KINO
„Obsesja” (2025), reż. Curry Barker | Gdzie obejrzeć: Apple TV+, Prime Video, Canal+ VOD, Rakuten TV

Inde Navarette i Michael Johnston w filmie „Obsesja” (2025), reż. Curry Barker (fot. mat.prasowe)
Mamy obsesję na punkcie „Obsesji”! Kasowy hit zaledwie 26-letniego youtubera Curry’ego Barkera to najlepszy horror roku i pewnie jeden z lepszych filmów mijającej dekady; stylowy poemat grozy o bezbrzeżnym egoizmie oraz toksycznej miłości. Jeśli jakimś cudem przegapiliście go w kinach (co było trudne, biorąc pod uwagę zasięg poczty pantoflowej), macie szansę, by zrehabilitować się na Halloween. Nie mówcie tylko, że was nie ostrzegałem.
W historii zahukanego chłopaka, który, korzystając z magicznej zabawki, przymusza swoją koleżankę do miłości (i w rezultacie więzi ją w jej własnym, bezwolnym ciele) każdy dostrzeże to, co chce. Milenialsi – opowieść o utracie podmiotowości. Zetki – horror o mechanizmach kontroli w związku. Wszyscy – dobrą zabawę, która w ułamku sekundy przeradza się w koszmar. No i nową ikonę gatunku w postaci Nikki Freeman. Grająca ją Inde Navarette z dnia na dzień zamieniła się w gwiazdę pierwszego formatu. I nic dziwnego – to rola warta wszystkich nagród świata.
Barker potrzebował od nas podwójnego kredytu zaufania – to nie tylko youtuber, ale i komik. Na szczęście obydwie te platformy i konwencje są dziś krynicą najlepszego kina grozy. Doświadczenie w komedii pozwala reżyserowi w mistrzowski sposób budować napięcie. YouTube’owa „wrażliwość” sprawia, że doskonale rozumie „skeczową” naturę miłosnej codzienności. Są w tym filmie momenty kapitalnego bezpretensjonalnego humoru. Są też sceny, za sprawą których dusza opuści wasze ciało.
„Obsesja”, nakręcona za marne 750 tys. dol., zarobiła w kinach niemal 530 mln dol., przebijając swój budżet prawie 700-krotnie! To sukces, którego nie sposób zignorować. I zarazem rękojmia wielkiego talentu, artystycznej uczciwości oraz wiary w inteligencję widza.
„Coco” (2017), reż. Lee Unkrich, Adrian Molina | Gdzie obejrzeć: Canal+ VOD, Prime Video, Player, Rakuten TV
Płakałem na „Coco”. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Choć animacja studia Pixar pojawiła się w łańcuszku ledwie przyzwoitych produkcji (jak „Dobry dinozaur” czy „Gdzie jest Dory”), błyskawicznie przypomniała wszystkim, dlaczego mistrzowie animacji odstawiają konkurencję o parę długości. W nostalgicznej opowieści o sile rodzinnych więzi jest wszystko, czego potrzebujecie na familijny seans: piękna oprawa wizualna, ekscytująca akcja, gęściutki klimat meksykańskiego Dnia Zmarłych oraz przesłanie, które zostanie z wami na dłużej. Być może – do końca życia.
„Upiorna noc Halloween” (2007), reż. Michael Dougherty | Gdzie obejrzeć: Apple TV+, Prime Video
Skoro Halloween, to tylko „Halloween”. Tym razem jednak, zamiast klasyka Johna Carpentera oraz jego niezliczonych sequeli, stawiamy na kapitalną (i wciąż skandalicznie niedocenioną) antologię Michaela Dougherty’ego. O tym, że za piękną fasadą amerykańskich przedmieść kłębi się robactwo, wiemy aż za dobrze. Tym razem opowieść o ludzkich demonach oraz podszeptach nikczemnej natury rozpisana jest na kilka, zaplatających się nowelek. Niektóre to małe arcydzieła komediohorroru. Inne będą wam się śnić przynajmniej do Zaduszek. Wszystkie ogląda się lepiej przy poharatanej dyni i gorącej herbacie.
