Dwudziestoletnia Nur nosi dziś hidżab z wyboru. Kilka lat temu był on jednak wynikiem strachu przed utratą relacji, a nie manifestacją wiary. Radykalizacja rzadko zaczyna się od religii. Częściej to presja i potrzeba przynależności.

– Islam wyraźnie zabrania zwalczania przemocy przemocą. Chcę, aby ten przekaz poszedł w świat – podkreśla Amir Aziz, imam z Wilmersdorfer Moschee – najstarszego meczetu w całych Niemczech.
Spotykamy się przed wejściem do muzułmańskiej świątyni, położonej w mieszczańskiej, spokojnej dzielnicy Berlina. Wilmersdorf zamieszkują głównie seniorzy i rodziny z dziećmi.
Nie jest on tak „hipermultikulturowy” jak Neukölln czy Kreuzberg. Tu konflikty rzadko wychodzą na ulicę.
Za miętową kotarą
– Salam alejkum – mówię na powitanie.
– Wa alejkum salam – odpowiada Amir wesoło. To drobny mężczyzna po pięćdziesiątce. Pogodne i spokojne rysy twarzy idealnie współgrają z jego rolą.
Tuż przed progiem meczetu zdejmujemy buty, a zaraz potem – z szacunku do rozmówcy i miejsca, w którym jestem – narzucam na głowę kremową chustę. Działam bardziej z intuicji niż z obowiązku. Nie muszę tego robić, nikt nie zwraca mi uwagi.
Dochodzi 12:30. W sali modlitwy jest kilku mężczyzn.
Zanim jednak przejdziemy do głównej części, muszę chwilę poczekać. – Proszę, usiądź tu – Amir wskazuje część oddzieloną dla kobiet. Idąc, zerkam jednocześnie w stronę wiernych.
W strefie żeńskiej jest – oprócz mnie – jedna dziewczyna w jasnym chimarze używanym podczas modlitwy. Uśmiecham się do niej nieśmiało. To moja druga wizyta w meczecie. Nie do końca wiem, co „można”, a nie chcę jej przeszkadzać. Odwzajemnia gest.

Amir Aziz, imam z Wilmersdorfer Moschee. (fot. Zero.pl)
Zza miętowej kotary dobiegają kolejne słowa w języku arabskim. Słucham uważnie, na próżno próbując zrozumieć chociaż jedno. Rozglądam się też wokół. Na wieszaku przyczepionym do ściany wisi kilka abaji (to długa damska suknia) w różnych kolorach. Dobrze współgrają z kremowo-pomarańczowymi ścianami.
Po kilku minutach dziewczyna kończy modlitwę, zdejmuje chimar, odkłada go i wychodzi. Cichną też mężczyźni. Amir zaprasza mnie do głównej części.
Stopy zapadają mi się w miękki, jasnozielony dywan.
Niepewność własnej tożsamości. Badania mogą niepokoić
Badania Uniwersytetu w Münster pokazują, że część niemieckich muzułmanów doświadcza poczucia odrzucenia, co może zwiększać podatność na radykalizację. W 2024 r. odnotowano ponad 3000 antymuzułmańskich incydentów – o 60 proc. więcej niż rok wcześniej.
Z raportu wynika, że młodzi wyznawcy islamu zmagają się z niepewnością odnośnie do własnej tożsamości.
„Islam nie pozwala na ekstremizm”
To też podkreśla imam. Jego zdaniem – nawet mimo danych, o których pisaliśmy wyżej – zjawisko radykalizacji wśród nastoletnich muzułmanów jest dość ograniczone.
– W meczecie, w którym działam, a który funkcjonuje od wielu dekad, praktycznie nie spotkaliśmy się z realnymi przejawami radykalnych ideologii. Przekaz, który kierujemy do młodzieży, jest jednoznaczny: islam nie pozwala na radykalizm ani ekstremizm.
Aziz zaznacza, że to, co często bywa postrzegane jako radykalizacja religijna, w rzeczywistości jest raczej problemem politycznym.
