Wojsko

Stepan: Nie spieszcie się tak. Latanie nad wojną to śmiertelne niebezpieczeństwo

Patrzę na tę nową wojnę na Bliskim Wschodzie, sparaliżowany ruch lotniczy w tamtym rejonie i słyszę, jak wszyscy narzekają: że nic nie lata, nie ma jak wrócić, że to skandal. Nie spieszcie się tak, ludzie. Poczekajcie. Bo latanie nad wojną to nie jest najlepszy pomysł. To śmiertelne niebezpieczeństwo – pisze Maria Stepan, dziennikarka Kanału Zero.

Maria Stepan
Felieton autorstwa: Maria Stepan
06 marca
9 minut
Dwa rządowe samoloty Boeing-737 biorą udział w misji ewakuacji polskich obywateli z portu lotniczego Muskat w Omanie. W pierwszej kolejności ewakuowano osoby potrzebujące pomocy medycznej. (fot. Leszek Szymański / PAP)

Reklama

Lili Derden miała 50 lat. Była Australijką belgijskiego pochodzenia. 17 lipca 2014 roku wracała od swojej rodziny w Belgii. Spieszyła się do Australii, do córek i do maleńkiej wnuczki. Zginęła na Ukrainie, pod Torezem, bo Rosjanie pomylili samolot pasażerski z wojskowym i zestrzelili malezyjskiego Boeinga 777, który leciał z Amsterdamu do Kuala Lumpur z 298 osobami na pokładzie.


Reklama

Wojna na Bliskim Wschodzie. Śledź naszą RELACJĘ NA ŻYWO 

„Wojenna mgła” pochłania setki ofiar

Dwa dni później dotarliśmy na miejsce katastrofy. W promieniu kilku kilometrów rozrzucone były szczątki maszyny, walizki, fotele, a tzw. „separatyści” wciąż jeszcze zbierali szczątki ciał z pól. Tuż przy drodze sterczały zwęglone resztki jednego z silników i wciąż było czuć smród nie tylko paliwa. Tam znalazłam jej bilet. Bilet Lili Derden. Leżał sobie obok tej sterty rozprutych walizek, poszarpanych ubrań, książek i zabawek.


Reklama


Reklama

Niepojęte. Przetrwał świstek papieru… A ona, jak pozostałych 297 osób, nie miała szans.

A teraz patrzę na tę nową wojnę na Bliskim Wschodzie, na ten sparaliżowany ruch lotniczy w tamtym rejonie i słyszę, jak wszyscy narzekają: że nic nie lata, że nie ma jak wrócić, że to skandal. I sobie myślę: nie spieszcie się tak, ludzie. Poczekajcie. Bo latanie nad wojną to nie jest najlepszy pomysł. To śmiertelne niebezpieczeństwo.


Reklama

Od zakończenia II wojny światowej „wojenna mgła” pochłonęła kilkadziesiąt samolotów. Doszło do katastrof, które nie miały prawa się zdarzyć. A się zdarzyły. Niejako przypadkiem, niechcący. Choć winnym do tego „niechcący” i tak przyznać się trudno.


Reklama

1 września 1983

Czasy zimnej wojny. W powietrzu na szczęście nie fruwają pociski ani rakiety, ale krążą samoloty szpiegowskie, a i Sowieci, i Amerykanie wypatrują wroga.


Reklama

1 września z Alaski startuje do Seulu południowokoreański samolot pasażerski. Zbacza jednak z trasy (najprawdopodobniej powodem był błąd nawigacyjny) i wlatuje w przestrzeń powietrzną ZSRR nad Kamczatką, a potem nad Sachalinem.


Reklama

W tym samym czasie u wybrzeży Kamczatki, w międzynarodowej przestrzeni powietrznej, lata amerykański samolot szpiegowski Boeing RC-135. Sowieci jednak zamiast w samolot szpiegowski strzelają w pasażerskiego Boeinga. Ginie 269 osób, wszyscy na pokładzie. Byli to głównie Koreańczycy, ale samolotem leciało też 61 amerykańskich pasażerów.

Pilot radzieckiego MIG-a, który zestrzelił koreańską maszynę, do końca życia uważał, że nie popełnił żadnego błędu. Do pomyłki nie przyznawało się też radzieckie państwo. Sowieci twierdzili, że pasażerski samolot tylko udawał cywilny, że w rzeczywistości był samolotem szpiegowskim. Zresztą naród radziecki o tej katastrofie został poinformowany dopiero osiem dni po zdarzeniu. Wytłumaczono mu, że wszystkiemu winni są imperialiści z Waszyngtonu i Tokio.


Reklama

Ówczesny prezydent USA Ronald Reagan tę „pomyłkę” nazwał „masakrą”, „aktem barbarzyństwa” i „zbrodnią przeciwko ludzkości”. Zimna wojna stała się jeszcze zimniejsza. Sowieckie linie lotnicze Aerofłot dostały zakaz lotów nad terytorium Stanów Zjednoczonych.


Reklama

Dwa tygodnie później Reagan ogłosił, że Stany Zjednoczone udostępnią liniom lotniczym, a potem wszystkim cywilom sygnały GPS. Wielu uważa, że gdyby nie ta tragedia, GPS tak szybko nie trafiłby do powszechnego obiegu.

Co ciekawe, czarne skrzynki Boeinga przekazał Koreańczykom dopiero Borys Jelcyn, po upadku ZSRR, w 1992 roku. Sowieci znaleźli je oczywiście od razu (samolot runął do Morza Japońskiego), ale się do tego nie przyznali. Pięć lat później pomyłkę zaliczyli Amerykanie. I też nigdy nie przyznali się do winy. Musiało wystarczyć „ubolewanie” z powodu utraty życia.


Reklama

3 lipca 1988

Ośmioletnia wojna iracko-irańska powoli dobiega końca. W ochronę żeglugi w Zatoce Perskiej zaangażowały się właśnie Stany Zjednoczone. Tego ranka amerykański krążownik rakietowy walczy z irańskimi szybkimi łodziami motorowymi, które ostrzelały amerykański helikopter.


Reklama

W tym samym czasie z lotniska Bandar Abbas w Iranie startuje irański cywilny Airbus A300. Leci do Dubaju. Amerykański krążownik omyłkowo bierze go za irański myśliwiec F-14. Amerykanie wystrzeliwują dwa pociski ziemia-powietrze. Oba trafiają w cel. Samolot eksploduje w powietrzu, szczątki wraz z ciałami 290 osób spadają do morza.

Amerykanie, mimo że na początku prawidłowo rozpoznali maszynę jako cywilną, w chaosie walki, pod wpływem stresu, błędnie zinterpretowali dane radarowe i uznali, że to irański myśliwiec, który rzekomo miał atakować okręt. Nikt jednak za tę „pomyłkę” nie został ukarany. Kapitan krążownika dwa lata później dostał nawet medal za „wybitną służbę” w Zatoce Perskiej.


Reklama

Stany Zjednoczone jednak wypłaciły rodzinom ofiar ponad 60 milionów dolarów odszkodowań.


Reklama

4 października 2001

Lot rosyjskiego Tu-154M z Tel Awiwu do Nowosybirska. Na pokładzie głównie Izraelczycy z rosyjskimi korzeniami lecący czarterem linii Siberia Airlines odwiedzić rodzinę.


Reklama

W tym czasie jednak na Krymie trwają duże ćwiczenia obrony powietrznej. W kierunku jednego z celów ćwiczebnych Ukraińcy wystrzeliwują rakietę przeciwlotniczą, która w pewnym momencie traci namiar na wroga. Automatycznie więc wyszukuje najbliższy obiekt o odbiciu radarowym. Tym obiektem jest lecący na wysokości około 11 kilometrów nad ziemią rosyjski samolot pasażerski.


Reklama

Maszyna eksploduje w powietrzu, ginie 78 osób. Ukraina do pomyłki przyznaje się dopiero po kilku dniach. Jak wykazało potem śledztwo, rakieta została wystrzelona poza dopuszczalnym sektorem i nie miała aktywnego systemu samozniszczenia.

