Świat

Gdy zabraknie ropy, zacznie się globalna wojna. Świat wchodzi w erę walki o energię

W kolejnych punktach globu trwają już zaciekłe starcia, a ich kluczowym elementem są próby zdominowania lub zniszczenia energetycznych zasobów wroga. Jeśli do końca jesieni cieśnina Ormuz nadal będzie zablokowana, istnieje ryzyko, że konflikty przerodzą się w światową wojnę o dostęp do energii.

Andrzej Krajewski
Opinia autorstwa: Andrzej Krajewski
Dzisiaj 06:01
13 min
Jeśli cieśnina Ormuz nadal będzie zablokowana, to żeby zrównoważyć rynek ropy, ceny muszą wzrosnąć. (fot. Miha Creative / Shutterstock)
TYLKO NA

„Ponad dziesięć tygodni po rozpoczęciu wojny na Bliskim Wschodzie narastające straty w dostawach z cieśniny Ormuz wyczerpują globalne zapasy ropy w rekordowym tempie” – wynika z raportu przygotowanego przez U.S. Energy Information Administration (EIA), opublikowanego 12 maja 2026 r. Amerykańska federalna agencja ostrzega, że spadek globalnych zapasów ropy naftowej nie chce się zatrzymać.

Ten rok rozpoczynaliśmy, mając zgromadzone w komercyjnych i rządowych magazynach oraz na tankowcach kotwiczących gdzieś na oceanach ok. 8,4 mld baryłek ropy. Teraz jest to ok. 7,8 mld baryłek i ta liczba stale maleje.

Dzieje się tak pomimo tego, że: „Producenci spoza Bliskiego Wschodu zwiększyli wydobycie i podnieśli eksport do rekordowych poziomów w odpowiedzi na kryzys. Co więcej, oczekiwania dotyczące wzrostu podaży w obu Amerykach na 2026 rok zostały zrewidowane w górę o ponad 600 tys. b/d (baryłek dziennie – aut.) od początku roku, do średnio 1,5 mb/d” – informuje EIA.

Wzrost wydobycia odnotowano w USA, Brazylii, Kanadzie, Kazachstanie i Wenezueli. Po zawieszeniu przez administrację Donalda Trumpa sankcji nałożonych na zakup rosyjskiej ropy jej sprzedaż także rośnie. A mimo to globalne zapasy maleją. Trendu nie zmienił nawet spadek konsumpcji wynikający z tego, iż cena wynosi średnio ponad 100 dol. za baryłkę.

Reklama
Reklama

Z majowego raportu The International Energy Agency (IEA) można się dowiedzieć, iż obecnie świat konsumuje ok. 104 mln baryłek ropy dziennie. Natomiast na rynek trafia jedynie ok. 102 mln baryłek, stąd ubytek strategicznych rezerw. Muszą one być sukcesywnie uwalniane dla zaspokojenia popytu oraz utrzymania cen na poziomie strawnym dla światowej gospodarki.

Dzięki temu rynki finansowe nie panikują, a konsumentom zapewniono dostęp do paliw i nadal ich na nie stać. Niedobory pojawiają się jedynie w najbiedniejszych krajach Azji i Afryki. Ale ubocznym tego skutkiem jest brak znaczącego spadku popytu.

Jak wojna w Zatoce Perskiej wpływa na relacje USA–Chiny i światowy handel

Tymczasem, jeśli cieśnina Ormuz nadal będzie zablokowana, to żeby zrównoważyć rynek ropy, ceny muszą wzrosnąć. Gdyby baryłka kosztowała minimum 200 dol., wówczas wszyscy zacisnęliby pasa, acz jednocześnie zacisnęłaby się pętla na szyi globalnej gospodarki i znacząco wzrosłoby prawdopodobieństwo, iż ta będzie się spazmatycznie dusić.

Reklama
Reklama

Tego prawie nikt nie chce, zatem trwa konsumpcja rezerw, co w połączeniu z blokadą cieśniny Ormuz tworzy tykającą bombę zegarową, której eksplozja może nastąpić jesienią tego roku. Jeśli nie uda się jej rozbroić, wówczas światu zagrozi powszechna wojna energetyczna. Stanie się ona nieuchronna, ponieważ mowa o dostępie do czegoś, na czym opiera się nowoczesna cywilizacja.