– Religia bywa wykorzystywana lub nadużywana do realizacji określonych celów politycznych, a jej rzeczywiste nauczanie jest zupełnie inne.
W ciągu dekady pracy w Berlinie imam spotyka trzy takie osoby, raczej w średnim wieku.
– Zawsze stawialiśmy na rozmowę i wyjaśnienie. Tłumaczę też, że żyjemy w Niemczech, zaakceptowaliśmy konstytucję i porządek prawny tego kraju. To oznacza, że mamy obowiązek przestrzegać prawa.
Czasem przychodzą do niego zaniepokojeni rodzice. Najczęściej nie chodzi jednak o ideologie, lecz o emocje związane z konfliktami międzynarodowymi – Gazą, Afganistanem czy innymi regionami świata.
– Tłumaczę, że choć mamy prawo do sprzeciwu i uczuć, musimy znać granice swojej odpowiedzialności i nie reagować przemocą na wydarzenia, na które nie mamy wpływu. Z religijnego punktu widzenia islam uczy, że wobec zła należy działać, mówić lub przynajmniej go nie akceptować – ale nigdy nie wolno zwalczać przemocy przemocą – zaznacza.
Hidżab? Niekoniecznie
Aziz zwraca uwagę na co innego – radykalne interpretacje religijne u dzieci i młodzieży. Z tym ma do czynienia dość często, choć nie w „swoim” meczecie.
– Jedna dziewczynka twierdziła, że muzyka jest w islamie całkowicie zakazana, bo tak usłyszała od swojego imama. Wyjaśniłem jej, że nie wolno wydawać takich ogólnych zakazów bez odniesienia do źródeł. Zachęciłem, by zawsze pytała o dowody i rozróżniała religię od kultury.
Podobnie z noszeniem hidżabu. – W islamie kluczowe są skromność i przyzwoitość, a nie literalne, sztywne nakazy. W meczecie kobiety zakrywają głowę podczas modlitwy, ale poza tym nie ma przymusu. Wiele restrykcyjnych zasad, które są przedstawiane jako religijne, ma w rzeczywistości charakter kulturowy.
Mężczyzna w ostatnich latach poświęca dużo czasu na pracę z uchodźcami z Syrii i Afganistanu. Wśród przyjezdnych nie brakuje młodych ludzi.
– Zawsze powtarzam im trzy rzeczy: uczcie się języka, przestrzegajcie prawa i starajcie się być pozytywną częścią społeczeństwa.
Jaką rolę w radykalizacji odgrywa polityka międzynarodowa?
– Ogromną. Młodzi ludzie są manipulowani i przekonywani, że działają „w imię Boga”, podczas gdy w rzeczywistości chodzi o interesy i władzę. To niszczy myślenie całych pokoleń. Skutki są odczuwalne przez dziesiątki lat.
Zerkam na zegarek. Rozmawiamy blisko godzinę. Nie mogę spóźnić się na kolejne spotkanie. Na zakończenie pytam imama co my, media, źle rozumiemy w kontekście ekstremizmu.
– Problemem jest skłonność do uogólnień: gdy przestępstwo popełnia muzułmanin, podkreśla się jego religię, a gdy ktoś inny – mówi się po prostu o sprawcy. To tworzy fałszywy obraz wspólnoty, bo ekstremizm dotyczy jednostek, a nie całych religii czy społeczeństw.
Imam odprowadza mnie do drzwi. – Ma'a as-salama, dziękuję. Mam nadzieję, że pomogłem – mówi ciepło, ściskając moją dłoń.
Spokój, który zostawiam za sobą w Wilmersdorfie, za chwilę zderzy się z zupełnie innym Berlinem.
Światło, blask, jasność
Dojechanie na Kreuzberg – przy tak sprawnie działającym metrze – nie stanowi większego problemu.
Prosto z meczetu kieruję się na stację Heidelberger Platz. Wsiadam w pociąg linii U3. Po około 20 minutach wysiadam na Kottbusser Tor, w okolicy Görlitzer Parku.