SERIALE
„Nawiedzony dom na wzgórzu” (2018), twórca: Mike Flanagan | Gdzie obejrzeć: Netflix

Kadr z serialu „Nawiedzony dom na wzgórzu” (2018), twórca: Mike Flanagan (fot. mat.prasowe)
„Dom na Wzgórzu, choć nienormalny, opierał się samotnie o swoje pagórki i tulił ciemność w swym wnętrzu. Stał tak już osiemdziesiąt lat i zapewne stać tak będzie przez następne osiem dziesięcioleci (…) Gruby płaszcz ciszy pokrywał drewno i kamień Domu na Wzgórzu. A cokolwiek wędrowało w tych murach, wędrowało samotnie”. Co za fraza! Co za powieść!
Klasyczka literatury grozy Shirley Jackson kochała kino z wzajemnością. Zanim napisany przez nią w 1959 r. „Nawiedzony dom na wzgórzu” zdążył obrosnąć mchem, miała już na koncie jego fenomenalną ekranizację – „The Haunting” Roberta Wise’a z 1963 r. Najnowsza wersja tej opowieści, autorstwa horrorowego fachury Mike’a Flanagana – i mówię to z pełną odpowiedzialnością – jest jeszcze lepsza.
Losy wielopokoleniowej rodziny Craine’ów związane są ze starym domostwem, w którym kiedyś doszło do tragedii. Po latach w życie sześciorga rodzeństwa ponownie wkrada się mrok. Choć drogi bohaterów się rozeszły, podwójne pole grawitacyjne – nawiedzonego domu oraz patriarchy rodu – znów przyciąga ich do siebie. Tym, co następuje później, jest imponująca pod względem psychologicznej głębi (a także walorów czysto rozrywkowych!) podróż do korzeni ich wspólnej traumy.
Jeśli o serialu Netfliksa nie mówi się dziś jako żelaznej klasyce współczesnego horroru, to chyba tylko dlatego, że brakuje w nim jakiegoś potężnego marketingowego haczyka. Bo cała reszta – od rewelacyjnej obsady, przez precyzyjną i mądrą reżyserię, po kapitalne zdjęcia oraz sprytnie zaadaptowany tekst – jest. Jeśli kochacie gotyckie klimaty, a zasypiając lubicie obserwować taniec cieni na suficie, trafiliście pod właściwy adres. Jeśli nie, „Nawiedzony dom na wzgórzu” i tak coś dla was wymyśli.
„Wdowia zatoka” (2026), twórczyni: Katie Dippold | Gdzie obejrzeć: Apple TV+
Przyznam szczerze, że jakiś czas temu traktowałem ten serial wyłącznie jako przyjemną i niezobowiązującą rozrywkę. Aż tu nagle, jak nie trzaśnie! Trzy tysiące nagród Emmy, historyczny rekord, deszcz konfetti. I chyba zaczynam rozumieć fenomen – „Wdowia zatoka”, połączenie najlepszych „obyczajówek” Stephena Kinga z „Gęsią skórką”, postkolonialną mitologią i diabeł wie, czym jeszcze, to po prostu synonim wielkiej amerykańskiej epiki. W dodatku wybitny Matthew Rhys gra tu kogoś w rodzaju Adasia Miauczyńskiego na eksport. No to siadajcie już na tej kanapie i rzucajcie pieniędzmi w telewizor.
„Ash kontra Martwe Zło (2015-2018)”, twórca: Mark Beesley | Gdzie obejrzeć: Prime Video
Jaki Ash jest, każdy widzi. Dżinsowy czar, wzrok obłąkańca, dubeltówka w jednej dłoni, piła łańcuchowa w dru… wróć... zamiast drugiej. Fani kultowej serii horrorów Sama Raimiego „Martwe zło” znają go doskonale. Reszta może zacząć od rewelacyjnego serialu. Choć licząca 3 sezony produkcja rozwija inteligentnie mitologię cyklu, całość stoi na własnych nogach. To miejscami zabawny, a miejscami szokujący miks horroru, slapstickowej komedii i czystego filmowego absurdu. W sam raz na Halloween. Groovy!