Energia pierwotna

Nasza cywilizacja konsumuje energię, uzyskiwaną z całkiem bogatej puli źródeł. Niestety zarówno konsumpcja, jak i źródła splecione są ze sobą gęstą siecią zależności. Chcąc wychwycić sedno, trzeba się odwołać do „energii pierwotnej” (Primary Energy). Ów termin używa się, by statystycznie ująć całościowe zapotrzebowanie ludzkości na energię, następnie przekształconą w ruch pojazdów (np. samochodów, samolotów, statków), ciepło, prąd elektryczny itd.

Gdy zajrzymy do raportów Energy Institute, dowiemy się, że obecne zapotrzebowanie ludzkości na energię wynosi ok. 190 tys. terawatogodzin. W ostatnich dekadach średni wzrost zapotrzebowania wynosił ok. 2 proc. rocznie. Czerpie się ją z paliw kopalnych, reaktorów jądrowych oraz bardzo różnorodnych źródeł nazywanych ogólnie „odnawialnymi”.

Jednak pomimo olbrzymich inwestycji krajów Zachodu oraz Chin w OZE to paliwa kopalne w tym roku zapewnią ludzkości aż 86 proc. „energii pierwotnej” i w przyszłym też, bo uniezależnienie się od nich potrwa jeszcze długo. Zatem odcięcie od paliw kopalnych oznacza drastyczne zredukowanie możliwości przemieszczania ludzi i towarów oraz dostępu do energii elektrycznej. Jak to w praktyce wygląda, może obejrzeć sobie każdy, kto wybierze się na Kubę, niegdyś całkiem dostatnią wyspę.

Reklama
Reklama

„W Hawanie piętrzą się śmieci, bo śmieciarki nie mają paliwa. Szpitale ograniczają liczbę operacji. Transport publiczny został ograniczony. Wiele osób ucieka się do palenia w piecach opalanych drewnem, aby gotować i podgrzewać wodę” – opisywała na łamach serwisu internetowego telewizji „Al-Dżazira” Elizabeth Melimopoulos pod koniec marca 2026 r. „W Hawanie mieszkańcy są narażeni na przerwy w dostawie prądu trwające nawet 15 godzin dziennie, podczas gdy na niektórych obszarach wiejskich przerwy w dostawie prądu mogą trwać znacznie dłużej, czasami przekraczając cały dzień” – dodawała.

Po wydarzeniach związanych z porwaniem prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro administracja Donalda Trumpa odcięła Kubę od dostaw paliw z Wenezueli. Energetyczna blokada oznacza, że na wyspie zanika transport samochodowy, dostęp do energii elektrycznej jest okazjonalny, przemysł nie działa, podobnie jak spora część usług, a w nieodległej perspektywie spadnie też wydajność produkcji rolnej. Na koniec milionom Kubańczyków w oczy zajrzy głód. Ponieważ jeśli brak już środków na import żywności, a reszta gospodarki przestała funkcjonować, wówczas głód zawsze jest ostatnim elementem krachu.

Odcięcie Europy czy Azji od paliw kopalnych zadziałałoby dokładnie tak samo. A wracając do cieśniny Ormuz – obecnie ropa naftowa zaspokaja 33 proc. zapotrzebowania ludzkości na „energię pierwotną”. Węgiel, gaz, OZE, biomasa czy energia z hydroelektrowni w tej puli mają mniejsze udziały. To nadal ropa jest najważniejsza, przez co pozostaje najefektywniejszym narzędziem prowadzenia wojny energetycznej.

Reklama
Reklama

Całe mnóstwo małych i dużych wojen

Przykład tego, jak potężnym ciosem dla Kuby okazuje się odcięcie jej od ropy naftowej, jest efektowny, ale ta wojna energetyczna pozostaje drugoplanowym, lokalnym konfliktem. Podobnie jak kilka innych. Na Morzu Czerwonym w rejonie cieśniny Bab al-Mandab rebelianci Huti starają się od dawna zablokować transport ropy naftowej i gazu LNG, atakując przewożące je statki, uderzając tym samym w interesy Arabii Saudyjskiej, Izraela i USA, ponieważ te kraje utrudniają im przejęcie panowania nad całym Jemenem.

