Reklama

Po co właściwie płacimy na PISF? Dyrektorka instytutu Kamila Dorbach w rozmowie z Zero.pl

Reklama
TYLKO NA

– Gdy przyszła kontrola skarbówki, nikt nie pytał, czy taki albo inny film miał nominację do Oscara, tylko gdzie są pieniądze i faktury – mówi w rozmowie z Zero.pl Kamila Dorbach, dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Z szefową PISF rozmawiamy o stanie polskiego kina, medialnej burzy wokół instytutu oraz skomplikowanych relacjach ze środowiskiem filmowym.

artykul_glowne-foto
Kamila Dorbach, dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (fot. PISF)

Wspierający produkcję i promocję polskiego kina Polski Instytut Sztuki Filmowej działa od 2005 r. na mocy ustawy o kinematografii. Finansowany jest z wpłat prywatnych podmiotów oraz z publicznych pieniędzy. W 2025 r. budżet instytucji wyniósł ok. 500 mln zł.


Reklama

Na wiosnę 2024 r., po kontroli nowego resortu kultury oraz naciskach środowiska filmowego, odwołano z funkcji dyrektora Radosława Śmigulskiego, który kierował PISF od 2017 r. Zarzuty dotyczyły m.in. sposobu podejmowania decyzji dotacyjnych, braku transparentności decyzyjnej oraz prywatnych wydatków ze służbowych kart kredytowych.

W czerwcu 2024 r. na stanowisko dyrektorki powołano Karolinę Rozwód. W tym samym czasie resort kultury wciąż badał sprawy decyzji Śmigulskiego oraz dotacji z końca 2023 r. Wtedy też zaczęła się sprawa dotacji dla filmu „Ministranci” w reż. Piotra Domalewskiego, prod. Aurum Film. Pojawiły się pytania, czy podpisanie umowy nie naruszało ustawy o finansach publicznych.

30 października 2024 r. Rozwód złożyła rezygnację z funkcji dyrektorki PISF. Twierdziła, że została do tego zmuszona groźbami ze strony przedstawicieli MKiDN. Później próbowała nieskutecznie wycofać rezygnację i pozwała PISF do sądu pracy. We wrześniu 2025 r. sąd oddalił zarzuty, jakoby rezygnacja została złożona nieświadomie bądź pod wpływem nacisków ze strony przedstawicieli MKiDN. Wyrok nie jest prawomocny. 


Reklama

Kamila Dorbach pełniła obowiązki dyrektora PISF po odwołaniu Radosława Śmigulskiego (w tym czasie kierowała do prokuratury zawiadomienia o możliwie niezgodnym z prawem wydatkowaniu środków publicznych – zarówno w sprawie wydatków Śmigulskiego, jak i „Ministrantów”). W instytucie prowadzonym przez Karolinę Rozwód była jej zastępczynią. W czerwcu 2025 r., po wygraniu konkursu, została powołana na stanowisko dyrektor PISF. 


Reklama

Michał Walkiewicz, Zero.pl: Jakie korzyści ma dziś podatnik z istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej?

Kamila Dorbach, dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej: Korzyścią jest polskie kino. Ludzie coraz częściej chodzą na polskie filmy. I to, pomimo że streaming jest coraz powszechniejszy w domach. W PISF skupiamy się na dobrych historiach. Chcemy, żeby zdobywały nagrody i uznanie na świecie. I nie mówię tylko o Oscarach. Wierzymy, że polski podatnik ma ogromną satysfakcję z tego, że polskie kino jest obecne na arenie międzynarodowej.

Ludzie chętniej chodzą do kina? Przecież rynek od paru lat jest wypłaszczony.


Reklama

Jest. Nie odkryję Ameryki, mówiąc, że pandemia wyćwiczyła w nas nawyk oglądania filmów w streamingu. Obserwujemy to, co się dzieje, badamy widza oraz to, czym go przyciągnąć. Kina są dla nas najważniejsze. Nie chcemy finansować filmów na platformy VOD. Chcemy zwiększyć świadomość polskiego widza zarówno przez edukację filmową (W ramach programów operacyjnych PISF edukacja filmowa dotyczy: szkół – wyższych, podyplomowych, średnich i zawodowych; kształcenia profesjonalistów oraz profesjonalizacji szkolnictwa językowego; edukacji dla kin studyjnych – red.), jak i uruchomiony w tym roku po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat program dystrybucji, który ma pomóc producentom w promowaniu i dystrybuowaniu swoich filmów.


