Dla jednych: upragniony początek długiego weekendu. Dla innych: niezapomniane procesje i kolejna okazja do obcowania ze Stwórcą. Wiemy, że Boże Ciało to dzień wolny. I że wypada w czwartek. Nie każdy wie jednak, skąd się wzięło. I co właściwie świętujemy…

- Boże Ciało, a właściwie: Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, wprowadził do Kościoła papież Urban IV w drugiej połowie XIII w.
- Inicjatorką pomysłu była Julianna z Cornillon, która przez kilkanaście lat życia doświadczała nietypowych wizji.
- Choć większość kojarzy Boże Ciało przede wszystkim z rozpoczęciem długiego weekendu, spektakularne procesje do dziś przechodzą po całej Polsce.
- Największą wartość święto miało w czasach PRL, stając się nie tylko duchową celebracją, ale i manifestem sprzeciwu wobec władz komunistycznych.
Na przełomie XI i XII wieku Kościół przeżywał nietypowy kryzys. Odkąd jakiś czas wcześniej wierni „wywalczyli”, by w trakcie mszy pokazywać im ciało i krew Chrystusa, część z nich zaprzestała przyjmowania komunii: samo adorowanie uznawali za akt dostatecznego oddania sprawie. I nie, nie dlatego, że nie chciało im się czekać kilka minut dłużej lub postać chwilę w kolejce. Robili to… ze strachu.
W średniowieczu znacząco wzrosła świadomość majestatu Boga i ludzkiej grzeszności. Wierni czuli się zwyczajnie niegodni, by wpuścić Chrystusa do swojego ciała. Panowała obawa, że przyjęcie komunii w stanie jakiegokolwiek grzechu sprowadzi na człowieka natychmiastowe potępienie lub chorobę. Patrzenie na hostię było więc rozwiązaniem zwyczajnie bezpieczniejszym.
Miało też swoje korzyści: wierzono, że chroni przed śmiercią (ale tylko w danym dniu!), uzdrawia i gładzi grzechy powszednie. Dochodziło do tego, że ludzie biegali z kościoła do kościoła tylko po to, żeby zdążyć na moment podniesienia, a gdy kapłan unosił hostię, krzykiem z ławek domagano się, by trzymał ją jak najwyżej i jak najdłużej. Każdy chciał zobaczyć Zbawiciela.
Mniej więcej w tym samym czasie toczono w Kościele zażarte dyskusje, czy konsekrowany chleb i wino to rzeczywiście ciało i krew Chrystusa – choć w innej formie – czy zwykłe produkty spożywcze, których znaczenie jest wyłącznie symboliczne.
Debaty ucinano postanowieniami kolejnych soborów, ale wątpliwości – nawet wśród najbardziej zagorzałych katolików – nie ustawały.
Cud w Bolsenie
Jednym z wątpiących był czeski kapłan Piotr. Sprawa była poważna, nie dawała mu spać spokojnie, więc w 1263 r. postanowił odbyć pielgrzymkę do Włoch, by podzielić się przemyśleniami z papieżem. Zatrzymał się w miasteczku Bolsena, niedaleko Orvieto, gdzie rezydował akurat Urban IV.
Gdy Piotr prowadził mszę w tamtejszym kościele, uniósł – jak zwykle – hostię, wypowiedział słowa konsekracji, po czym… ze śnieżnobiałego opłatka zaczęła płynąć krew.
Przerażony kapłan przerwał liturgię, udał się do Orvieto, by opowiedzieć o wszystkim papieżowi. Ten uznał wydarzenie za cud, a zakrwawione płótno – dowód owego cudu – do dziś czci się w tamtejszej katedrze. Według legendy, właśnie wtedy, w konsekwencji tego zdarzenia, Urban IV uznał, że należy ustanowić nowe święto, które uciszy wątpiących i da wiernym kolejny powód do radosnej manifestacji wiary.
Czytaj też: To nie jest zwykła historia gór. Ta książka zmienia sposób patrzenia na Karpaty
To piękna, dramatyczna opowieść, która idealnie trafiała w potrzeby ówczesnych ludzi, łaknących wizualnych dowodów na obecność Boga. Tyle że… nie do końca prawdziwa. O ile Cudu w Bolsenie nikt nie kwestionuje, o tyle w oficjalnych dokumentach papieskich wprowadzających nowe święto nie ma o nim ani jednej wzmianki.
Prawdy szukać należy nieco dalej na północ. I trochę wcześniej.
Objawienie Julianny
W diecezji w Liege, na terenie dzisiejszej Belgii, dojrzewała duchowo Julianna z Cornillon. Była członkinią ruchu beginek – pobożnych kobiet, które żyły we wspólnotach bez składania wieczystych ślubów zakonnych. Wszechstronnie wykształcona, niezwykle inteligentna, od pewnego momentu życia zaczęła doświadczać powtarzającej się wizji: widziała pełnię księżyca, na której odznaczała się wyraźna, ciemna plama. Po latach modlitw, dzięki boskiej interwencji, w końcu zrozumiała jej znaczenie. Księżyc symbolizował Kościół, a plama – brak jednego, kluczowego święta w kalendarzu liturgicznym.
Choć ustanowienie Eucharystii wspominano w Wielki Czwartek, to powaga Wielkiego Tygodnia nie pozwalała na pełną, radosną celebrację. Julianna zapragnęła dnia, w którym wierni mogliby bez smutku dziękować za to, że Bóg pozostał z nimi pod postacią chleba.
