Reklama
Świat

Jałta 2.0. Putin chce decydować o Europie bez Europy

Czy o przyszłości bezpieczeństwa Europy znów mają decydować mocarstwa ponad głowami zainteresowanych? Propozycja Putina, by o zakończeniu wojny na Ukrainie i „nowej architekturze bezpieczeństwa europejskiego” rozmawiali przywódcy USA, Rosji i Chin, przywołuje epokę, w której o losach narodów decydowano za zamkniętymi drzwiami. Czy grozi nam „Jałta 2.0” i czy Polska próbuje jej przeciwdziałać?

Sławomir Dębski
Opinia autorstwa: Sławomir Dębski
Dzisiaj 09:04
15 min
Władimir Putin proponuje, by o zakończeniu wojny na Ukrainie i bezpieczeństwie Europy rozmawiali przywódcy USA, Rosji i Chin – bez udziału Europejczyków (fot. Zero.pl)
TYLKO NA

W ubiegłym tygodniu „The Wall Street Journal” poinformował, że 9 października, podczas rozmowy telefonicznej z Donaldem Trumpem, Władimir Putin zaproponował szczyt przywódców Stanów Zjednoczonych, Rosji i Chin w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie. Bez udziału Ukrainy i z pominięciem państw europejskich. Spotkanie mogłoby odbyć się przy okazji listopadowego szczytu Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku. Kilka dni później Putin wyjaśnił, że interesuje go pokój, a nie tylko zawieszenie broni, co w jego rozumieniu oznacza konieczność ustalenia gwarancji bezpieczeństwa także dla Rosji. Ujawnił ponadto, że amerykański wysłannik Steve Witkoff miał zaproponować rozszerzenie negocjacji „o przyszłą architekturę bezpieczeństwa w Europie”.

Jeżeli wierzyć rosyjskiemu przywódcy, Amerykanie mieliby więc rozmawiać z Rosjanami nie tylko o warunkach zakończenia wojny, którą Rosja rozpętała przeciwko Ukrainie, ale także o przebudowie europejskiego systemu bezpieczeństwa, którego fundamentem jest Sojusz Północnoatlantycki. Wszystko to bez udziału państw, których bezpieczeństwo byłoby przedmiotem tych uzgodnień. Porównanie do Jałty, którego w artykule użył anonimowy były pracownik CIA, uruchomiło alarm w kilku europejskich stolicach. „Jałta” pozostaje bowiem symbolem polityki, w której mocarstwa we własnym gronie decydują o losach innych państw. Najbardziej zaniepokojeni pomysłem natychmiast zorganizowali dyplomatyczną kontrofensywę.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, próbując odbudować pozycję negocjacyjną wobec Trumpa, zwrócił się o pomoc do premiera Norwegii Jonasa Gahra Størego i prezydenta Finlandii Alexandra Stubbego. 20 października spotkali się w Oslo ze Steve’em Witkoffem i Jaredem Kushnerem (ten łączył się zdalnie). W konsultacjach uczestniczyli również zaalarmowani doradcy do spraw bezpieczeństwa z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch oraz przedstawiciele UE i NATO. Oficjalnym celem spotkania było skierowanie amerykańsko-rosyjskich rozmów pokojowych na konstruktywne tory. Nieoficjalnym, jak można przypuszczać, było uniknięcie sytuacji, w której Amerykanie i Rosjanie uzgodnią porozumienie, a Europejczykom prześlą rachunek.

Pierwsza taka rozmowa z Putinem od wybuchu wojny. „Bezpośrednia i merytoryczna”

Reklama
Reklama

Czy w Warszawie dzwonki alarmowe także zadzwoniły? Czy też już zapomnieliśmy, czym dla Polski skończyła się oryginalna Jałta? A może sygnały alarmowe były wzbudzane tak często, że ktoś je wyciszył? W Oslo Polski zabrakło, choć chodzi o sprawy bezpośrednio wpływające na nasze bezpieczeństwo. Być może jesteśmy zbyt zajęci wojną domową, aby zastanawiać się nad skutkami „Jałty 2.0” dla Polski?