Reklama

Frekwencja w polskich kinach była nieco wyższa w 2025 r. wyłącznie za sprawą IV kwartału i dwóch filmów – „Avatara” i „Domu dobrego”. Na półmetku była niższa aż o 6 proc. względem 2024 r. A jeśli chodzi o polskie kino, był to po prostu rok ewenementów. Smarzowski nie kręci filmu co roku. „Akademia Pana Kleksa”, po 60 proc. spadku widowni przy drugim filmie, nie będzie „polskim Harrym Potterem”, tylko umierającą marką. „Teściowie 3” to duży sukces, ale trendy w przypadku takich serii pokazują, że domknięcie trylogii to punkt zwyżkowy. „Ministranci” – odtrąbiono sukces, ale czy słusznie? 

„Ministrantów” obejrzało 400 tys. widzów. I proszę pamiętać, że zbiegli się premierą z filmem Smarzowskiego oraz wielką dyskusją społeczną. Uważam, że dla filmów artystycznych taka średnia – ok. 300 tys. – to bardzo dobry wynik.

Wiem, że zadowalamy się takim wynikiem w przypadku filmu, który wygrywa festiwal w Gdyni. Nie wiem tylko, czy powinniśmy. Kiniarze też nie są zadowoleni i prognozują aż 25 proc. spadek widowni na polskich filmach w 2026 r.


Reklama

Komercyjnych sukcesów było więcej – kino familijne, „Sto dni do matury”, wspomniani   „Teściowie 3” i „Dom dobry”, „Vinci II”. Chciałabym natomiast oddzielić kwestię PISF od tego, jak producenci indywidualnie promują swoje filmy. Właśnie dlatego program dotyczący wsparcia dystrybucji w PISF jest dla mnie istotny. Po pierwsze, będziemy przekazywać pieniądze producentom, a nie dystrybutorom, tak żeby to producenci mieli lepsze warunki negocjacyjne w rozmowach z dystrybutorami. 


Reklama

Po drugie – program dystrybucji będzie zakładał obowiązek uprzedniego wykonania badań fokusowych. Część producentów oczywiście już to robi. Zależy im na tym, żeby w jakiś sposób kierunkować promocję. Mieliśmy mnóstwo przykładów filmów, które celowały w określoną grupę odbiorców i rezultat nie był satysfakcjonujący. Mamy też dużo dobrych wysokobudżetowych filmów, które nie odniosły sukcesu. W związku z tym uznaliśmy, że do pewnego stopnia promocja i dystrybucja nie działają. 

A promocja zagraniczna? Na horyzoncie mamy Oscary. Kolejne bez nas. W ubiegłej dekadzie byliśmy rekordzistami nominacji wśród krajów nieanglojęzycznych. A przez ostatnie sześć lat mamy tylko jedną nominację dla filmu „IO”. Problem nie zaczyna się na etapie typującej kandydata Komisji Oscarowej? 

Komisja składa się z wybitnych fachowców. Podejmując decyzję o wytypowaniu filmu „Franz Kafka”, głęboko wierzyliśmy, że film znajdzie się na shortliście i że zostanie nominowany. Wybieraliśmy oczywiście z puli, którą producenci do nas zgłaszają. Korzystaliśmy z ekspertów, którzy byli dostępni. To był w moim odczuciu najlepszy możliwy wybór. 


Reklama

W wizji mojego poprzednika, Radosława Śmigulskiego kino oscarowe faktycznie było najistotniejsze. Szczyci się tym, że dotował i wspierał te filmy. I rzeczywiście – odnosiliśmy w tym czasie sukcesy. Tyle że PISF nie został powołany, żeby dotować tylko takie filmy. Ustawa mówi, że mamy wspierać też kino artystyczne, kino niekomercyjne, kino, któremu trudno będzie zebrać budżet w inny sposób. 


Reklama

Chcę to podkreślić: Oscary są ważne. Ale i w Europie, i na świecie mamy inne nagrody oraz festiwale. Mamy BAFTĘ (nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej – red.) i Europejskie Nagrody Filmowe, które – nie wiem czemu – nazywane są wciąż „europejskimi Oscarami”. 

A ja wiem. Ponieważ bez względu na to, jaka jest realna kulturotwórcza siła Oscarów, nagrody EFA są mniej istotne.

