Dziś rano pomyślałem, czy Donald Tusk rzeczywiście chciał ostatecznie rozprawić się z symetrystami. Wychodzi bowiem na to, że przyzwoity człowiek powinien od teraz bronić Trybunału Konstytucyjnego przed uzurpacją podwładnych premiera. Niestety, bronić tego samego Trybunału, który najpierw został nadgryziony przez PO, a ostatecznie rozbrojony przez Jarosława Kaczyńskiego. Tyle właśnie można dziś jeszcze wydusić z „symetryzmu”.
Czytaj też: Nowe zarządzenie na stronie Trybunału Konstytucyjnego. Czego dotyczy?
Spór o Trybunał Konstytucyjny. O co naprawdę grają Tusk i Kaczyński?
Pozwólcie nam wszystkim to zrozumieć, choć na wątpliwości pozostaje coraz mniej czasu. Trzeba być nieustannie gotowym do opowiadania się po jednej ze stron. Rozumieć oznacza bowiem wcielić się w jakiś zewnętrzny, a więc niedosłownie nasz, punkt widzenia. Zostawię tymczasem innym całą kazuistykę, choć muszę wyrazić pewną formę uznania dla kolejnych, coraz bardziej kuriozalnych interpretacji naszego instytucjonalnego „nieporządku”. Liczy się tu przede wszystkim to, że ktoś nie jest tym, za kogo się podaje. A nie jest, ponieważ my za takiego go nie uważamy.
Być może łatwiej będzie zrozumieć polityczne motywacje głównych uczestników tego narodowego paradokumentu. W co grał Jarosław Kaczyński, w co gra Donald Tusk i jaką rolę pełni w tym wszystkim Karol Nawrocki? Gra toczy się o wrażenie, o władzę nad wyobraźnią wyborców. Wynalezienie mediów społecznościowych stworzyło bowiem warunki dla permanentnej kampanii wyborczej. Ta zaś nie kończy się tak długo, jak długo trwają emocje i można je nieustannie oznajmiać miastu i światu.
W przypadku Kaczyńskiego i Tuska sprawa jest dość prosta. Obaj potrafią „nie drukować” niekorzystnych dla swoich obozów politycznych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Tyle że taki gest jest estetycznie wątpliwy. Zbyt ordynarny, by budować na nim wspomniane wrażenie. Niby politycznie skuteczny, ale niestety zbyt kosztowny wizerunkowo. Dlatego personalna reforma TK jawi się jako właściwe remedium. Mając swoich ludzi, można przecież podkreślać trójpodział władzy i niezależność sędziów, z których wyrokami nie śmiemy dyskutować. Wówczas „ten nasz” Trybunał Konstytucyjny staje się strażnikiem ładu i gwarantem przestrzegania prawa, działającym na korzyść obywateli. Jeśli jednak zasiadają w nim sędziowie zależni od wrogiego nam obozu politycznego, Trybunał wprawdzie istnieje, ale w formie, której nie potrzebujemy.
Tusk kontra Nawrocki. Kto przejmie kontrolę nad Trybunałem?
Tusk ma tu jednak łatwiej. Kaczyński musiał jakoś usankcjonować wybór zaufanych ludzi, bo środowisko pozostawione samo sobie okazywało się zbyt od niego niezależne. Tuskowi wystarczy postawić na prawniczy ład korporacyjny, bo większość sędziów ma, zupełnie przypadkowo, poglądy zbieżne z jego własnymi, zarówno w kwestii prawa i sprawiedliwości, jak i Prawa i Sprawiedliwości. Dowodem na to jest właśnie wszystko, co działo się z Trybunałem Konstytucyjnym od 2015 roku. Praworządność dla Kaczyńskiego oznacza swoich sędziów, a dla Tuska niezawisłych sędziów, którzy dziwnym trafem zawsze okazują się swoi.
Tyle że Tusk popełnił błąd, wskazując palcem na swoją „prawą rękę”. Dał tym samym pretekst prezydentowi Nawrockiemu i jego ministrom. Twierdzę, że KO wiedziała, iż pójdzie tym samym śladem co PiS. To przecież doraźnie skuteczne. Wcześniej premier niepotrzebnie postawił na czekanie, a następnie na hurtowy wybór sędziów.
Prezes wie, że utrzymanie stanu posiadania w gmachu przy Alei Szucha 12A gwarantuje podwójną kontrolę nad procesem ustawodawczym. Pozwala nie uzależniać się wyłącznie od weta prezydenta, którego kadencja potrwa jeszcze cztery lata. Co będzie później, dziś nie wiemy. Mogą pojawić się kolejne „spory kompetencyjne”, rozstrzygane przez przychylny lub nieprzychylny Trybunał.
Śledź na żywo: Zarządzenie sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej. Kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego
Dlatego kluczowe znaczenie mają dziewięcioletnie kadencje sędziów Trybunału. Zaprojektowano je tak, by poszczególni sędziowie kończyli urzędowanie w różnych momentach, niepokrywających się z czasem trwania czteroletniej kadencji organu, który ich powołuje. Tę przeszkodę chciał wyeliminować Jarosław Kaczyński. Znalazł sprzymierzeńca w prezydencie, który postanowił odczytywać swoje obowiązki w sposób dwuwariantowy: „czynię albo nie czynię”. Siedmioro sędziów, a raczej osób określanych mianem sędziów przez jedną ze stron sporu, nie dostąpi zaszczytu złożenia przysięgi aż do października 2027 roku. Co będzie potem, w zasadzie wszyscy już doskonale wiemy. Pojawią się nowi „kontrsędziowie”, od których Karol Nawrocki prawdopodobnie ochoczo wysłucha słów przysięgi.