GRY WIDEO
„Graveyard Keeper 2” | prod. Lazy Bear Games, wyd. tinyBuild Games | PS5, XSX/S, Switch (1 i 2), PC | PEGI 16

Screen z gry „Graveyard Keeper 2” | prod. Lazy Bear Games, wyd. tinyBuild Games (fot. mat.prasowe)
Są sprawy, które zawsze należy traktować śmiertelnie poważnie, ale śmierć nie jest jedną z nich. To dlatego w dzisiejszym odcinku „Zero planów” czytamy Pratchetta i gramy w „Graveyard Keeper 2”. W grze stworzonej przez niezależne studio z Wilna wcielamy się w Wielkiego Inkwizytora, który w niecodziennych okolicznościach zostaje grabarzem i przejmuje opiekę nad cmentarzem w uroczym średniowiecznym miasteczku. Robota to niezbyt wdzięczna i idzie od niej zwariować (na szczęście pasek szaleństwa, rosnący od kopania grobów i wybebeszania zwłok, można zbijać np. piciem piwa), ale ktoś to musi robić. A w dodatku mamy świetnego kompana – gadającą czachę, która pomoże, podpowie, dotrzyma towarzystwa i rozśmieszy.
Na początku naszym zadaniem jest dbanie o cmentarz i o to, żeby każdy dostarczony nam denat znalazł godne miejsce pochówku. Potrzebujemy do tego różnych zasobów, zbieramy więc drewno, kamień czy złom na gwoździe, ale musimy też myśleć o żołądku, więc rozwijamy ogród, sad itp. A że miasteczko mierzy się z własnymi problemami, to nie gardzimy również zasobami, które naszym klientom nie są już do niczego potrzebne. Z czasem obiekt naszej troski, czyli cmentarz, staje się głównym źródłem zasobów, a na pierwszy plan wysuwa się odbudowa miasteczka i jego obrona przed zombiakami.
Symulator farmera, strategia, fabularne rpg – co kto lubi. Idealna propozycja na długie jesienne wieczory, by zakopać się z padem pod kocem.
„Clive Barker’s Hellraiser: Revival” | prod., wyd. Saber Interactive | PS5, XSX/S, Switch 2, PC | PEGI 18
Mamy dowód! Gry wideo należy raz na zawsze zdelegalizować, bo stanowią idealny nawóz, na którym wyrastają socjopaci. Kto wie, czy „Clive Barker’s Hellraiser: Revival” nie powinien znaleźć się na rządowej czarnej liście wyżej niż „Minecraft”. To piekielnie brutalna produkcja, w której krew i rzeźby z ludzkich ciał wcale nie są tym, co szokuje najbardziej. W gęstym, gore’owym sosie ekipa Saber Interactive upichciła niepozbawiony wad survival horror FPP na licencji kultowego cyklu filmowego. Wybaczcie te skojarzenia kulinarne – są nie na miejscu. A już zupełnie serio: to naprawdę wyjątkowo brutalna gra. Tylko dla świadomych tego pełnoletnich graczy.
„Silent Hill: Townfall” | prod. Screen Burn Interactive, wyd. Konami | PS5, PC | PEGI 16
Jeden rabin powie, że to bardzo dobry „Silent Hill”, bo mamy tu klasyczne podejście do rozgrywki, świetny klimat i wysoki poziom trudności. Drugi rabin powie, że to bardzo kiepski „Silent Hill”, bo od skradania bolą plecy, poziom trudności jest niezbalansowany (na normalu – too hard, na easy – too easy), protagonista ma charyzmę gąbki, no i co to za „Silent Hill” z... jednym bossem. Obaj mają sporo racji, dlatego warto zasięgnąć trzeciej opinii: swojej własnej. Sprawdźcie „Townfall”, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.
