Nie jest łatwo zwołać konferencję prasową, która zapadnie w pamięć. Często zespoły prasowe muszą się sporo nakombinować – m.in. właśnie dlatego Mateusz Morawiecki niedawną prezentację raportu o obronności postanowił zorganizować na strzelnicy. Najwyraźniej z tego samego powodu przedstawiciele PKP Intercity postanowili zrobić z siebie błaznów.
Dyrektor „in”, pasażerowie „out”
Ale od początku. Tydzień temu we wtorek 281 pasażerów podróżujących Pendolino z Warszawy do Wrocławia musiało przesiadać się do innych pociągów po tym, jak do kierownika składu wezwana została karetka. Powód? Jak wynika z notatki służbowej, mężczyzna słabo się poczuł.
Tyle że owo „słabe poczucie się” poprzedziła rozmowa z dyrektorem spółki Intercity ds. handlowych Wojciechem Partyką.
Zgodnie z informacjami, które pojawiły się niedługo po zdarzeniu, nie była to miła rozmowa. Raczej ostra i obraźliwa połajanka – bo do kabiny maszynisty weszła konduktorka, choć zgodnie z zasadami bezpieczeństwa nie powinna.
Zresztą nie była to pierwsza połajanka z ust dyrektora podczas tej podróży. Na wcześniejszą załapała się pracownica Warsu – bo w pierwszej klasie zabrakło filiżanek, więc dyrektorowi zaproponowano, że wynikająca z biletu kawa podana zostanie albo chwilę później, albo w papierowym kubku.
Wszyscy zaczęli więc pytać o zachowanie dyrektora. PKP Intercity wybrało jednak inną drogę: wypunktowanie uchybień pracowników. W tymże celu zorganizowano nawet konferencję prasową, dość osobliwą.
Czytaj również: Dyktatura wójtów. „Oni mają więcej władzy niż premier”
Nagrania, które nie pokazują nic, ale i tak ich nie zobaczycie
Najważniejsze od samego początku były nagrania. „Pokażcie nagrania” – wzywali internauci. „I to już” – ponaglali. „Pewnie jakimś cudem się zagubiły” – wątpili. „Będzie krycie dyrektora” – oceniali.
Więc PKP Intercity posłuchało i pokazało. 17 minut pociętego, niemego nagrania z kilku kamer, na którym widać było dosłownie nic.
Kiedy połajanka działa się w przedziale konduktorskim w wagonie nr 3, przedstawione nagrania pochodziły z wagonu nr 4. Dlaczego? Bo, jak się okazuje, przedział konduktorski nie jest w żaden sposób lepiej monitorowany. – Tak jest pojazd skonstruowany przez firmę Alstom, innych kamer nie ma – stwierdził Sebastian Królikowski, dyrektor Biura Dyspozytury PKP Intercity, pytany o to, czy ze względów bezpieczeństwa załogi kamery w takim miejscu znaleźć się nie powinny.
Jakby sama odległość kamery od miejsca akcji nie była wystarczającym utrudnieniem, między wagonami – jak to zazwyczaj bywa – były drzwi. Dobrze, że chociaż przeszklone.
I pewnie bylibyśmy w stanie zobaczyć choć trochę akcji, może nawet jakąś mowę ciała, dynamikę, gdybyśmy mogli przybliżyć nagranie. Ale nic z tych rzeczy, ponieważ dziennikarzom zabroniono jego rejestracji ze względu na brak anonimizacji twarzy pasażerów. W czasach, gdy technologia pozwala na taką edycję filmu w zaledwie kilka minut, PKP postanowiło z tego zrezygnować, a w zamian rozdać dziennikarzom pięciopunktowe zobowiązanie do zachowania poufności:
„Ja niżej podpisany/a:
- Przyjmuję do wiadomości, że zostanie mi wyświetlone nagranie z monitoringu, na którym w celu zachowania pełnego kontekstu utrwalonych sytuacji, wizerunki osób uwiecznionych na nagraniu nie zostały zanonimizowane.
- Zobowiązuję się nie identyfikować pasażerów, których wizerunek został utrwalony na nagraniach.
- Zobowiązuję się nie podawać osobom trzecim ani nie rozpowszechniać informacji pozwalających zidentyfikować pasażerów.
- Zobowiązuję się nie nagrywać ani w inny sposób nie utrwalać wyświetlanych nagrań.
- Przyjmuję do wiadomości, że w przypadku próby utrwalenia nagrania zostanę wyproszony z sali i mogą zostać przeciwko mnie podjęte kroki prawne.”
Tak decyzję wytłumaczyła na konferencji rzeczniczka PKP Intercity Joanna Osińska: – Nie „blurowaliśmy” twarzy. Chodziło nam o to, żebyście państwo mogli w całości ten materiał obejrzeć tak, jak my go widzimy.
Na pytania o zanonimizowanie nagrania i udostępnienie go opinii publicznej, rzeczniczka odpowiedziała zaś: – Nie mieliśmy takich planów i nie mamy takich planów na ten moment. (…) Być może, jeżeli będzie takie zapotrzebowanie opinii publicznej, podejmiemy taką decyzję. Na ten moment nie myśleliśmy o tym.
