Reklama
Reklama
Reklama

Nie rzucajcie kamieniem w „Dziewczyny z Konstancina”

TYLKO NA

„Dziewczyny z Konstancina. Sekrety seksbiznesu” Beaty Tetkowskiej to opowieść bez moralizowania i bez sensacji, pokazująca świat prostytucji jako splot ekonomii, przetrwania i wyborów wymuszonych przez życie. To także historia transformacyjnej Polski, długów, przedsiębiorczości i decyzji podejmowanych tam, gdzie – jak mówi autorka – „nie ma wyjścia”.

red-28
Zaczęła od pizzerii i VHS. Skończyła w seksbiznesie. (fot. Shutterstock/Wyd. Chmury)
  • Książka Beaty Tetkowskiej pokazuje seksbiznes bez moralizowania.
  • To również opowieść o transformacyjnej Polsce: kredyty, przedsiębiorczość, lokalny biznes i wejście w orbitę mafijnych zależności oraz finansowej presji.
  • Autorka przedstawia świat prostytucji jako przestrzeń „demokratyczną”, gdzie spotykają się biznesmeni, młodzi mężczyźni i klienci szukający anonimowości, a granice społeczne zanikają.

W „Dziewczynach z Konstancina. Sekrety seksbiznesu” nie ma dogmatycznego potępienia ani zresztą bałwochwalczych czy bezkrytycznych zachwytów. Nie ma dyskretnych ekskuz. Jest natomiast niejednoznaczność w ujęciu najstarszego ze wszystkich zawodów świata.

Albowiem „żadna dziewczyna nie marzy o tym, żeby zostać prostytutką. Nikt nie bawi się w dzieciństwie w prowadzenie domu publicznego, nie ogląda bajek o księżniczkach, które ratowały rodzinny budżet swoim ciałem. A jednak życie popycha do takiej pracy” – czytamy w przedmowie do wspomnień Beata Tetkowskiej.

Z jednej strony kreśli herkulesowy trud pracy, z drugiej mozaikę historii dziewczyn, które przewinęły się w jej życiu oraz klientów. Książka jest zarówno o zbezczeszczeniach i zatruciach warszawskiego półświatka, o mafiach i rzezimieszkach, którzy zbijali majątki na ludzkiej krzywdzie. Ale to również wejście w głąb człowieczej niedoli – o uzależnieniu od seksu, od narkotyków, głodu autodestrukcji, a przede wszystkim o chęci poradzenia sobie z polipem czasu i przeciwności oraz samotnością w wielkim mieście.

Reklama
Reklama

Nie ma bardziej demokratycznego zajęcia. W domu publicznym spotkać można biznesmenów w stalowych garniturach, młodzieniaszków szukających seksualnej inicjacji, nieśmiałych albo mężów, którzy wstydzą się spełniać swoje sekretne fantazje z żonami.

Dom publiczny to zawieszona przestrzeń, bez selekcji, bez rytuałów przejścia i inicjacji. To dom wiecznie otwartych drzwi, gdzie za kilka stów można zaznać iluzji uczucia albo wydobyć z siebie parzące napięcia. Wśród klienteli, którą autorka opisuje w większości zapracowanych biznesmenów, którzy między śniadaniem, a pracą, wstępują na kilka chwil w objęcia zapomnienia.

Beata Tetkowska zaczynała w zawodzie na początku lat dziewięćdziesiątych. Trochę z przypadku, trochę z ciekawości – przede wszystkim w wyniku splotu wydarzeń: „chciałabym, żeby ci, którzy tak chętnie plują i oceniają, wiedzieli: czasem życie układa się tak, że po prostu wpadasz w tę branżę”.

Kierowco, nie martw się nowymi przepisami. Niedługo będzie jeszcze „gorzej”

Reklama
Reklama

Konstancin lat 90. i złudzenie przedsiębiorczości

Autorka imała się różnych zajęć, głównie zakładała interesy. Jak wielu po transformacji poczuła zew własnej przedsiębiorczości. Jedni handlowali ciuchami na bazarze, inni sprowadzali auta. Tetkowska otworzyła wypożyczalnię kaset VHS, następnie pizzerię. „Wzięłam kredyt, by zbudować dom. W tamtym czasie miałam dużo kredytów i leasingów. Jeśli chcesz rozwijać własny biznes, musisz inwestować, a jeśli nie masz własnych pieniędzy – bierzesz kredyty. Potem latami je spłacasz. Nie da się inaczej”.

Wszystko szło gładko. Do lokali chętnie przychodziła konstancińska społeczność. Interes kwitł, Tetkowska wynajęła nawet dodatkową przestrzeń dla swoich gości. Pizza w owych czasach miała w sobie wdrukowany nowy świat, włoski placek kojarzył się z Zachodem, odejściem od prl-owskiej szarzyzny, mielonych i kiszonej kapusty.

Bohaterka dobrze wyczuwała ducha czasów. Z Italii przyszła wybitna gastronomia. Niestety, nie tylko. Do drzwi Tetkowskiej zapukała „grupka lokalnych kombinatorów”, pełzająca polska mafia, która zbierała haracz od właścicieli lokalów usługowych. Dziewczyna z Konstancina zaczęła się staczać w wir długów. Co spłacała, to przychodzili inni. I tak – da capo.