W Sudanie trwa wojna, której główną osią jest zdobycie władzy nad tamtejszymi złożami ropy oraz rurociągami. Na Morzu Południowochińskim rozpycha się łokciami Państwo Środka, aby przejąć kontrolę nad podmorskimi złożami ropy i gazu. To zaś wymaga terroryzowania Filipin, Wietnamu i Malezji, które również posiadają do nich prawa.

Podobnie brutalnie Donald Trump terroryzował Danię, aby uzyskać jak najdalej idącą kontrolę nad Grenlandią i znajdującymi się na niej zasobami pierwiastków ziem rzadkich. A są one niezbędne m.in. do produkcji urządzeń pozyskujących i magazynujących energię z OZE, takich jak panele fotowoltaiczne, turbiny wiatrowe i baterie.

Wszystkie te konflikty ważą nieporównywalnie mniej od toczącej się właśnie wojny Rosji z Ukrainą wspieraną przez kraje Zachodu. Po czterech latach frontowych zmagań coraz bardziej kluczowym elementem starcia stają się próby zniszczenia energetycznych zasobów przeciwnika. Moskwa próbowała rzucić na kolana Kijów, dewastując podczas kolejnych zim ukraińskie elektrownie oraz sieć energetyczną, tak aby odebrać krajowi dostęp do prądu i ciepła.

Reklama
Reklama

Coraz lepiej uzbrojeni Ukraińcy odpowiedzieli uderzeniami na rafinerie i porty, starając się zablokować eksport paliw płynnych z Rosji. Wcześniej próbowała tego dokonać Unia Europejska pakietami sankcji nakładanych na sprzedaż rosyjskiej ropy. Acz skuteczniejsi okazali się Amerykanie i ich sankcje wtórne, grożące każdemu, kto zechce zakupić ropę naftową oferowaną przez Kreml.

Jednak dopiero użycie przez Ukrainę dronów i pocisków samosterujących zaczęło przynosić odczuwalne zmiany w funkcjonowaniu rosyjskiego przemysłu naftowego oraz całej gospodarki. O ile jeszcze w 2021 r. Rosja eksportowała 7,8 mln baryłek ropy dziennie, dziś wielkość ta spadła do ok. 4,9 mln baryłek. Jednocześnie po raz pierwszy od początku wojny Kreml przyznał się do odczuwalnego spadku PKB (o ok. 0,5 proc.).

Odnotowano także rosnący deficyt budżetowy oraz inflację, wymuszającą rekordowe podniesienie stóp procentowych przez Bank Rosji do poziomu ok. 21 proc. Coraz wyraźniej widać, że dopiero fizyczne uderzenia w sektor energetyczny okazały się skuteczne i Kreml realnie doświadcza ubywania środków na prowadzenie wojny.

Tymczasem ucząca się korzystać z broni energetycznej Ukraina na miesiąc przed wyborami na Węgrzech „przypadkiem” sprawiła, iż uszkodzony został rurociąg „Przyjaźń”. Dzięki czemu Budapeszt, a przy okazji też Słowacja, została odcięta od rosyjskiej ropy. To stało się jednym z najboleśniejszych nieszczęść dla premiera Viktora Orbána. Ich wysyp przyniósł mu wyborczą klęskę i utratę władzy.

Reklama
Reklama

Jednak nawet suma wszystkich wymienionych wojen energetycznych nie ma takiej wagi jak zablokowanie cieśniny Ormuz. Jeśli bowiem blokada nie zostanie z niej zdjęta przed końcem roku, wówczas uderzenie USA i Izraela na Iran może się okazać czymś, co pamiętny władca irackich pól naftowych Saddam Husajn lubił nazywać „matką wszystkich wojen”.