Była jednak zbyt nieśmiała, by samodzielnie wyjść z pomysłem do hierarchów. Powierzyła sekret swojej przyjaciółce, Ewie z Saint-Martin – pustelnicy, z której głosem w średniowiecznym świecie bardzo się liczono, a która odznaczała się nieco większą od Julianny odwagą. Kobiety, wspierane przez lokalnego kanonika Jana z Lozanny, zaczęły przekonywać do swoich racji teologów. Starania dość szybko przyniosły skutek: w 1246 r. lokalny biskup Robert ustanowił święto Bożego Ciała dla diecezji Liege. Zaledwie rok później ruszyła pierwsza procesja.
Sprawa nabrała tempa, gdy jeden z teologów badających wizje Julianny, Jacques Pantaleon, został wybrany papieżem, znanym dziś jako… Urban IV.
Koncert Taco Hemingwaya na Narodowym. Kontrowersje wokół ceny wody.
I choć Julianna zmarła na wygnaniu w 1258 r., Ewa nie pozwoliła zapomnieć o ich wspólnej misji. Słała listy do nowego papieża, przypominając mu o potrzebie ustanowienia święta dla całego chrześcijaństwa.
W odpowiedzi na te prośby, 11 sierpnia 1264 r., Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, rozszerzając Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa na cały Kościół zachodni i zlecając dopracowanie tekstów liturgicznych św. Tomaszowi z Akwinu.
Pomysł był genialny w swojej prostocie: ludzie chcieli oglądać hostię, więc „wyciągnięto” ją z kościoła, ucywilizowano spektakl, za pośrednictwem radosnych pieśni przypominając jednocześnie, że… samo oglądanie nie wystarczy, bo komunia jest „pokarmem wędrowców”, który należy spożywać.
Dlaczego akurat 60 dni po Wielkanocy?
A data święta? Ta nie jest przypadkowa i głęboko wiąże się z logiką roku liturgicznego oraz z samą istotą wizji Julianny. Boże Ciało jest świętem ruchomym, które przypada zawsze w czwartek po uroczystości Trójcy Przenajświętszej, czyli dokładnie 60 dni po Wielkanocy. Dlaczego akurat tyle?
Chodziło przede wszystkim o bezpośrednie nawiązanie do Wielkiego Czwartku – dnia, w którym Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy ustanowił sakrament Eucharystii. Boże Ciało musiało więc być obchodzone w czwartek. Po co jednak czekano aż do późnej wiosny?
Kościół potrzebował czasu na domknięcie całego „cyklu zbawczego”. Aby w pełni, radośnie świętować obecność Chrystusa pod postacią chleba i wina, wierni musieli najpierw przejść przez misterium Jego męki i śmierci (Wielki Tydzień), triumf Zmartwychwstania (Wielkanoc), a następnie doświadczyć Jego Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego (Pięćdziesiątnica, czyli Zielone Świątki).
Dopiero gdy Duch Święty zstąpił na Apostołów, dając początek Kościołowi, i gdy tydzień później wyznano wiarę w Trójcę Świętą, kalendarz liturgiczny zyskiwał przestrzeń na czystą, niczym niezmąconą celebrację samego sakramentu ołtarza. Owo 60 dni to czas duchowej drogi od pustego grobu do momentu, w którym chrześcijanin – umocniony Duchem Świętym – jest gotowy wyjść z najświętszym sekretem swojej wiary na ulice miast.
Na pohybel władzy
Choć procesje Bożego Ciała odprawiane są w Polsce od 1320 r., prawdziwy rozkwit przeżyły, paradoksalnie, w PRL. „Paradoksalnie”, bo władza ludowa dążyła przecież do ateizacji społeczeństwa i zepchnięcia religii do sfery ściśle prywatnej, najchętniej w bezpieczne mury świątyń. Publiczne procesje Bożego Ciała stały się więc dla reżimu solą w oku.
Bond, James Bond. Historia twórcy szpiega wszech czasów
Udział w nich zmienił się w cichą manifestację narodowej tożsamości, potrzeby wolności i oporu wobec systemu. Służba Bezpieczeństwa skrupulatnie fotografowała uczestników, a urzędnikom, nauczycielom czy milicjantom za udział w procesji groziły surowe kary dyscyplinarne lub zwolnienia z pracy.
Władze potrafiły też organizować w tym samym czasie konkurencyjne, darmowe festyny robotnicze, mecze piłkarskie czy pokazy kinowe, byle tylko odciągnąć młodzież od kościoła. Zmieniano trasy procesji pod pretekstem „zagrożenia w ruchu drogowym” lub remontów ulic.
Na niewiele się to zdawało. W miastach takich jak Warszawa czy Kraków, procesje prowadzone przez kardynała Stefana Wyszyńskiego czy Karola Wojtyłę stawały się potężnymi trybunami, z których biskupi otwarcie upominali się o prawa człowieka i wolność sumienia.

Procesje Bożego Ciała przechodzą przez miasta i wioski w całej Polsce (fot. Getty Images)
Współczesne Boże Ciało w Polsce mocno zmieniło swój społeczny kontekst, choć wciąż pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej spektakularnych świąt w kraju. Dla wielu Polaków czwartek ten stał się jednak przede wszystkim upragnioną przepustką do… długiego weekendu.