Pipes ostrzegał przed rosyjską grą

27 października Stubb i Støre rozmawiali wspólnie z Putinem przez około półtorej godziny. Fiński prezydent uczynił to po raz pierwszy od maja 2022 r., gdy jego poprzednik Sauli Niinistö poinformował Putina o decyzji Finlandii dotyczącej przystąpienia do NATO. Rozmowę uzgodniono z Ukrainą i wiązano z negocjacjami przygotowywanymi w Abu Zabi. Obaj przywódcy zastrzegli, że występują wyłącznie w imieniu własnych państw, których bezpieczeństwo zależy od warunków zakończenia wojny.

Mimo to ich dyplomatyczną aktywność skrytykowała między innymi premier Danii Mette Frederiksen, wskazując na ryzyko osłabienia europejskiej jedności. Putin od lat preferuje rozmowy z europejskimi państwami osobno: łatwiej wtedy wykorzystywać różnice interesów i stosować „taktykę salami”. Przywódcy podejmujący rozmowy z Kremlem powinni więc zabiegać o jak najszerszy mandat europejski. Nie oznacza to, że z Rosjanami rozmawiać nie należy. Dyplomacja jest narzędziem polityki, nie nagrodą za dobre zachowanie. Stubb próbował nakłonić Putina do ograniczenia ataków na ukraińską infrastrukturę. Polska mogłaby podnieść sprawę rosyjskich prowokacji wobec NATO, naruszania przestrzeni powietrznej czy dywersji. Czy Warszawa w ogóle pomyślała o takiej inicjatywie? A może naszą polityką jest brak polityki lub odwracanie wzroku od nadciągającej burzy, w nadziei, że „może przejdzie bokiem”?

Reklama
Reklama

Ołeszki umierają z głodu. Zawieszenie broni, aby ratować dzieci, a nie negocjacje

Po co Rosjanom szczyty z amerykańskimi prezydentami? Dlaczego Putin proponuje spotkanie nowej „wielkiej trójki”? Przydatnej analogii dostarcza notatka „Summits with Soviet Leaders” z 14 maja 1982 r., przygotowana przez Richarda Pipesa, historyka Rosji i profesora Harvardu, wówczas eksperta Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA do spraw Związku Sowieckiego i Europy Wschodniej. Dokument skierował do prezydenta Ronalda Reagana jego doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego William P. Clark.

Pipes wyjaśniał, że sowieccy przywódcy zabiegają o szczyty, ponieważ sądzą, iż mają przewagę negocjacyjną. Ciągłość aparatu państwowego zapewnia im większe doświadczenie niż zmieniającym się administracjom amerykańskim. Szczyty budzą w demokratycznych społeczeństwach oczekiwania na odprężenie, co pozwala Kremlowi wywierać presję na zachodnich negocjatorów. Dają też okazję do osobistego rozpoznania charakteru i odporności amerykańskiego prezydenta. Pipes oceniał, że od Jałty Roosevelta po Moskwę Nixona spotkania na ogół wypadały niekorzystnie dla USA. Nie zalecał jednak odmowy rozmów: domagał się, aby Moskwa najpierw czynami dowiodła gotowości do negocjacji, a agenda została szczegółowo uzgodniona.

Reklama
Reklama

Dziś szczyt amerykańsko-rosyjski wiąże się z ryzykiem schowania kija i zasypania przez administrację Trumpa Kremla marchewkami. Na dodatek, jeśli negocjacje obejmą „architekturę bezpieczeństwa europejskiego”, Moskwa będzie mogła przedstawiać wojnę nie jako rezultat jej agresji, lecz jako skutek wadliwego systemu międzynarodowego. Zamiast rozmawiać o odpowiedzialności Rosji, zaczniemy rozmawiać o jej prawie do nowych „gwarancji bezpieczeństwa”. To stary rosyjski trik.

Bezpieczeństwo europejskie czy bezpieczeństwo Europy?

10 lutego 1954 r., podczas konferencji ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw w Berlinie, Wiaczesław Mołotow przedstawił projekt „ogólnoeuropejskiego systemu bezpieczeństwa zbiorowego”. Brzmiał atrakcyjnie: wszystkie państwa europejskie, łącznie ze Związkiem Sowieckim, miały współpracować na rzecz pokoju. W praktyce realizacja projektu wymagałaby rozwiązania NATO i rezygnacji z Europejskiej Wspólnoty Obronnej, a Stany Zjednoczone mogłyby uczestniczyć w nowym systemie jedynie jako obserwator. Mołotow proponował zatem Europejczykom bezpieczeństwo, którego warunkiem było pozbawienie ich amerykańskich gwarancji.

Rosja tradycyjnie uważa, że jest silna słabością Europy. Im bardziej zagrożone czują się państwa europejskie, tym bardziej są skore do ustępstw na rzecz Rosji i tym bardziej rośnie jej mocarstwowy status. Europa bez Amerykanów byłaby bardziej podatna na rosyjski szantaż. Rosłoby także ryzyko wybuchu kolejnej europejskiej wojny.

Reklama
Reklama

Brytyjski minister Anthony Eden i francuski minister Georges Bidault trafnie rozpoznali zamiary Moskwy. Eden porównał sowiecki projekt do próby ustanowienia doktryny Monroe dla Europy: rozbicia NATO i wykluczenia amerykańskich wojsk z kontynentu. Bidault zwracał uwagę, że chodzi o neutralizację nie tylko Niemiec, ale również całej Europy Zachodniej. Związek Sowiecki żądał likwidacji zachodnich struktur obronnych, sam zachowując dominację militarną w Europie Wschodniej. Francuski minister przypominał, że gdyby wojska brytyjskie i amerykańskie zostały w Europie rozmieszczone po Traktacie Wersalskim, być może nie doszłoby do II wojny światowej.

Trump rozważa zniesienie sankcji na rosyjski fundusz. Chodzi o poprawę relacji z Moskwą

Ujawniły się wówczas dwie koncepcje ładu, które można opisać jako rywalizację między sowieckim „bezpieczeństwem europejskim” a zachodnim „bezpieczeństwem Europy”. Dla Moskwy oznaczało ono system organizowany przez państwa kontynentu pod dominującym wpływem ZSRS, bez Amerykanów. Dla Londynu, Paryża i Waszyngtonu oznaczało zaś transatlantyckie więzi, które uniemożliwiały sowieckiej potędze zdominowanie Europy. Nie chodziło o słownikową różnicę terminów, lecz o dwie koncepcje strategiczne. Minister Bidault podkreślał, że bezpieczeństwo Europy obejmuje także bezpieczeństwo Związku Sowieckiego, ale nie może zostać do niego sprowadzone. Moskwa przedstawiała własne bezpieczeństwo jako nadrzędne wobec prawa sąsiadów do obrony. Tę samą logikę odnajdujemy dzisiaj w rosyjskich postulatach wobec Ukrainy i państw wschodniej flanki NATO.

Reklama
Reklama

Pięć lat później, 15 maja 1959 r., Andriej Gromyko wrócił do podobnego pomysłu podczas konferencji ministrów spraw zagranicznych w Genewie. Deklarował gotowość wycofania wojsk sowieckich z Niemiec, Polski i Węgier, jeżeli państwa NATO wycofają siły stacjonujące poza własnymi granicami. Formalnie propozycja wyglądała symetrycznie. W rzeczywistości Moskwa korzystała z geograficznej przewagi: wycofane na terytorium ZSRR wojska sowieckie pozostawałyby blisko Europy Środkowej, a Amerykanie musieliby wrócić za Atlantyk. Gromyko proponował więc równoczesne wycofanie sił, którego strategicznym skutkiem byłoby osłabienie jednego z uczestników znacznie bardziej niż drugiego.

Były szef estońskiego wywiadu w Kanale Zero. Pięć najważniejszych wątków

Do tej tradycji nawiązywało rosyjskie ultimatum z 17 grudnia 2021 r. Moskwa opublikowała wtedy projekty porozumień ze Stanami Zjednoczonymi i NATO, domagając się między innymi rezygnacji z dalszego rozszerzania Sojuszu, ograniczenia aktywności wojskowej na wschodniej flance oraz restrykcji dotyczących rozmieszczania sił w państwach, które przystąpiły do NATO po 27 maja 1997 r. Przyjęcie tych warunków oznaczałoby radykalne ograniczenie możliwości obrony Polski i państw bałtyckich, a zarazem przyznanie Rosji wpływu na decyzje innych państw dotyczące ich bezpieczeństwa. Tak jak w 1954 r. Moskwa domagała się gwarancji bezpieczeństwa dla siebie kosztem bezpieczeństwa sąsiadów. Od spełnienia tych warunków Moskwa uzależniała wstrzymanie inwazji na Ukrainę. Ultimatum zostało przez NATO odrzucone.

Reklama
Reklama

Wznowienie rosyjskiej agresji na Ukrainę w lutym 2022 r. było próbą wymuszenia zmiany ładu bezpieczeństwa w Europie siłą. Ukraina nie została podporządkowana, a Finlandia i Szwecja przystąpiły do NATO. Nie oznacza to jednak, że Putin zrezygnował ze swoich celów. Może szukać innej drogi do ich realizacji.

Historyczna szansa Putina?

Putin obserwuje napięcia transatlantyckie i rozczarowanie Trumpa europejskimi sojusznikami. Amerykański prezydent od dawna zarzuca im korzystanie z ochrony USA bez ponoszenia odpowiednich kosztów. Do tych pretensji dołączyła postawa części Europejczyków wobec amerykańskich działań przeciwko Iranowi. Trump oczekiwał wsparcia, a jego brak interpretował jako kolejny dowód nierównowagi sojuszniczych zobowiązań. Niezadowolenie utrzymywało się jeszcze w czerwcu, o czym mówił ambasador USA przy UE Andrew Puzder.

Putin może próbować przekonać Trumpa, że pokój na Ukrainie wymaga uznania rosyjskich interesów bezpieczeństwa i ograniczenia swobody działania NATO na wschodniej flance. Może go nakłaniać do wycofania amerykańskich żołnierzy z Europy. Tyle że obecność USA w Europie nie jest dobroczynnym świadczeniem dla sojuszników, lecz instrumentem amerykańskiej potęgi. Pozwala Waszyngtonowi wpływać na bezpieczeństwo kontynentu o wielkim potencjale gospodarczym i bogatym rynku zbytu. Jej ograniczenie zwiększyłoby swobodę działania Rosji, a pośrednio również Chin.

Reklama
Reklama

Nie twierdzę, że Putin ma gotowy projekt takiego układu. Trudno jednak sądzić, by nie analizował tej możliwości. NATO może się znaleźć w kłopotach na wiele sposobów. Ameryka wcale nie musi się z Sojuszu formalnie wycofać. Wystarczy, że administracja Trumpa uzna, iż Europa będzie sobie musiała z Rosją radzić sama. Wtedy Rosja może szantażować sąsiadów bez bezpośredniego ryzyka konfrontacji z Amerykanami. Pokusa jest ogromna: Putin mógłby dokonać tego, czego nie zdołali osiągnąć Stalin, Mołotow, Gromyko ani, w zupełnie innych okolicznościach, Gorbaczow.

Spotkanie Zełenskiego i Putina „już niebawem”. Trump zapowiada postępy w negocjacjach

Co z tego wynika dla Polski?

Dla Polski różnica między sowieckim „bezpieczeństwem europejskim” a zachodnim „bezpieczeństwem Europy” ma znaczenie egzystencjalne. Od początku lat dziewięćdziesiątych zabiegaliśmy o rozszerzenie NATO i trwałe uwikłanie Stanów Zjednoczonych w utrzymywanie pokoju w Europie. Dążyliśmy do członkostwa w NATO, wspieraliśmy Stany Zjednoczone w ich „wojnie z terroryzmem”, lobbowaliśmy w Waszyngtonie za polityką otwartych drzwi do NATO dla Ukrainy i Gruzji, wszystko po to, aby amerykańskie przedpole bezpieczeństwa przesunąć na wschód od naszych granic. Nie dlatego, że nie wierzyliśmy w Europę, lecz dlatego, że rozumieliśmy jej historię zbyt dobrze. To nie sowieckie i rosyjskie zapewnienia, lecz amerykańska obecność polityczna i wojskowa zapewniła narodom Europy Zachodniej wolność od „archipelagu Gułag”. Też chcieliśmy takiej wolności. Nie tylko dla siebie, ale także dla naszych sąsiadów.

Reklama
Reklama

Czy najlepszy sojusznik może nam wyłączyć obronę? Lekcja z Ukrainy

Dziś, gdy zapotrzebowanie na amerykańską siłę przewyższa jej podaż, Europejczycy muszą ponosić większą odpowiedzialność za obronę pokoju w Europie, ale zwiększanie ich zdolności nie może stać się pretekstem do realizacji starego rosyjskiego postulatu wycofania Amerykanów. Wynikają z tego cztery zadania dla polskich władz.