KSIĄŻKI
„Mort”, „Kosiarz”, „Muzyka duszy”, „Wiedźmikołaj”, „Złodziej czasu” | Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa | wyd. Prószyński i S-ka

Książki „Kosiarz” (Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka) oraz „Potwory z archiwum. Mój rok grozy ze Stephenem Kingiem” (Caroline Bicks, tłum. Maciejka Mazan wyd. Prószyński i S-ka) (fot. Radosław Wojtas / archiwum własne)
Ze wszystkich personifikacji śmierci, jakie dostarczyła popkultura, Śmierć ze Świata Dysku to absolutny król sceny. Nie mówi zbyt wiele, ale kiedy już się odzywa, to zawsze KAPITALIKAMI. I za każdym razem jest do bólu bezbłędny (tak, Śmierć u Pratchetta jest rodzaju męskiego).
– Dzieci to nasza nadzieja na przyszłość.
– NIE MA NADZIEI NA PRZYSZŁOŚĆ – oświadczył Śmierć.
– Więc co nas tam czeka?
– JA”
Albo:
– (...) na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
– KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.
Prozę Terry'ego Pratchetta można kochać za wiele rzeczy, a Śmierć jest jednym z najlepszych ku temu powodów. Genialna postać, która przewija się w niemal wszystkich (z wyjątkiem dwóch) z 41 tomów składających się na Świat Dysku. Kradnie każdą scenę, wywołuje uśmiech nawet wówczas, gdy przychodzi po bohatera, którego akurat polubiliśmy.
Świat Dysku warto czytać cyklami. Na ten o Śmierci składa się pięć tytułów: „Mort”, „Kosiarz”, „Muzyka duszy”, „Wiedźmikołaj”, „Złodziej czasu”. Nawet w nich Śmierć często schodzi na boczny plan. I tak pierwszy tom to bardziej opowieść o tytułowym Morcie, który zostaje pomocnikiem Śmierci, choć kompletnie się do tego nie nadaje. Z kolei w „Kosiarzu” (który jest małym arcydziełem) Śmierć gdzieś znika i okazuje się, że świat bez niego nie jest wcale taki wspaniały, jak mogłoby się wydawać. Zdejmując kapelusze z głów przed pełną absurdalnego humoru, ale też niestroniącą od stawiania egzystencjalnych pytań prozą Pratchetta, chylimy czoła przed tłumaczem – Piotrem W. Cholewą. Rzemiosło artystyczne najwyższej próby.
„Potwory z archiwum. Mój rok grozy ze Stephenem Kingiem” | Caroline Bicks, tłum. Maciejka Mazan | wyd. Prószyński i S-ka
Autorka książki kieruje Katedrą Literatury im. Stephena Kinga na Uniwersytecie Maine, wykłada o Szekspirze i... literaturze grozy, a prywatnie od wczesnej młodości jest wielką fanką prozy Kinga. Ma to szczęście, że mistrz wpuścił ją do swojego przydomowego archiwum, gdzie Bicks przez 12 miesięcy wertowała maszynopisy, notatki, przypisy na marginesach, wymiany uwag Kinga z redaktorami. W książce opisuje ten niezwykły rok i efekty pracy, w której skupiała się na wczesnych utworach pisarza: „Lśnieniu”, „Carrie”, „Cmętarzu Zwieżąt”, „Miasteczku Salem” i „Nocnej zmianie”. Sporo tu smaczków, które docenią fani Króla Horroru. Czy King potrafi przerazić się tym, co sam napisał? Jeszcze jak!
„Trupia farma” | Bill Bass, Jon Jefferson, tłum. Janusz Ochab | wyd. Znak, 2021
Jedno ciało zakopano w ziemi, inne zatopiono w bagnie. Kolejne zwłoki puchną w wodzie, a jeszcze inne gniją w bagażniku samochodu. Wszystko to dzieje się na terenie uniwersytetu, w celach naukowych, by lepiej zrozumieć proces rozkładu, a w efekcie – zwiększyć szanse na rozwikłanie najmroczniejszych zbrodni. Brzmi jak początek horroru klasy B, ale „Trupia farma” to nie fikcja. Książka odsłania kulisy powstania pierwszego i najbardziej znanego laboratorium sądowego tego typu, założonego przez antropologa Billa Bassa w 1981 r. przy Uniwersytecie Tennessee w Knoxville.