Nocami nie mogła spać. Wyssana do nitki pracą, coraz trudniej wiązała koniec z końcem. Używała mnóstwo forteli. Drżała o siebie, lecz przede wszystkim – o swoje dzieci.

Reklama
Reklama

Tetkowska nie wysuwa cudów fantazji tam, gdzie jaśnieje trudna prawda. Nie daje się napompować wielkimi słowami. Pisze językiem bezprzymiotnikowym. „Po rozwodzie, zostawieniu pizzerii i stracie domu w Konstancinie zostałam bez pieniędzy. Poszłam nawet do opieki społecznej (…) Nie miałam nic. W portfelu 20 złotych. A za chwilę dzieci szły do szkoły. Trzeba było kupić książki, zeszyty, tornistry, ubrania, buty, jedzenie…” – lapidarnie wylicza.

Afera z lodami za czerwony pasek. RPD chce zakazu, Stanowski odpowiada

Próg decyzji – moment bez powrotu

Tetkowska musiała podjąć decyzję. Wpaść w studnię bez dna. Na marginesie opowieści plączą się mimowolnie refleksje o świecie bez alternatywy, o kraju, który nie chciał, zdaje się, dostrzec, „skrzywdzoną i poniżoną”. „Dziewczyny z Konstancina” to spowiedź o czasach agresywnie pukającego do polskich drzwi kapitalizmu. Wolnej amerykanki, okrucieństwa systemu i ludzi owładniętych żądzą szybkiego i łatwego pieniądza.

Kobieta nie kwalifikowała się do socjalnej zapomogi. Tułanie się po mieście bez celu stanowiło apokaliptyczną uwerturę. „Nie mam wyjścia – szepnęłam do siebie. – Po prostu nie mam”. Poszła do kiosku, kupiła gazetę, w której mieniły się niewinne z pozoru anonsy: „Szukam dziewczyny do pracy” albo „miłą, atrakcyjną zatrudnię”. Wykręciła numer wiedząc, że przekracza granicę, zza której nie będzie już powrotu. Przyjechał stręczyciel, wypachniony i uśmiechnięty. Nauczył ją rzemiosła. Wynajął mieszkanie na warszawskim Śródmieściu. I tak to się zaczęło.

Reklama
Reklama

Dziewczyna z Konstancina zaczęła swoją karierę późno, grubo po trzydziestce. I tutaj pierwsze zdziwienie. „Mój wiek (…) okazał się atutem. Nie każdy klient szukał młodości. Wielu wolało dojrzałość, spokój, klasę, rozmowę. Prywatka była miejscem, gdzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie”.

Sprawa nabrała lawiniastego charakteru. Tetkowska przestała szybować w przestrzeni marzeń. „Przez kilka pierwszych miesięcy często płakałam (…) Szłam ulicą lub wchodziłam do sklepu i wciąż miałam wrażenie, że ludzie patrzą na mnie i wiedzą, czym się zajmuję”. Przyjmowała po pięciu klientów dziennie, jedni brudni, drudzy agresywni.

Bez kamienia: o potrzebie niuansu

Prostytutka ma w sobie coś z biblijnych przypowieści o natchnionych pustynnych, nędzarzach. O tych, których poniżano i bito, ale dla których czeka niechybnie pociecha królestwa umieszczonego wysoko między konstelacjami gwiazd.

To zdaje się u ojca reportażu Egona Ervina Kischa jest zmyślony opis zaświatów dla Marii Magdaleny, gdzie umęczona prostytutka trafia po życiu pełnym strapień i cierpień do nieba. A tam zamiast anielskich zastępów i chórów wystrojonych w długie szaty, różowiutkie przestrzenie, wygodne, wypachnione łóżka, mili klienci oraz dobre zapłaty za zaspokojone pożądania. Kisch kwituje, że każdy wyobraża sobie swój raj na miarę swojej wyobraźni.

Reklama
Reklama

Tetkowska o swoich klientach: „Jak mogłabym ich nie lubić? Przecież wszystko to, co mam, mam dzięki nim. Mam, gdzie mieszkać, co jeść, mogę utrzymać samochód, ubrać się. Jestem spokojna. Każdy mój kochanek, każdy klient pomagał mi spełniać moje marzenia. Dzięki nim mogę żyć tak, jak żyję. Mam dwa domy i wiele planów. Więc nie mogłabym ich nie lubić”.

Już Bolesław Prus czynił na stronach „Lalki” rozróżnienie na prostytucję z nędzy i na prostytucję duszy „bez potrzeby”. W pierwszym przypadku nie wolno nam kłaść moralnego osądu, pouczał pisarz. Sprawa spowita jest bowiem w tym przypadku w całun tajemnicy, niedomagań, trudności. Los bywa okrutny. W drugim zaś przypadku, tam, gdzie utrzymywane są „pozory cnoty”, należy walczyć.

Nie osądzajmy, przeczytajmy „Dziewczyny z Konstancina” nim sięgniemy po kamień.

Źródło: Zero.pl
Marcin Darmas
Marcin DarmasDziennikarz
Tagi: książki
Reklama
Reklama