To chyba zależy od tego, jakiego widza spytamy.


Reklama


Reklama

Nazwijmy go polskim podatnikiem. To nie jest przecież tak, że jedziemy na Oscary, żeby się pokazać na salonach. Te filmy często zyskują po nominacji albo samej ceremonii drugie życie.

I ja, i pan, i polski podatnik – wszyscy mamy świadomość, że wartość artystyczna filmu nie przekłada się zawsze na to, co ląduje później na shortliście czy w nominacjach oscarowych. Nie ujmując nic Oscarom i „Franzowi Kafce”, chciałabym, żeby dofinansowane filmy startowały też w innych rywalizacjach (już po przeprowadzonym wywiadzie, na festiwalu w Berlinie, w sekcji Panorama nagrodę publiczności otrzymały dokumentalne „Ślady”, dofinansowana przez PISF koprodukcja polsko-ukraińska – red.)

Ja też nic nie ujmuję „Franzowi Kafce”. To świetny film. Wydaje mi się jednak, że wysyłanie awangardowego kina o Kafce na Oscary jest dziwnym pomysłem. Czy dla komisji przygotowywane są jakiegoś rodzaju analizy, badania?


Reklama

Ale kto miałby badać i co? Jaki obszar?


Reklama

Trendy historyczne i współczesne; co jest doceniane, pożądane; gatunki, konwencje, tematy. Myślę, że na obecnym etapie pomogłoby nawet wejście na stronę Oscarioza z ciekawostkami i statystykami oscarowymi.

Proszę pamiętać, że mieliśmy do czynienia z filmami, które zgłaszają do nas producenci. Do tego wyścigu stanął na przykład „Dom dobry” Wojtka Smarzowskiego. Uznaliśmy, że nie jest kinem oscarowym. Ważne są też inne czynniki, nie tylko jakość filmu, ale też np. amerykański dystrybutor filmu. Wojciech Smarzowski nigdy nie był tak popularny za granicą, nie prowadził tam kampanii. Proszę jednak zwrócić uwagę na fakt, że nawet nie stając do tego wyścigu, i tak przyciągnął do kin 3 mln ludzi. To nie zawsze ma przełożenie.

A jaki był budżet PISF-u na kampanię oscarową „Franza Kafki? 


Reklama

2 mln zł.


Reklama

To chyba śmieszna suma w kontekście tego, ile kosztują dziś promocje filmów oscarowych w krajach bez instytucjonalnego wsparcia. W przypadku niezależnej „Anory” koszty promocji przekraczały budżet trzykrotnie.

To bardzo duża kwota. Jedna z najwyższych, jakie zostały kiedykolwiek przyznane przez PISF. Producenci byli z niej zadowoleni. I warto dodać, że producent nie otrzymuje pieniędzy moją słuszną decyzją, tylko składa do instytutu wniosek na kampanię oscarową.

Musimy brać pod uwagę wiele rzeczy: koszty kampanii w USA, liczbę pokazów, wzmocnienie kampanii w przypadku, gdy film trafi na shortlistę. Budżet jest ograniczony. Dofinansowujemy przede wszystkim produkcję filmową, edukację i upowszechnianie, dotowanie kin, badania rynku, promocję zagraniczną. W tych sferach instytut za moich czasów przekazał najwięcej pieniędzy. 


Reklama

Od ośmiu lat Gdynia i Komisja Oscarowa nie są zgodne co do tego, który z polskich filmów jest najlepszy. Przecież z perspektywy promocji zagranicznej oraz niewielkiej kinematografii dwa różne komunikaty to strzał w stopę.


Reklama

Co pan proponuje?

Częściowe połączenie składów jurorskich? Myślę, że w kontekście promocji oscarowej powinno nam zależeć na ujednolicaniu komunikatu i mówieniu wprost: film X to najlepsze, co mamy do zaoferowania. 

Być może ma pan rację. Takie pomysły należy rozważać. Bez względu na to, co twierdzi pan Śmigulski, w ostatnich latach polskie kino nie było widoczne w Europie w satysfakcjonującym stopniu. Rozmawialiśmy o tym niedawno w Berlinie. Była to duża dyskusja dotycząca obecności polskiego kina na arenie międzynarodowej.