Każdy, kto choć trochę zna Berlin wie, że w „Görli” od okolicznych dilerów można bez problemu kupić narkotyki. Tuż obok stojących tam godzinami mężczyzn bawią się dzieci, spacerują psiarze i seniorzy.
Właśnie niedaleko czeka na mnie Nur, rezydentka Kreuzbergu.
Jej imię to po arabsku światło, blask, jasność. Poznaje nas wspólny znajomy. 20-latka jest raczej skryta. Brązowe oczy podbija jasnoróżowy hidżab. Widać w nich jednak niepewność i nieufność. Być może do mnie, być może do świata.
Nieśmiało podaje mi rękę. – Średnio mówię po angielsku – zaczyna całkiem płynnie, choć cicho.
Namówienie jej na spotkanie zajęło mi sporo czasu. Długie rozmowy online przekonały ją jednak. Do burzliwych lat nastoletnich wraca niechętnie. Twarzy pokazywać nie chce. – To już dawno za mną, żyję teraz innym życiem. Zrozumiałam swój błąd i wiem, że więcej go nie powtórzę.

Nur nosi dziś hidżab z wyboru. (fot. Zero.pl)
Jej rodzice pochodzą z Turcji. Do Berlina przyjechali jako świeżo upieczone małżeństwo, jeszcze bez dzieci. Religia w ich domu ma raczej marginalne znaczenie.
Owszem, na Ramazan Bayramı (Święto Przerwania Postu) zjedzą baklavę, ale traktują to bardziej jak spotkanie rodzinne. Post w Ramadanie, hidżab, codzienne modlitwy, rytuały czy praktyki meczetowe? Zapomnij. Nur – urodzona już w niemieckiej stolicy jedynaczka i córeczka tatusia – wzrasta na kulcie Atatürka. Dla wielu świeckich Turków wciąż jest on symbolem nowoczesności, racjonalizmu i niezależności.
Dzieciństwo w späti
Dziewczyna od najmłodszych lat biega wśród sklepowych półek uginających się od żywności. To w späti rodziców spędza czas po szkole. Odrabia lekcje za ladą, od czasu do czasu pomagając mamie obsłużyć klientów.
– To były świetne czasy. Mieliśmy bardzo dobre, pełne miłości relacje. Mama z tatą szybko nauczyli się niemieckiego i zintegrowali z lokalną społecznością. W szkole nie tylko ja miałam ciemniejszą skórę. Nie czułam się z tego powodu „gorsza”. Moją najlepszą koleżanką była piękna, stereotypowa Niemka. Blond włosy, niebieskie oczy, śnieżnobiała cera. Zazdrościłyśmy sobie nawzajem.
Przystojny Turek
Wszystko zmienia się zaraz po czternastych urodzinach. – Stawałam się kobietą. Rosły mi piersi, zaokrąglały biodra. Mama nigdy nie zwracała uwagi na mój ubiór. Nosiłam, co chciałam. Raczej luźne spodnie, bluzy i crop topy. Wiesz, typowo jak na tamten czas. Nigdy nie myślałam nawet, żeby zakryć głowę. Po co? Żyłam właściwie w świeckim domu.
Jedna z koleżanek Nur poznaje ją z rok starszym chłopakiem. To konserwatywny muzułmanin – też Turek urodzony w Berlinie – o dość sceptycznych wobec niemieckiej demokracji poglądach. Coś jednak między nimi „klika”.
– Był naprawdę mega, mega przystojny. Nigdy nie randkowałam z kimś takim, a to były dopiero początki moich damsko-męskich relacji. Różniliśmy się – ja raczej nie skupiałam się na politycznych i religijnych aspektach. On śledził wiadomości z całego świata i mi o nich opowiadał.
