John Edwards niespodziewanie pokonał Laucha Fairclotha i został senatorem z Karoliny Północnej, która wówczas uchodziła za wyborczy bastion Republikanów. Już w 2000 r. jego nazwisko pojawiało się wysoko na liście potencjalnych kandydatów na wiceprezydenta u boku Ala Gore’a. Wydawało się, że jego czas nadszedł w 2004 r. Edwards zrezygnował z ubiegania się o reelekcję do Senatu i przyjął nominację na kandydata na wiceprezydenta u boku Johna Kerry’ego. Ostatecznie wybory prezydenckie wygrał ubiegający się o reelekcję George W. Bush, ale mimo to przyszłość Edwardsa wydawała się świetlana, a on sam zadeklarował gotowość walki o prezydenturę w 2008 r. Z wyścigu musiał wycofać się wobec udowodnionych zarzutów zdrady małżeńskiej wobec chorej na raka żony.
Czy to oznacza, że Talarico i Ossoff nie mają szansy na odegranie znaczącej roli w wyścigu o Biały Dom w 2028 r.? Nie, po prostu jest jeszcze znacznie za wcześnie, by można to było poważnie przewidywać.
„Czerwono” na amerykańskiej giełdzie. Inwestorzy wyprzedają akcje związane z AI
W obliczu spektakularnego sukcesu w Midterms oraz przeświadczenia, że polityczny wiatr będzie w najbliższych latach wiał w demokratyczne żagle, walka o nominację prezydencką Partii Demokratycznej będzie niezwykle brutalna. Przekonanie o słabości Republikanów sprawia, że osoba, która wygra prawybory wśród Demokratów, będzie już oczami wyobraźni widziała siebie w Gabinecie Owalnym. Chętnych do prezydenckiego pojedynku z potencjalnie osłabionymi Republikanami jest jednak wielu.
Prezydenckich ambicji oficjalnie nigdy nie odwoływała Kamala Harris. Wśród kandydatów wymienia się również odchodzącego gubernatora Kalifornii Gavina Newsoma (deklarował wstępnie, że jeśli Harris zdecyduje się kandydować, to on nie stanie do wyścigu, ale może być to kurtuazja albo zapowiedź walki o nominację wiceprezydencką), byłego sekretarza transportu Pete’a Buttigiega oraz silnie polaryzującą demokratyczną kongreswoman Alexandrię Ocasio-Cortez. Kolejka do Białego Domu jest długa i pełna doświadczonych politycznych wyjadaczy. Potencjalna zdolność do zdobycia 40 głosów elektorskich w Teksasie przez Talarico czy popularność wśród kluczowych grup elektoratu w stanach swingujących przez Ossoffa to na razie zdecydowanie zbyt mało, by mówić o nich jako o poważnych uczestnikach demokratycznego wyścigu po nominację prezydencką.
Niemniej ciekawie rysuje się sytuacja po drugiej stronie amerykańskiej politycznej barykady. Gdy w 2024 r. Donald Trump wygrywał wybory prezydenckie z JD Vance’em u boku, mało kto przewidywał, że już dwa lata później pojawią się poważne wątpliwości co do jego samodzielnego startu w 2028 r. Klęska Republikanów w wyborach Midterms zrodziła pytanie, czy paleokonserwatyzm Vance’a nie będzie obciążeniem w walce o umiarkowany elektorat w wyścigu o Biały Dom za dwa lata.
Polityczną krew poczuli ci, którym jeszcze niedawno marzenia prezydenckie nie wydawały się realne. Za rozliczenia ze strategią polityczną Republikanów wziął się, nie przebierając w słowach, Ron DeSantis, odchodzący gubernator Florydy, jedynego z kluczowych stanów, gdzie Partia Republikańska obroniła zarówno fotel gubernatorski, jak i senatorski. DeSantis był największym przegranym porażki Trumpa w wyborach prezydenckich w 2020 r., przez co nie mógł z powodzeniem ubiegać się o republikańską nominację cztery lata później. Analizy wskazujące na kluczowe znaczenie odzyskania latynoskich wyborców dla sukcesu w 2028 r. automatycznie do pierwszego rzędu pretendentów wysunęły sekretarza stanu Marco Rubio, który w przeszłości otwarcie zgłaszał prezydenckie ambicje.
„Zdjęcie z Trumpem może już nie pomóc w wyborach”. Kłopot dla polskiej prawicy
Niespodziewanie w ostatnich godzinach zareagował również Republikanin Ted Cruz, drugi senator z Teksasu, który nie tylko pogratulował zwycięstwa Talarico, ale również nakreślił ramy „planu naprawczego” dla Partii Republikańskiej. Działanie Cruza było już chyba odpowiedzią na post w mediach społecznościowych wiceprezydenta Vance’a, który jako pierwszy posypał głowę popiołem, co niektórzy potraktowali jako próbę lekkiego zdystansowania się od prezydenta Trumpa, i również wezwał Partię Republikańską do otwartej i uczciwej debaty nad diagnozą porażki w wyborach Midterms.
***
Winston Churchill miał kiedyś powiedzieć, że żadne zwycięstwo nie jest końcowe, a żadna klęska nie jest ostateczna. Wydaje się, że stratedzy obu partii powinni wziąć sobie do serca ten cytat. Tym, którzy w 2028 r. zaznają smaku porażki, można polecić inny bon mot brytyjskiego premiera: „Sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”.