Polityczna cena starcia o TK
Istotą tego sporu jest jednak to, komu pierwszemu uda się wyeliminować wszelkie przedrostki od słowa „sędzia”. Czy Donald Tusk zbliżył się do tego celu swoją wczorajszą szarżą kawaleryjską? Więcej niż wątpliwe. Nastąpiło już bowiem uświęcenie Trybunału Konstytucyjnego jako obrońcy demokracji i strażnika praworządności, przynajmniej w oczach jego obrońców. Jaką cenę polityczną zapłaci premier? Decydując się na ten krok, pewnie zakładał podobieństwo do sprawy TVP w likwidacji. Pokrzyczą i się znudzą. Jedno chyba się udało, bo wiele świadczy o tym, że możemy mieć od wczoraj Trybunał Konstytucyjny w likwidacji.
Inna sprawa, że Tusk jest tak powszechnie delegitymizowany w politycznej wyobraźni prawicy, że żadne jego działanie nie spotka się tam choćby z milczącą akceptacją. Postrzegany jako uzurpator, dał świadectwo lekceważącego podejścia do trójpodziału władzy. Kaczyński postępował podobnie, ale to Tusk postanowił zrobić to na rympał. Teraz ten przeżuty i przetrawiony Trybunał, a następnie wypluty, ma zostać zwrócony obywatelom. Nie widać jednak wielkiej radości.
Pamiętajmy, że obóz prawicowo-nacjonalistyczny i obóz progresywno-liberalny, kiedy mówią o Trybunale, zasadniczo niewiele się od siebie różnią. Trybunał jest dla nich politycznym przyczółkiem. Dla prezesa PiS pozostaje ważnym elementem paradygmatu sprawowania władzy. Dla obozu premiera jest istotny przede wszystkim dlatego, że wciąż pozostaje w rękach PiS. Możemy sobie wyobrazić, że gdyby Tusk miał już Trybunał do własnej dyspozycji, wcale nie musiałby czynić z niego codziennego oręża swojej polityki. Samo odbicie go z rąk PiS byłoby jednak dowodem sprawczości, namiastką rozliczeń, które kompletnie mu nie wyszły. To pokazanie elektoratowi, który przestał wierzyć, że premier jeszcze potrafi.
Czy można jeszcze odbudować autorytet Trybunału Konstytucyjnego?
Wielu ekspertów, mówiąc o TK, myśli dziś o idei Trybunału. O tym, czym mógłby on być, gdyby panował szacunek do reguł, jakie wspólnie wymyśliliśmy. Tyle że takiego TK nie uda się już w Polsce zbudować. Ulicy łatwiej jest bronić murów, podczas gdy wielu staje w obronie czegoś zupełnie ulotnego, czego instytucja jest tylko wyrazicielem. U nas po prostu każdą właściwość instytucji odmierza się ludźmi, którzy ją reprezentują. Przez wiele lat w pewien sposób anonimowi sędziowie znaleźli się w centrum sporu politycznego. Nie są apolityczni, ale faktycznie nie mogą tacy być, bowiem stanowienie prawa w Polsce i jego kontrola to działania polityczne. Zbyt wiele ustaw nie jest tu rozumianych abstrakcyjnie, ale jako funkcja ideologii, gruntowna zmiana ładu społecznego i wrażliwości elektoratów. Tylko swoi sędziowie wyczują te niuanse, a partie na tym skorzystają.
Kolejne nagranie z gmachu TK. Wiemy, co prezydent wykrzyczał Korwin-Piotrowskiej
Karol Nawrocki zawrócił z Afryki, bo usłyszał, że w Polsce trwa zamach stanu. Napisałem to zdanie i przypomniał mi się słynny przykład z gramatyki generatywnej Noama Chomsky’ego: „Bezbarwne zielone idee wściekle śpią”. Zdanie to, choć pozbawione sensu, jest poprawne pod względem składniowym. Przecież tak właśnie powinno być: prezydent przerywa swoją wizytę z powodu zamachu stanu… Tyle że on zawraca „do” zamachu stanu. Wczoraj wieczorem historyk Donald Tusk postanowił na nowo uczyć nas „historii i teraźniejszości”.
Prezydent wkroczył do Trybunału w zdecydowany sposób. Wcześniej policja, używając tarcz, odgrodziła od budynku jego dotychczasowego gospodarza, aktualnie nieurzędującego prezesa Bogdana Święczkowskiego. Tłum zrywał łańcuchy i wyrywał kraty. A mury rosły… i pozostał stary świat. Od wczoraj sytuacja Trybunału Konstytucyjnego w Polsce zmieniła się o 360 stopni. Ci, którzy nie wpuszczali, sami stali się niewpuszczanymi. I odwrotnie. Reszta pozostała po staremu.
Może Cię zainteresuje:


