Wstaje o 5, pracę kończy najwcześniej o 19. Napięcie zwalcza grając w tenisa lub jeżdżąc na obozy z jogą. Dziennikarze wskazują ją na następczynię Donalda Tuska, bez wahania mówi o tym także Władysław Kosiniak-Kamysz, u którego boku zaczynała polityczną przygodę. Od polityków słyszymy, że zawsze dowozi. Od osób, które znają ją z dawnych lat, że na nic nie baczy. Kim jest Magdalena Sobkowiak-Czarnecka?

- Polska zawarła w ostatnich dniach kilkadziesiąt umów na kwotę 120 mld zł w ramach unijnego programu SAFE. Za sukces tych negocjacji odpowiada Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.
- Jej droga na szczyty polityki nie była prosta. Zaczęła się w lokalnych mediach, prowadziła przez Brukselę i ludowców. – Postać bardzo ambitna, niebiorąca jeńców – słyszymy.
- Teraz przed „panią od SAFE” może stać najtrudniejsze zadanie. Niewykluczone, że od tego, czy mu podoła, zależeć będzie kształt przyszłego parlamentu.
W ubiegłym tygodniu Polska podpisała w ramach unijnego programu pożyczek SAFE kilkadziesiąt umów o łącznej wartości 120 mld zł. – Niewykorzystanie pieniędzy na obronność byłoby „zdradą” i „zbrodnią” – mówił wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz. Osobą, dzięki której „zdrada” i „zbrodnia” nie zostały popełnione, jest Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.
Z dziennikarstwa do Brukseli, z Brukseli do kraju
Droga Sobkowiak-Czarneckiej na stanowisko pełnomocniczki rządu ds. SAFE, a wcześniej wiceministry ds. Unii Europejskiej w Kancelarii Premiera, nie była oczywista. Zaczynała w mediach – początkowo lokalnych, poznańskich, potem ogólnokrajowych: Polsacie i TVP.
U publicznego nadawcy zajmowała się głównie polityką. Relacjonowała ją dla Panoramy i Wiadomości, towarzyszyła przy zagranicznych podróżach premierowi Donaldowi Tuskowi i prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu. – Postać bardzo ambitna, niebiorąca jeńców – mówi nam jedna z osób, która zna ją z tamtych czasów.
Wśród dawnych redakcyjnych kolegów opinia o „pani od SAFE” jest dość jasna: nie zwraca uwagi na wartości, na kręgosłup moralny, tylko dowiezienie tematu bez względu na koszty. – Toksyczna postać. Ale w polityce takie są potrzebne, prawda? – słyszymy.
Dzięki dziennikarstwu w styczniu 2015 r. Sobkowiak-Czarnecka jako korespondentka TVP trafiła do Brukseli, gdzie od zaledwie miesiąca urzędował nowy przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.
Pracowała tak do czerwca następnego roku. Zrezygnowała ze względu na zmiany we władzach stacji. – Zawsze wychodziłam z założenia, że do widzów telewizji musi dotrzeć przede wszystkim prawda. Moje drogi z TVP – telewizją już nie publiczną, ale rządową – i prezesem Jackiem Kurskim się rozminęły – mówiła po latach w rozmowie z Jackiem Gądkiem.
Pomimo rozstania z „Woroniczą” Brukseli nie opuściła. Zadomowiła się jako speechwriterka w Komisji Europejskiej. Mówiąc prościej – pisała przemówienia dla unijnych komisarzy, w tym te o polityce obronnej. Czas ten był dla Sobkowiak-Czarneckiej kluczowy, to wtedy poznała Unię Europejską od środka.
A jak już Unię poznała i zdała egzaminy potrzebne do pracy w ichnich instytucjach, to wróciła do kraju.
Cel: Dowieźć ludowców do wyborów
Sprawny powrót do kraju zagwarantowało jej Polskie Stronnictwo Ludowe. Wraz z początkiem 2019 r. jako osoba bezpartyjna stanęła na czele zespołu doradców szefa ludowców. – Zdecydowałam się na to ze względu na Władysława Kosiniaka-Kamysza, którego uważam za najbardziej obiecującego polskiego polityka. Przed nim wielka przyszłość. Uznaliśmy wspólnie, że warto połączyć siły – tłumaczyła.
2019 był rokiem wyborczym, a ludowcy balansowali na granicy progu wyborczego. Przełamaniem stało się dopiero zawiązanie koalicji z ugrupowaniem Pawła Kukiza. Efekty w październiku były znaczne – 8,55 proc. i 30 mandatów.
Kolejne wyzwanie stanęło przed Sobkowiak-Czarnecką już w grudniu. Chwilę przed świętami Kosiniak-Kamysz ogłosił ją szefową swojej kampanii prezydenckiej. Celem było wejście do drugiej tury, a wesprzeć ją mieli m.in. Krzysztof Hetman, Michał Kamiński, Dariusz Klimczak, Miłosz Motyka i Piotr Zgorzelski.