Reklama

Myślę natomiast, że taka propozycja będzie miała i zwolenników, i przeciwników. Część szeroko pojętej branży powie, że pryncypia, którymi od 50 lat kieruje się Gdynia, nie mają nic wspólnego z oscarowym wyścigiem. Zgadzam się zatem co do konieczności wzmocnienia marki polskiego kina. Trzeba jednak zwrócić uwagę na profil obydwu podmiotów.


Reklama

A ja myślę, że to po prostu nadałoby sens Gdyni jako czemuś więcej niż przeglądowi polskich filmów. 

Mamy nową dyrektor, Agatę Kozierańską-Burdę, która ma swoją politykę. Dajmy temu czas. Natomiast jestem za tym, żeby rozmawiać o pomyśle częściowego połączenia komisji jurorskich.

Medialne zamieszanie wokół pani trwa od ponad roku. Kwestionowane są pani kompetencje i doświadczenie. Była pani oskarżana o szkodliwe dla instytucji działania oraz spór z Karoliną Rozwód, odwołaną ze stanowiska w kontrowersyjnych okolicznościach. Na tapecie jest sprawa zawiadomień do prokuratury w sprawie dotacji dla filmu „Ministranci”. Poszła pani do Sylwestra Latkowskiego, żeby odbić te ciosy. Jaki był cel tej wizyty? 


Reklama

A jaki jest cel mojej rozmowy z panem? 

Pytam, ponieważ uważam, że kształt, w jakim ten wywiad pojawił się na stronie, jest kuriozalny i pani nie służy.

Poproszę o konkrety. Dlaczego jest kuriozalny? 

To może zacznę od tytułu i opisu, czyli od „walki z układem w świecie filmu” i „omerty”, czyli mafijnej zmowy milczenia. Czy takie postawienie sprawy jest dla pani w porządku?


Reklama

To nie są moje słowa, tylko słowa pana Latkowskiego.


Reklama

Był to wywiad z panią, na temat pani pracy i świadczący o pani autorytecie. 

To wywiad pana Latkowskiego. W formule konfrontacji, w której zaproszona osoba dostaje głos i która dopuszcza tego rodzaju publicystyczne określenia. Jeśli śledził pan media, to wie pan, jak się sprawy mają. Gdy starałam się do tych spraw odnieść, na przykład za pomocą formalnych wezwań do sprostowań, te sprostowania nie były publikowane.

Zdecydowałam się na ten wywiad dlatego, że pan Latkowski jest częścią branży, zna to środowisko i sam robił filmy. Wie doskonale, jakie grupy interesów działają. Bo w każdej branży są jakieś grupy interesów. Nie powiedziałam natomiast nic o układzie.


Reklama

Skoro jednak pyta mnie pan o „układ”, to powiem jedną rzecz. Przyszedł do mnie ostatnio bardzo uznany reżyser. Eufemistycznie mówiąc, był zniecierpliwiony i wściekły. Mówił podniesionym głosem. Jak to możliwe, że po raz drugi nie otrzymał dofinansowania na swój projekt? 


Reklama

Powiedział, że go prześladuję, bo przecież zawsze dostawał pieniądze; że eksperci to „gówniarze bez talentu”, którzy zrobili jeden film i nie mają prawa go oceniać. To pokazuje, że branża jest podzielona. I że część branży uznaje, że publiczne pieniądze im się po prostu należą.

To nie jest jedyna taka sytuacja. Jeśli ktoś uznaje, że pieniądze mu się należą i z tego powodu może obrażać mnie i powołanych przeze mnie ekspertów, to jest to po prostu oburzające.

Media rządzą się swoimi prawami. Wiem, bo sama w nich pracowałam. Pomijając publicystyczne określenia Sylwestra Latkowskiego, miałam poczucie, że po raz pierwszy mogę zaprezentować własną perspektywę. I dlatego ten wywiad jest dla mnie ważny. 


Reklama

W wywiadzie u Latkowskiego mówi pani, że komentujące zamieszanie wokół PISF artykuły w „Gazecie Wyborczej” kosztowały panią dużo zdrowia. Twierdzi pani również, że „Wyborcza” nie chciała z panią rozmawiać. Po wywiadzie u Latkowskiego „Wyborcza” tymczasem utrzymuje, że to pani ignorowała prośby o rozmowę. To jak to w końcu było? Chciała pani rozmawiać? Nie chciała?