Nastolatkowie zaczynają się spotykać. Na początku Emirowi – bo tak ma na imię wybranek Nur – nie przeszkadza styl życia i brak obecności Allaha w życiu dziewczyny. Wychodzą po szkole, włóczą się po różnych dzielnicach Berlina. Czternastolatka czuje się przy nim wyjątkowa – wysoki, atrakcyjny, oczytany. Chłopaka zazdroszczą jej koleżanki. Samoocena drobnej Turczynki rośnie błyskawicznie.
„Co powiedzą przyjaciółki?”
– Po trzech miesiącach związku niezobowiązująco rzucił coś o hidżabie. Powiedział, że ładnie bym w nim wyglądała. Miałam na sobie akurat obcisłą sukienkę do kolan. To też skomentował. Pamiętam to jak dziś. „Nie uważasz, że zbyt kusisz?” – zażartował, jednak w jego oczach widziałam powagę.
Nur lekko to niepokoi. Nie rozmawia o tym z mamą, gdyż nie chce, by ta zabroniła jej kontaktów z Emirem. Zostaje z tym sama. Ona i poczucie wstydu.
– Bo jak to tak, mój chłopak nagle przestaje być taki idealny? Co powiedzą przyjaciółki?
Teksty o hidżabie powracają w kolejnych tygodniach. Ton Emira jest coraz ostrzejszy. Nur ma wrażenie, że jeśli nie założy chusty, ich relacja może się skończyć.
Ulega więc, ale robi to w ukryciu.
– Do szkoły wychodziłam w normalnym stroju, ale w plecaku miałam chustę. Nosiłam ją na lekcjach, przerwach i randkach.
Jedna z nauczycielek zaczepia Nur. Pyta o hidżab. – Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Znała Emira, wiedziała, z jakiej rodziny pochodzi. Stwierdziłam, że to mój wybór. Raczej nie uwierzyła.
Wraz z pojawieniem się hidżabu, choć nie od razu, z szafy nastolatki powoli znikają obcisłe sukienki. Więcej jest za to dresów i skromnych krojów innych elementów garderoby.
– Podświadomie czułam, że robię coś złego. Nie chciałam narażać się rodzicom przez noszenie hidżabu. Ale z drugiej strony, za bardzo zależało mi na Emirze.
Niepokojące nagrania
W ich związku pojawia się coraz więcej napięć. Nastolatek pokazuje Nur nagrania radykalnych imamów nawołujące do przemocy i agresji wobec niewiernych. Zachwyca go to i – jak mówi – inspiruje do działania. Nie wyjawia, co ma na myśli.
– Przestraszyłam się. Gdzie ten chłopak, którego pokochałam? Teraz stał przede mną człowiek, z którym nie chciałabym spędzić nawet dnia. Bolało mnie to i nie popierałam tych bzdur zamieszczanych w sieci.
14-latka wciąż tkwi jednak w relacji. W szkole nosi hidżab.
W końcu mama dziewczyny trafia do szkolnej pedagog. „Nur stała się bardziej skryta, radykalna w poglądach, wycofana i nosi chustę” – słyszy kobieta.
– Nigdy nie zapomnę tej awantury na zapleczu sklepu… Mama była przerażona. Zapytała, czy wpadłam w jakieś szemrane towarzystwo. Przyznałam się, że chodzi o chłopaka. Płakałam. Jednocześnie czułam, jak zrzucam z siebie ogromny ciężar.
Rodzice szukają wsparcia w organizacjach pozarządowych i u imama. Okazuje się, że ich sąsiedzi znają kogoś, kto pomaga w odejściu od radykalizmu.
– Nie czułam się ekstremistką. Kierowały mną raczej strach i obawa o relację. Nie podobały mi się treści, które pokazywał mi Emir. Hidżab i skromne ubrania nosiłam, bo nie chciałam go stracić – wyjaśnia Nur.
Po rozmowie z imamem dziewczyna zbiera się na odwagę i postanawia zakończyć związek. Kosztuje ją to sporo nerwów.