Po pierwsze, Polska powinna przedstawiać w Waszyngtonie jednoznaczne warunki brzegowe: brak rosyjskiego prawa weta wobec rozszerzania NATO, rozmieszczania jego sił i udzielania sojuszniczej pomocy; brak uzgodnień z Rosją o bezpieczeństwie Europy bez konsultacji z zainteresowanymi sojusznikami. Trzeba równocześnie podjąć próbę uzgodnienia wspólnego stanowiska z Wielką Brytanią, Francją, Niemcami, państwami nordyckimi i bałtyckimi oraz Ukrainą. Polska powinna wyjść z propozycją wspólnej, europejskiej kampanii promującej NATO w Ameryce, wykorzystującej pełny potencjał wpływów wszystkich razem i każdego z osobna europejskiego sojusznika. Nie ma żadnego powodu, aby Polska pozostawała poza głównym nurtem konsultacji dotyczących warunków bezpieczeństwa własnego regionu. Mamy swoje atuty w Waszyngtonie, inni sojusznicy także je mają. Najwyższy czas połączyć siły.

Po drugie, należy zaproponować Amerykanom konkretną ofertę wojskową i gospodarczą, która uczyni ich obecność w Polsce bardziej użyteczną również z perspektywy interesów USA. Jesteśmy dobrym amerykańskim sojusznikiem, tak jesteśmy w Waszyngtonie postrzegani przez obie strony politycznej konkurencji. Wykorzystajmy ten atut do rozmowy o rozbudowie amerykańskiej obecności w Polsce. Od infrastruktury wojskowej, utworzenia amerykańskiej bazy i rozbudowy sieci logistycznej, przez zapasy uzbrojenia, obronę powietrzną, produkcję oraz serwisowanie sprzętu, aż po przygotowanie do przyjęcia sił wzmocnienia, wszystko to powinno składać się na wspólny program z terminami, finansowaniem i podziałem odpowiedzialności. Warto zabiegać o możliwie trwały charakter amerykańskiej obecności.

Reklama
Reklama

Po trzecie, Polska powinna zainicjować koalicję państw gotowych przygotować konfiskatę zamrożonych w Europie rosyjskich aktywów państwowych i przeznaczenie ich na uzbrojenie Ukrainy. Tylko w ten sposób Europa może powrócić do rozmów pokojowych na własnych warunkach. Wymaga to przekonującej podstawy prawnej, mechanizmu finansowego i politycznej decyzji. Zajęcie aktywów zwiększyłoby koszt rosyjskiej agresji i stworzyłoby problem, którego rozwiązanie wymagałoby europejskiego udziału. Bez Europy nie można byłoby rozstrzygnąć finansowych konsekwencji wojny. Samo domaganie się miejsca przy stole niczego nie zmieni, jeżeli nie będziemy dysponować instrumentami wpływu na wynik negocjacji. Taka decyzja wzmocniłaby Europę zarówno wobec Moskwy, jak i Waszyngtonu.

Ukraina zmienia stanowisko. Zełenski sygnalizuje nowe podejście do Rosji

Po czwarte, należy konsekwentnie rozbudowywać polskie zdolności obronne i ofensywne: zapasy amunicji, rażenie dalekiego zasięgu, obronę powietrzną, zdolność mobilizowania rezerw oraz odporność infrastruktury państwa. Musimy być zdolni do skutecznego oporu również w razie opóźnienia pomocy sojuszniczej. Nie jest to alternatywa dla NATO, lecz sposób na zwiększenie wiarygodności odstraszania i zmniejszenie możliwości rosyjskiego szantażu.

Reklama
Reklama

Nie wiemy, czy Trump zaakceptuje rosyjską propozycję. Stawką jest jednak największe osiągnięcie polskiej polityki bezpieczeństwa po 1989 r.: trwałe związanie naszego bezpieczeństwa z amerykańską obecnością w Europie. Powinniśmy przekonywać Waszyngton, że służy ona interesom USA, a równocześnie budować potencjał, który uczyni rosyjskie próby szantażu nieskutecznymi. Moskwa nie musi uzyskać zgody Waszyngtonu na podporządkowanie sobie Europy. Wystarczy, że przekona Amerykanów, iż to, co Rosja zrobi z Europą, przestaje być ich sprawą. Zadaniem polskiej polityki jest nie dopuścić, aby taki rachunek stał się dla Amerykanów opłacalny, dla Europejczyków nieuchronny, a dla Rosji bezkarny.

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero
Reklama
Reklama