Być może zapotrzebowanie opinii publicznej jest, ale kto by to wiedział.
Pomoc prawna? Konduktor niech sobie prosi związki
Ale nagranie to nie wszystko, co zaoferowało dziennikarzom PKP Intercity. Dowiedzieliśmy się m.in., że choć mogło dojść do ataku na członka drużyny konduktorskiej, który w świetle prawa chroniony jest tak samo, jak funkcjonariusz publiczny, spółka nie zdecydowała się na powiadomienie policji czy prokuratury. – Chcemy zakończyć postępowania wyjaśniające, zebrać pełen raport i wyjaśnienia od pracowników i później podejmiemy odpowiednie decyzje – usłyszeliśmy.
Z takich samych powodów nie zawiadomiono jeszcze Państwowej Inspekcji Pracy: – Chcemy najpierw zebrać całość materiałów od wszystkich zaangażowanych w tę sprawę pracowników, żeby mieć komplet dokumentów do analizy i od razu ewentualnego przekazania odpowiednim organom.
Spółka nie wie nawet – a przynajmniej tak mówi – czy wraz z karetką na miejscu w dniu zdarzenia pojawiła się policja. Jak twierdzi, nie jest w stanie tego ustalić, ponieważ kierownik pociągu przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim, a konduktorka na zaplanowanym wcześniej zagranicznym urlopie. Niewątpliwie innych sposobów, żeby to ustalić, nie ma.
Dowiedzieliśmy się także, że choć sytuacja jest na tyle poważna, że na sali obecna była radczyni prawna Anna Stasiak-Apelska, a dziennikarze musieli podpisywać dokumenty o zachowaniu poufności, samemu kierownikowi pociągu nie została zaoferowana żadna pomoc prawna.
Oddajmy głos Stasiak-Apelskiej: – Spółka PKP Intercity w swoim przedmiocie działalności nie ma w zakresie świadczonych usług doradztwa prawnego, więc sama w sobie nie jest w stanie takiej pomocy udzielić. Pan kierownik pociągu jest członkiem jednego ze związków zawodowych, więc jeżeli będzie chciał się do niego zwrócić, jak najbardziej ma do tego prawo, bądź może podjąć taką interwencję samodzielnie.
Nawet pytanie o to, o której godzinie wezwano karetkę pogotowia, było za trudne. I to pomimo wyświetlania na ekranie slajdów przedstawiających chronologię większości zdarzeń.
Czytaj również: Spółka ukraińskiego oligarchy z kontraktami w JSW. Górnicy oburzeni, zarząd wyjaśnia
Wyjaśnienia tak jasne, jak niebo w listopadzie
Łatwe za to było wskazanie, jakie błędy popełniły drużyna konduktorska oraz obsługa Warsu, czemu poświęcono niemal całą wypowiedź zebranych na konferencji oficjeli.
Po pierwsze, dyrektor powinien dostać gorący napój w filiżance – na dodatek ze spodkiem i łyżeczką ze stali nierdzewnej (!) – ponieważ takie są standardy wynikające z umowy. – Jest to jasno opisane w załączniku nr 4 do umowy, którą PKP Intercity ma zawartą ze spółką Wars – zaznaczała rzeczniczka.
– Pasażer tak naprawdę za usługę w pierwszej klasie płaci określoną kwotę pieniędzy i ta usługa powinna być należycie wykonywana – tłumaczyła.
Po drugie, konduktorka nie powinna się znaleźć w kabinie maszynisty – nawet jeśli przynosiła „soczek”, co pojawiło się w przekazach medialnych. Do kabiny wejść może jedynie kierownik pociągu i to wyłącznie na przywołanie maszynisty bądź w sytuacjach nadzwyczajnych.
– To bardzo dokładnie reguluje instrukcja maszynisty pojazdu trakcyjnego BT1, jak również instrukcja dla drużyn konduktorskich BR21 – tłumaczył Królikowski.
Łącznie w kabinie maszynisty konduktorka przebywać miała około 22 minuty.
Po trzecie, drużyna konduktorska powinna zawiadomić o zdarzeniu drużynę trakcyjną prowadzącą pociąg, czego miała nie zrobić.
– Maszynista dowiedział się dopiero na stacji Opole, jak został wywołany przez dyżurną ruchu, że oczekuje karetka pogotowia na peronie – wskazywał dyrektor Biura Dyspozytury.
Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Królikowskiego maszynista o wezwaniu karetki dowiedział się o godz. 19:50, a centrala co najmniej po kolejnych 20 minutach, kiedy zadzwoniła z pytaniami o przedłużający się postój. Z tym że równocześnie Królikowski poinformował, że o 19:28 „na teczkę konduktorską” – specjalną aplikację, z której korzystają załogi – wpłynął raport służbowy o zdarzeniu.
– Gdybyśmy byli poinformowani, moglibyśmy zaoszczędzić 50 minut na zapewnienie obsady drużyn konduktorskich, drużyn trakcyjnych. Zaoszczędzilibyśmy 50 minut i prawdopodobnie pojechalibyśmy dalej – zawyrokował.
I tyle było z nieobierania przez spółkę stron. I tylko szczegółów zachowania dyrektora Partyki brak.