– Imam wytłumaczył mi mechanizm działania radykalnych osób. Wyjaśnił, że nie ma to nic wspólnego z islamem. Wsparł mnie i pomógł zerwać z Emirem.
Młodzi spotykają się któregoś dnia po szkole. – Nie pamiętam, co konkretnie mu powiedziałam. Miałam mętlik w głowie. Zachował się dość arogancko. Wyśmiał mnie i stwierdził, że „wymyślam”. Nie zadeklarował, że się zmieni. Nie zawalczył o nas. Po prostu odpuścił.
„Teraz noszę go z wyboru”
Ulga i złamane serce jednocześnie. Nur dochodzi do siebie przez kilka kolejnych tygodni. Na szkolnym korytarzu udaje, że się nie znają. Ukojenia szuka w meczecie, u imama, któremu – jak po latach przyznaje – jest niesamowicie wdzięczna.
– Zaangażowałam się w życie wspólnoty. Choć moi rodzice wciąż nie wierzą, ja chętnie spędzam czas ze społecznością. Nie zraziłam się, choć było blisko. Oni uświadomili mi, jak dalekie od nauk Koranu były te okropne, propagandowe filmiki pokazywane przez Emira.
Dlaczego na głowie wciąż ma hidżab? Po raz pierwszy podczas naszej rozmowy – a „zrobiłyśmy” już razem ładnych parę kilometrów – 20-latka się uśmiecha.
– Teraz noszę go z wyboru. Nie wstydzę się chusty. Uważam, że dodaje mi urody. Przypomina też o błędach młodości. Cieszę się, że w odpowiednim momencie udało mi się zakończyć tę relację. Dla Emira byłam w stanie zrobić wiele. Co, jeśli wciągnąłby mnie do grupy radykałów? Nie oszukujmy się, w Berlinie takie istnieją i stanowią realne zagrożenie.
Nur kończy nasze spotkanie smutną refleksją. – Wciąż jestem sama. Wiem, że jeszcze wiele przede mną, ale od czasu Emira nie jestem w stanie nikomu zaufać. Boję się powtórki. Jestem starsza i mądrzejsza, ale pamiętam, co z moją psychiką, pewnością siebie zrobił ten gość.
Rozchodzimy się w pobliżu Schlesisches Tor – jednej ze stacji metra na Kreuzbergu. Dziewczyna żegna się ze mną tym samym słabym uściskiem dłoni. – Nie wiem, czy dobrze, że ci o tym powiedziałam. Znów wróciło do mnie to okropne poczucie wstydu…
Uśmiecham się i wzruszam lekko ramionami. – Jeśli twoja historia pomoże przejrzeć na oczy komukolwiek innemu, uważam, że warto było wyjść ze strefy komfortu.
Nur już nie odpowiada. Macha ręką i odchodzi.
Teatr łącznikiem
– W opowieści o Berlinie zawsze wraca mi jedna scena: ludzie stojący przed blokiem i klaszczący. Nie na koncercie, nie na meczu, a przed domem azylantów, który właśnie obrzucono koktajlami.
Arek Ziętek, 52-letni reżyser i scenarzysta, mówi o tym dość spokojnie. Wschodnie Niemcy, wczesne lata 90. Brutalne ataki neonazistowskich bojówek na ośrodki dla uchodźców. Pobicie, krzyki, płomienie. I tłum, który „kibicuje”.
Sytuacja ta jest początkiem projektu, jakiego jeszcze nie było.
– Ktoś wpadł na pomysł, że skoro ludzie potrafią klaskać przemocy, trzeba stworzyć okazję, w której będą klaskać czemuś innemu. Nam, czyli – de facto – cudzoziemcom.
Tym łącznikiem okazuje się być teatr. Organizacja Interkunst e.V. rusza z „Instant Acts przeciwko przemocy i rasizmowi”. Zaczynają od spotkań dla wszystkich chętnych.
– Młoda grupa teatralna grała przed domami azylantów i w miejscowościach, w których atmosfera była gęsta od gniewu i wstydu. Ideą nie było moralizowanie. Raczej proste przesunięcie: spotkanie na neutralnym gruncie sztuki, zamiast strachu i wrogości.