Ostatni z wymienionych, dziś wicemarszałek Sejmu, do współpracy z szefową sztabu nie ma żadnych zastrzeżeń. – Zawsze dowozi, bardzo sumiennie pracuje. Jak mówi, że zrobi, to zrobi – opowiada. Zalet wymienia więcej: bardzo szybko buduje zespoły, nie boi się trudnych wyzwań, a kiedy pojawia się różnica zdań, to rozmowa z nią jest bardzo konkretna i skierowana na wspólne dobro.
Dopytywany o to, czy w takim razie Sobkowiak-Czarnecka ma same plusy, Zgorzelski odpowiada krótko: – Tak, właśnie.
Nawet prezydent nie dał rady jej powstrzymać
Do drugiej tury Kosiniakowi-Kamyszowi wejść się nie udało, choć przez moment niewiele brakowało. Może byłoby inaczej, gdyby nie zamiana kandydatki Koalicji Obywatelskiej Małgorzaty Kidawa-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego.
Mimo tego Sobkowiak-Czarnecka do polityki się nie zraziła. Z ludowcami została jeszcze kilka lat, a z początkiem 2024 r. powołano ją na funkcję podsekretarza stanu ds. europejskich w Kancelarii Premiera. Zajmowała się przede wszystkim przygotowaniami do sprawowania przez Polskę prezydencji w Radzie Unii Europejskiej.
Cały ten czas trzymała się na uboczu. To zmieniło się w momencie, w którym została powołana na pełnomocniczkę rządu ds. SAFE. Jej zadanie było jasne: dowieźć unijne pożyczki do końca, nieważne co by się działo – ze sprzeciwem wobec programu ze strony prezydenta Karola Nawrockiego włącznie.
Zadaniu podołała. – Dowiozłam SAFE i mam nadzieję dowozić kolejne rzeczy – ogłosiła na początku czerwca.
Wraz z dowiezieniem SAFE pojawiło się pytanie co dalej. Z odpowiedzią przyszli dziennikarze Polsat News i Interii Piotr Witwicki i Marcin Fijołek, którzy ogłosili wszem i wobec, że Sobkowiak-Czarnecką czekać może konkretna rola przy okazji wyborów parlamentarnych w 2027 r. Sugerowali, że może zostać nawet wicepremierką.
Kolejne media poszły dalej, mianując „panią od SAFE” kolejną szefową rządu, następczynią Tuska. Podpisał się pod tym Kosiniak-Kamysz, który pytany na antenie TVP, czy Sobkowiak-Czarnecka „może być przyszłą premierką albo prezydentką”, bez chwili namysłu odpowiedział, że tak.
Remedium dla wspólnej listy
Fakt, że wizja ta nie jest oderwana od rzeczywistości, potwierdza prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Platforma przeprowadzała kiedyś podobny manewr i zrobiła to wówczas w sposób skrajnie nieudolny. W miejsce Donalda Tuska, który budowany był jako polityk zdeterminowany i niebojący się podejmowania niepopularnych decyzji, przedstawiono panią Ewę Kopacz, jedną z łagodniejszych twarzy partii – przypomina.
– Pani Sobkowiak-Czarnecka miałaby być pójściem w inną stronę, zobrazowaniem technokratycznego wymiaru polskiego liberalizmu, pokazującym trzonowi elektoratu bardziej merytokratyczne oblicze – wskazuje.
Na jej korzyść działają m.in. brak partyjnej przynależności i poparcie wśród polityków Koalicji Obywatelskiej. Ale argument jest jeszcze jeden – bliskość ludowców.
Już przy ostatnich wyborach Tusk głośno wzywał do utworzenia wielkiej, wspólnej listy „obozu demokratycznego”. – Politycy, którzy nie chcą wspólnej listy opozycji, dostaną od wyborców srogie baty – grzmiał w marcu 2023 r. Z zaproszeń i przestróg wyszły jednak nici. Plany pokrzyżowali PSL i Polska 2050, tworząc Trzecią Drogę. O dołączeniu do list Nowej Lewicy – a tym bardziej Razem – mowy już nie było.
Teraz sytuacja wygląda zgoła inaczej. Po rozpadzie Polski 2050 ludowcy o wspólnej liście z dowodzoną przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz partią nie mają co myśleć. Do przebicia progu wyborczego mogłoby nieco zabraknąć. Analogiczna sytuacja dotyczy polityków Centrum – uciekinierów z dawnego ugrupowania Szymona Hołowni – którzy już dzisiaj walczą o dobre miejsca na liście Koalicji Obywatelskiej.
– Trudno sobie wyobrazić, żeby ludowcy mieli pewność znalezienia się w Sejmie w jakimkolwiek innym układzie niż przez wspólne listy z Koalicją Obywatelską – ocenia Chwedoruk.
I choć Kosiniak-Kamysz zapewnia, że przygotowuje swoją partię, jak zawsze, do samodzielnego startu, rzeczywistość może zweryfikować i te plany. Kiedy weryfikacja nastąpi i przyjdzie czas tworzenia jednej, wielkiej listy Koalicji Obywatelskiej, Centrum, PSL, a może i Polski 2050, jeśli w jakiś sposób nie dogada się z Nową Lewicą, trzeba będzie to dowieźć. A Sobkowiak-Czarnecka „zawsze dowozi”.