17 lipca 2014

Lot malezyjskich linii lotniczych MH17 z Amsterdamu do Kuala Lumpur. To właśnie nim wracała do domu Lili Derden.


Reklama

Wtedy, w lipcu 2014 roku na Ukrainie na dobre trwa już rosyjska rebelia. Tak zwani separatyści (kolejny fałszywy rosyjski termin, po słynnych krymskich „zielonych ludzikach”), czyli Rosjanie, od połowy kwietnia okupują część Donbasu. I to Rosjanie rakietą Buk zestrzeliwują nad Donbasem malezyjskiego Boeinga. Pod Torezem ginie 298 osób.


Reklama

Zestrzelenie tego samolotu jest jednym z najlepiej udokumentowanych dowodów na bezpośrednie zaangażowanie Rosji w wojnę w Donbasie. System Buk został dostarczony z terytorium Rosji. Przyjechał z 53. Brygady Rakietowej Przeciwlotniczej z Kurska i po zestrzeleniu wrócił do Rosji.

Rosjanie pomylili cywilny Boeing 777 z ukraińskim samolotem wojskowym, który rzeczywiście latał w tym rejonie na niskiej wysokości. Nie muszę dodawać, że nigdy do tej pomyłki się nie przyznali. Nigdy nikogo nie przeprosili.


Reklama


Reklama

Zdecydowana większość ofiar (193 osoby) była obywatelami Holandii. Dlatego to właśnie Holandia, ale też Australia, Belgia, Malezja i Ukraina prowadziły międzynarodowe śledztwo w sprawie tej katastrofy. W sumie na pokładzie samolotu byli obywatele 11 krajów.

8 stycznia 2020

Kolejny cywilny samolot zostaje zestrzelony przez pomyłkę nad Teheranem. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej strzela w Boeinga 737 – ukraiński samolot pasażerski, który kilka minut wcześniej wystartował do Kijowa. Giną wszyscy na pokładzie, 176 osób.


Reklama

Irańscy operatorzy radarowi mieli pomylić cywilny samolot z pociskiem manewrującym lub amerykańskim samolotem wojskowym. Jak to możliwe? Stało się to kilka godzin po tym, jak Irańczycy rakietami ostrzelali amerykańskie bazy w Iraku. W tym momencie więc Iran czekał na amerykańską odpowiedź. No i gdy na niebie nad Teheranem Irańczycy zobaczyli „coś”, co się wznosi, wysłali rakiety.


Reklama

Na początku klasyka, czyli zaprzeczanie. To nie my. Trzy dni później jednak Iran przyznaje, że był to „tragiczny błąd ludzki” spowodowany „nieprawidłową identyfikacją celu”. Tego samego dnia na ulice Teheranu wychodzą ludzie. Rozpoczynają się kilkudniowe, masowe protesty przeciwko kłamstwom władzy. Okazało się, że tuszowanie prawdy bardziej rozwścieczyło Irańczyków niż sama tragedia.


Reklama

Rodziny ofiar tymczasem, głównie z Kanady, Szwecji i Ukrainy, do dziś walczą o pełną odpowiedzialność i sprawiedliwość, o uznanie, że była to zbrodnia, a nie zwykły błąd ludzki.

Te tragedie to nie były zamachy terrorystyczne. Nikt specjalnie, z premedytacją, nie chciał do nich doprowadzić. To tragiczne pomyłki. Bo ktoś przypadkiem, nieumyślnie wleciał w zamkniętą przestrzeń powietrzną. Bo komuś innemu, najczęściej pod wpływem stresu, wydawało się, że leci nie samolot pasażerski, a wrogi samolot wojskowy. Bo zepsuł się transponder, bo na podjęcie decyzji operator miał kilka sekund itd., itp. Bo tym całym coraz doskonalszym sprzętem zawiadują i go obsługują ludzie. Ludzie, którzy prowadzą wojnę. A wojna to nie jest dobry czas na latanie.