„Abdul jest okej”
Jednorazowy projekt okazuje się na tyle potrzebny, że wraca co roku.
Z czasem przenosi się do szkół – tych, do których inni nie chcą jeździć. Arek powtarza słowo „spotkanie”, jakby było hasłem-kluczem. Przyjeżdżają młodzi artyści: teatr, muzyka, potem hip-hop, breakdance, czasem cyrk. Najpierw warsztaty – szybki podział według zainteresowań, by młodzi wybierali „co lubią”, a nie „z kim trzymają”. Potem pokaz tego, co udało się zrobić. Na koniec występ artystów – variété dotykające przemocy, rasizmu, opresji, ale w przystępnej formie.
– Chłopak z miejscowości we wschodnich Niemczech nie chciał wejść na warsztaty. Rzucił nawet pogardliwym słowem w kierunku cudzoziemców. W końcu trafił na zajęcia bębniarskie z Afrykańczykiem. Po godzinie pomagał nosić instrumenty do autobusu. Kiedy ktoś zapytał go, czy „dalej nienawidzi cudzoziemców”, odpowiedział bez wahania: „Tak, ale Abdul jest okej”.
Arek nie idealizuje. Nie twierdzi, że warsztaty „leczą” nienawiść w jeden dzień. Mogą za to zapoczątkować zmianę.
Chusta nie jest już „obciachem”
W jego opowieści pojawia się też temat tożsamości – dokładnie ten, o którym mówił mi Amir Aziz.
– W Berlinie zawsze będziesz Turkiem, a kiedy pojedziesz do Turcji – Niemcem – słyszałem to wiele razy – mówi.
Dzielnica bywa dziś bezpieczniejszą kotwicą niż ideologiczna wspólnota.
– Kreuzberg jako „my” – realne, namacalne, codzienne. Rap jako język miejsca, a nie religii. W Berlinie wiele działań społecznych i artystycznych opiera się właśnie o lokalność, bo „dzielnicową” tożsamość zbudować łatwiej niż narodową albo religijną. I trudniej ją wykorzystać do politycznej mobilizacji.
Wątek chust wraca u Arka nie jako spór o religię, a opowieść o grupie.
– Pamiętam moment, gdy w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych chusta przestała być „obciachem”. Stała się rozpoznawalnym znakiem mody, siły, czasem przynależności. Zdarzało się, że rodzice nie wiedzieli, że córka chodzi w chuście, bo nie wynikało to z domu, tylko z presji rówieśniczej. Jedna liderka zakłada i nagle, tydzień później, była ich piątka.
Dopiero internet domyka ten obraz. Wcześniej, żeby wejść w skrajne środowisko, trzeba było je znaleźć. Nie każdy meczet radykalizuje. Wręcz przeciwnie, większość działa normalnie, otwarcie, w dialogu z lokalną społecznością. Sieć skraca drogę. Bańka, algorytm, poczucie wspólnoty w sekundę i obietnica: „Tu przestaniesz być zawieszony, dostaniesz prostą odpowiedź na pytanie kim jesteś”.
„Możesz być kim chcesz”
Na koniec Arek wraca do czegoś, co brzmi banalnie, ale w jego ustach nabiera większego sensu. Edukacja. Nie jako hasło, a otwieranie głów. Część dzieci migrantów nie ma w domu wzorców studiów, matury, „awansu”. Nie dlatego, że nie chce. Nikt tego przed nimi nie doświadcza.
– Kiedy dochodzą do tego bieda, ciasnota i ulica jako jedyne miejsce oddechu, łatwo o szukanie ujścia emocji w przemocy, gangowości, ekstremistycznych narracjach. Te dzieciaki muszą usłyszeć, że mogą być kim chcą, a wiele zależy od ich motywacji. To jedno zdanie – jestem tego świadkiem – zmieniło kilka ludzkich żyć.
