Dziadek do szpitala na niezbyt poważny zabieg kładzie się w przyszłym tygodniu. Nawet pokazał mi torbę, którą ściągnął ze strychu i wyprał specjalnie na tę eskapadę. Kilka dni i planuje wrócić do domu. Kolejny zabieg, tym razem nieco poważniejszy, bo na kolano, ma we wrześniu, czyli bardzo szybko. Co prawda musi dojechać 250 km, ale w rodzinnym mieście powiedzieli mu, że najwcześniej to go za 5 lat zoperują, a tyle to czekać nie będzie, więc długo nad decyzją się nie zastanawiał.
Babcia na szczęście do szpitala kłaść się nie musi, choć i tak co chwilę lata od lekarza do lekarza, bo wyniki badań jakieś nie takie wyszły ostatnio. W tym miesiącu ma kolejnych kilka badań, do niektórych potrzebuje znieczulenia. Oczywiście, że chciała iść „na fundusz”, przecież po coś płaciła przez lata składki – długie lata, bo emeryturę o dobrą dekadę przesunęła – ale wiemy, jak jest: terminy odległe i ze znieczuleniem też problem. Idzie prywatnie.
Oboje mają szczęście: dziadek, że ma czas i może pojechać to 250 km dalej do szpitala; babcia, że ma za co pójść na badania prywatnie. Ale przecież nie wszyscy mają takie szczęście. Nie wszyscy mają czas i pieniądze, żeby w jakiś sposób radzić sobie z problemami ochrony zdrowia. I niekoniecznie chodzi tylko o seniorów.
Zapaść w ochronie zdrowia jest faktem
Dwa tygodnie temu na Zero.pl opublikowaliśmy serię artykułów poświęconych zapaści w ochronie zdrowia. Moja redakcyjna koleżanka, Aleksandra Cieślik, opisała wtedy dwie tragedie – swojej 15-letniej imienniczki oraz 20-letniej Julii.
Pierwsza z nich, 15-latka, w niedzielny poranek trafiła na szpitalny oddział ratunkowy z ostrym bólem brzucha. Na diagnozę czekała godzinami. Choć objawy się nasilały, nikt nie wykonał nawet USG. Zamiast tego dziewczyna odsyłana była od oddziału do oddziału. Kluczowa konsultacja ginekologiczna odbyła się po ponad dwóch dobach od przyjęcia, a decyzja o operacji zapadła dopiero po transporcie do innego szpitala. Niestety, Ola straciła jajowód.
Druga z dziewczyn, 20-latka, miała jeszcze mniej szczęścia. Do szpitala trafiła na planowy zabieg usunięcia kamienia nerkowego. Kilka godzin później rozwinęły się u niej urosepsa i ciężki stan wymagający leczenia na oddziale intensywnej terapii. Transport tam odbył się dopiero po ponad ośmiu godzinach. W dokumentacji zapisano: brak miejsc na OIT w szpitalu św. Wojciecha w Gdańsku i konieczność przewiezienia pacjentki do innej placówki. Ten czas najpewniej był kluczowy. 10 dni później Julia zmarła.
To nie są pojedyncze przypadki. Zgodnie z danymi z Narodowego Funduszu Zdrowia przeanalizowanymi przez Zero.pl drastycznie rośnie m.in. czas oczekiwania do poradni metabolicznych i neurologicznych dla dzieci, przy których zwłoka w diagnozie może prowadzić do nieodwracalnych zmian w mózgu dziecka.
Wydłuża się także czas oczekiwania na badania profilaktyczne. Ponad 60 tys. pacjentów „pilnych” czeka w kolejkach na kolonoskopię, która pozwala wykryć raka jelita grubego. Zanim te osoby doczekają się diagnozy, nowotwory mogą dać przerzuty, a szanse na ratunek bezpowrotnie przepadną.
Pół miliona Polaków miesiącami czeka na rehabilitację. Zamiast szybko leczyć, system hoduje armię rencistów.
Kuleje także ratownictwo. W żadnym z województw karetki nie dojeżdżają na czas. Niemal 30 proc. z nich dociera po maksymalnym dopuszczalnym czasie przewidzianym przez ustawodawcę, a w niektórych regionach sytuacja jest wręcz dramatyczna – na Dolnym Śląsku opóźnienia dotyczą aż 43,7 proc. wyjazdów.
Suwalski szpital staje się symbolem
Ochrona zdrowia jest coraz mniej wydolna. Potrzebuje ratunku i konkretnych zmian. Tych jednak na razie nie widać. Widać za to coś innego, czego symbolem może stać się opisywany dzisiaj przez Radka Ditricha Szpital Wojewódzki im. dr. Ludwika Rydygiera w Suwałkach, z którego wielkimi płatami odpada elewacja. Mówienie, że budynek się sypie, nie jest nadużyciem.
Jak pisze mój redakcyjny kolega, dług placówki zbliża się do 60 mln zł. Mimo tego dyrektorowi szpitala, który w 2025 r. zarobił ponad pół miliona złotych, przyznano dodatkową premię w wysokości 12,2 tys. zł miesięcznie.
Proponowane sposoby na poprawę sytuacji mają być kuriozalne. Jedna z pracownic szpitala opowiedziała, że na korytarzach pojawił się pomysł ścisłej kontroli i rozliczania zużytych gazików, z którego zrezygnowano dopiero po ostrych protestach kadry.
Problemy finansowe nie przeszkodziły jednak w tym, żeby zmienić statut szpitala. Nowy dokument daje zielone światło na zatrudnienie drugiego wicedyrektora, co oznaczałoby kolejny, kosztowny wydatek.
„Ewentualne utworzenie dodatkowego stanowiska Zastępcy Dyrektora pozwoli na bardziej efektywne, wzmocnienie nadzoru nad obszarem finansów, usprawnienie procesów decyzyjnych oraz dalszą poprawę jakości zarządzania – przy czym decyzja w tym zakresie będzie każdorazowo uzależniona od bieżących uwarunkowań organizacyjnych i finansowych jednostki” – piszą w przesłanym Zero.pl oświadczeniu władze placówki.
Brzmi jak doskonała inwestycja. Kosztowny pracownik, który znajdzie oszczędności.
A budynek się sypie.
I system też się sypie.
Zatrudnijmy czwartego wiceministra. Może znajdzie oszczędności.