Reklama

Nie chciałam rozmawiać, ponieważ mówimy o medium, które powołuje się na tajnych informatorów, donoszących, że miałam kogoś prześladować, szpiegować. Z jednej strony jestem atakowana za to, że nie wyrzuciłam ludzi mecenasa Śmigulskiego. Z drugiej – że robię czystki. W mediach czytam, że zgubiłam ważną teczkę z dokumentami dot. mecenasa Śmigulskiego, która tak naprawdę pozostawała przez cały czas w instytucie.

Napisaliśmy dziennikarzowi „Wyborczej”, red. Dawidowi Dróżdżowi, wyraźnie, że z Instytutu odeszło osiem osób ze 140 pracowników. Zlikwidowałam również stanowiska dwóch doradców biznesowych – co podkreślę, zatrudnionych w instytucji publicznej, jaką jest PISF, która ustawowo nie może prowadzić działalności gospodarczej. Tymczasem z artykułu przebijała się narracja o czystce i prześladowaniu grupy pracowników, którą uwiarygadniać miały słowa tajnego informatora – wyróżnione zresztą w artykule.

Pan Dróżdż zacytował informatora. Ale czy zacytował mnie? Gdy dyrektor Śmigulski pozwał „Gazetę Wyborczą”, to gazeta o tym nie napisała. A kiedy ja domagam się publikowania sprostowań, dostaję artykuł „PiS odszedł, PISF nadal nas nęka”, w sytuacji, gdy opublikowanie sprostowania nie kosztuje gazety nic i dotyczy wyłącznie informacji nieprawdziwych lub nieścisłych w danym artykule.


Reklama

Uważam, że wysyłanie sprostowań to antagonizująca strategia i że osoba na pani stanowisku powinna po prostu rozmawiać z mediami.


Reklama

Czyli z mediami się „po prostu” rozmawia? Dla mnie najważniejsze jest, aby rozmawiać z branżą. Jestem od rozwiązywania problemów branży. Nie jestem ani politykiem, ani celebrytką. Jestem dyrektorką publicznej instytucji. Ważnej instytucji, ale też jednej z wielu.

Abstrahując od artykułów, „Wyborcza” ma dziś poważny problem z hejtem w komentarzach. Solidaryzuję się z dziennikarką, która teraz pada jego ofiarą (chodzi o Natalię Waloch, autorkę tekstu o niedawnym wywiadzie Marty Nawrockiej w TVN24 – red.). W moim przypadku była to nieustająca kanonada komentarzy. Pod artykułami i w mediach społecznościowych, nie tylko tych „Wyborczej”. Wie pan, nie jest miło czytać o sobie w komentarzach – zresztą nieusuwanych przez redakcję – że jest się kur....

Miałam ważniejsze sprawy na głowie. Instytut nie zatrzymał się tylko dlatego, że pani Rozwód złożyła rezygnację. Trwały sesje (PISF pracuje w sesjach, tj. w okresach, w których zgłaszane projekty są ewaluowane pod kątem potencjalnej dotacji – red.), trzeba było rozdać pieniądze, spotykać się z branżą, zbulwersowaną zresztą sytuacją wokół pani Rozwód.


Reklama

To jakim słowem określiłaby pani swoje dzisiejsze relacje ze środowiskiem filmowym?


Reklama

Poprawne. 

Poprawne? Powiedziała pani, że środowisko jest podzielone. Gdzie przebiega ta linia podziału? Pani nią jest? Instytut?

Odnoszę się do jednego z tytułów prasowych. Według niego, po wygranym konkursie na dyrektora mój wybór będzie dzielił, a nie łączył. Ja nie chcę dzielić środowiska, wyrysowywać linii. Chodzi po prostu o to, że pracuję w skrajnie odmienny sposób niż mój poprzednik. 


Reklama

W instytucie przeszłam przez dwie najgorsze fale. Po dyrektorze Śmigulskim był tam potwór na czterech nogach. Trwała sesja. Po kilku dniach wypowiedzenie złożyła główna księgowa, czyli jedna z najważniejszych osób w instytucie. Przetrwałam tylko dlatego, że znałam instytut – wbrew temu, co mówił Radosław Śmigulski. I znałam ludzi, którzy mogli mi pomóc. Znalazłam nową księgową i złożyłam zawiadomienia do prokuratury.


Reklama

Nie chodzi o to, że byłam wielką ekspertką od ustawy o finansach publicznych. Ale znałam się na kształtowaniu kadr. Wiedziałam, komu mogę ufać. Nikt nie rozłożył przede mną w PISF-ie czerwonego dywanu. Resort miał do mnie zaufanie. Wiedzieli, że intencjonalnie nie popełnię żadnego błędu.

W czerwcu 2024 r. PISF złożył do CBA i Prokuratury Okręgowej w Warszawie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstw w związku z działaniami poprzednich władz. Zawiadomienie dotyczyło możliwości wyrządzenia szkody majątkowej przez udzielenie dotacji z naruszeniem przepisów oraz niegospodarnego wydatkowania środków publicznych. Później do wiadomości publicznej wyciekła informacja, że chodzi o produkowanych przez firmę Aurum Film  „Ministrantów”. Jak to było, po kolei?

Zaczęło się od tego, że otrzymałam od kilku producentów informację o tym, jakoby Aurum Film nie złożyło wniosku na „Ministrantów”, a mimo tego dostało pieniądze. Zaczęliśmy więc analizować dokumenty.


Reklama

W danym roku kalendarzowym istnieją trzy sesje przyznawania pieniędzy przez PISF. Oznacza to, że producent musi złożyć wniosek fizycznie w systemie, następnie przejść przez opinie ekspertów. Na końcu wniosek trafia do dyrektora, który podejmuje decyzję. 


Reklama

Firma Aurum Film złożyła wniosek w sesji 2/23. Otrzymała decyzję negatywną od dyrektora. Złożyła pismo, że chciałaby podejść do kolejnej sesji. To normalna procedura. Dyrektor może wyrazić na to zgodę. I taka zgoda została przez dyrektora Śmigulskiego wyrażona. 

Warto tu zaznaczyć, że w trakcie sesji 3/23 były problemy z systemem wnioskowym. Wnioski przyjmowano zatem do połowy grudnia. Docierały na papierze, w e-mailach, rzeczywiście – był spory bałagan organizacyjny.

W przypadku „Ministrantów”, pomimo zgody dyrektora na ponowne złożenie wniosku, do złożenia wniosku nie doszło. Tymczasem 13 grudnia dyrektor przekreślił zgodę na ponowne złożenie wniosku w kolejnej sesji i przekazał kwotę 4 mln zł na dofinansowanie. Mamy więc do czynienia ze złamaniem ustawy, ponieważ nie ma opinii ekspertów przy decyzji dyrektora. 


Reklama

W rozmowie u Latkowskiego w jednym zdaniu mówi pani o dwóch dofinansowanych projektach Aurum Film. Zapewne nieświadomie, ale sugeruje pani tym samym, że nie tylko Ministranci”, ale i drugi z projektów jest przedmiotem zawiadomienia do prokuratury.


Reklama

Wyklaruję to. Chodzi o to, że firma Aurum Film otrzymała tego samego dnia decyzję dotyczącą dwóch projektów. I tylko jeden z nich, „Ministranci”, jest przedmiotem zawiadomienia. 

Ile jeszcze jest takich sytuacji w PISF-ie? 


Reklama

Poza tą sytuacją mówimy o jeszcze dwóch projektach. 


Reklama

PISF podkreśla, że to nie beneficjent, czyli Aurum Film jest przedmiotem śledztwa, tylko poprzednie władze PISF. Zdaję sobie z tego sprawę. Natomiast wiem też, że definicja strat wizerunkowych w takim przypadku jest elastyczna. Zapewniam panią, że z perspektywy chodnika Aurum Film jest dziś firmą, która oszukuje podatnika. 

Beneficjent też ponosi odpowiedzialność. Zawsze to powtarzam. Aurum Film ma świadomość, że nie złożyło wniosku w sesji 3/23. Beneficjent wie, o co i jak wnioskował. Straty wizerunkowe są związane nagłośnieniem medialnym tej sprawy. W przypadku innych zgłoszonych zawiadomień, których beneficjent nie został ujawniony publicznie, taka sytuacja nie miała miejsca.Dodam również, że to nie PISF doprowadził do ujawnienia beneficjenta, tylko media, jeden z portali internetowych.

Czy w jakiejkolwiek sprawie zgłoszonej do prokuratury jest już akt oskarżenia? 


Reklama

Czekamy. Nie mamy żadnego wpływu na działania prokuratury. W kontrze do opowieści o „zawiadomieniach z zemsty” przypomnę też, że swoje zawiadomienia złożyły również Centralne Biuro Antykorupcyjne oraz Krajowa Administracja Skarbowa. 


Reklama

A na jakim etapie są plany wdrożenia tarczy antykorupcyjnej przy współpracy z CBA?

Opracowujemy to. Jest protokół kontrolny CBA. Mamy pewne wytyczne dla ekspertów, pracujemy nad tym, by w systemie eksperckim recenzja była dokumentem formalnym, miała określone wymagania. Pracujemy też nad usprawnieniem systemu wnioskowego. 

Czy według pani PISF funkcjonuje dziś tak, jak powinien?


Reklama

Robimy wszystko, żeby funkcjonował jak najlepiej. Wiem, że ta odpowiedź to trochę ucieczka w przyszłość. I że była burza w momencie przejmowania instytutu, zatrudniania nowej dyrektorki, odwoływania jej, kolejnego konkursu dyrektorskiego… 

To co państwo robią konkretnie, żeby PISF funkcjonował lepiej? Niewydolność systemu wnioskowania i opieszałość urzędnicza to wątki, które powracają w takich rozmowach od lat. 

Pracujemy teraz nad swoim własnym systemie wnioskowym, który cały czas udoskonalamy. Tak, żeby przyspieszyć proces procedowania umów. Szkolimy pracowników i branżę w zakresie tego, w jaki sposób składać wnioski. Przykładowo, w drugiej połowie ub.r. uruchomiliśmy nową platformę Edu-Wnioski, na której udostępniliśmy wzory formularzy wniosków składanych do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej – zarówno aktualnych, jak i archiwalnych.

Daje to możliwość zapoznania się z dokumentami, wykorzystywanymi w procesie aplikowania o dofinansowanie projektów. Niedawno wdrożyliśmy również długo wyczekiwaną przez beneficjentów funkcjonalność w systemie wnioskowym ISSW, która umożliwia składanie dokumentów oraz załączników do umów w formie elektronicznej. Rozwiązanie to realnie wpływa na przyspieszenie procesu procedowania umów,  ograniczając konieczność wymiany dokumentów w formie papierowej.


Reklama

Warto również pamiętać, że pracownicy działu produkcji obsługują dwie ustawy, umowy, wnioski, odwołania, aneksy. Wniosków w samym systemie jest prawie dwa tysiące. Także z całym szacunkiem do jednych czy drugich beneficjentów, instytut stara się to przyspieszać, ale doba ma tylko 24 godziny. 


Reklama

Regularnie spotykam się z Krajową Izbą Producentów Audiowizualnych. Spotykam się też z gildiami – producentów, reżyserów, scenarzystów. Robimy, co możemy. Analizujemy rynek, wprowadzamy audyty wzajemne. Mamy biegłego rewidenta, który stale monitoruje postępy dotyczące systemu i procesu usprawniania umów. 

Instytut podlega pod ustawę o finansach publicznych. Jak przyszła kontrola KAS-u, to nikt nie pytał o to, czy taki albo inny film miał nominację do Oscara, tylko gdzie są pieniądze i faktury; dlaczego nie ma opisów faktur albo aneksów. To są dwie rzeczywistości, które my musimy pogodzić. 

A na czym pani osobiście zależy? 


Reklama

Na tym, żeby zwiększać szeroko pojętą dostępność kina. Od 2026 r. rozszerzyliśmy wymagania dotyczące dostępności filmów dofinansowanych przez PISF. Aktualnie obejmuje on audiodeskrypcję, ścieżkę lektorską (VO), napisy dla niedosłyszących (SDH) oraz tłumaczenie na Polski Język Migowy (PJM). Po raz pierwszy, w ramach przygotowania rozwiązań dla widzów ze specjalnymi potrzebami, powołaliśmy też zespół doradczy ds. dostępności.


Reklama

Ponadto bardzo zależy mi na wzmocnieniu promocji dystrybucji oraz na otwarciu PISF na młodych, początkujących twórców, tak aby mieli realny dostęp do narzędzi i wsparcia umożliwiających im zaistnienie w branży.

Rolą dobrego menedżera jest zabezpieczenie trwałości wprowadzanych w Instytucie zmian. Mam świadomość, że moja praca w PISF kiedyś dobiegnie końca, dlatego zależy mi na stworzeniu stabilnych mechanizmów, dotyczących dostępności, dystrybucji, czy dotacji dla szkół filmowych, które będą działały niezależnie od rozmaitych turbulencji, a zwłaszcza – zmian personalnych. 


Reklama