Minimalny poziom operacyjny

Tykająca bomba, którą stała się cieśnina Ormuz, zawiera w sobie jedną zagadkę. Nikt nie potrafi określić, kiedy dokładnie wybuchnie. Wszystko zależy od tego, jakie są w praktyce „minimalne poziomy operacyjne” światowych rezerw ropy.

Tym terminem określa się granicę, poniżej której nie mogą one spaść. Gdyby tak się stało, wówczas system handlu i dystrybucji paliw zacząłby tracić stabilność. Pierwszymi objawami byłyby skokowe wahania ceny baryłki ropy, nawet o kilkadziesiąt dolarów dziennie. Jednocześnie rafinerie zaczęłyby toczyć walkę cenową, próbując przelicytować konkurentów, byleby tylko zdobyć surowiec.

Dalsze spadanie rezerw prowadziłoby do punktu zwanego „zapasem martwym”. Chodzi o zasób ropy, którego nie można zużyć, ponieważ jest technologicznie niezbędny do podtrzymywania ciągłej pracy systemu przesyłu i przetwarzania surowca. Za jego sprawą utrzymuje się stałe ciśnienie w rurociągach oraz minima napełnienia technologicznego w innych urządzeniach. Zużycie „zapasu martwego” oznaczałoby kanibalizację globalnego systemu, budowanego i doskonalonego od końca XIX w.

Reklama
Reklama

Zatem analitycy próbują dokładnie oszacować realną wysokość „minimalnego poziomu operacyjnego”. Zespół pracujący dla Société Générale pod przewodnictwem Michaela Haigha twierdzi, iż punkt krytyczny to 6,4 mld baryłek globalnej rezerwy. Poniżej tej liczby nie mogą one spaść.

Z kolei agencja „Bloomberg”, powołując się na prace analityków zatrudnianych przez bank JPMorgan oraz firmę Kpler, ogłosiła, że punkt graniczny to 6,8 mld baryłek.
Tak czy inaczej wszyscy są zgodni: jeśli nic się nie zmieni w Zatoce Perskiej i rezerwy nadal będą spadać, to bomba wybuchnie tuż przed nadejściem zimy na półkuli północnej. Jej eksplozję może spotęgować jeszcze jeden czynnik – mianowicie wprowadzenie embarga na eksport ropy ze Stanów Zjednoczonych.

Dostarczają one obecnie na światowe rynki ok. 5,5 mln baryłek dziennie i od początku roku amerykański eksport wzrósł prawie dwukrotnie. To powoduje, że choć w USA wydobywa się aż 22 mln baryłek ropy dziennie, i tak ceny benzyny na stacjach rosną i są już o połowę wyższe niż przed atakiem na Iran. Co gorsza, Stany Zjednoczone są w trakcie uwalniania 172 mln baryłek z amerykańskich rezerw strategicznych, by ustabilizować ceny.

Czy Wojsko Polskie jest gotowe na wojnę dronów i tysiące rannych?

Reklama
Reklama

Zatem nawet największy producent ropy na świecie redukuje posiadane zapasy, zaspokajając zapotrzebowanie coraz hojniejszych zagranicznych konsumentów. To uderza po kieszeniach zwykłych Amerykanów. Dlatego w Kongresie procedowanych jest już kilka ustaw mających wprowadzić ograniczenia dla eksportu paliw.

Najdalej idący, złożony w maju 2026 r. Stop Oil Exports to Lower Gas Prices Act, zakłada tymczasowy zakaz eksportu amerykańskiej ropy naftowej, benzyny oraz oleju napędowego. Blokada miałaby obowiązywać do momentu, gdy prezydent USA potwierdzi zakończenie działań zbrojnych z Iranem oraz pełne otwarcie cieśniny Ormuz.

Jeśli więc jesienią zaczną się pojawiać objawy dobijania do „minimalnego poziomu operacyjnego”, wówczas należy się spodziewać, że w Stanach Zjednoczonych nasilą się głosy żądające ratowania w pierwszej kolejności wewnętrznego rynku paliw oraz państwa. A embargo na eksport oznaczałoby zniknięcie z globalnych rynków dostaw ponad 5 mln baryłek dziennie.

Byłoby to jak kopnięcie tykającej bomby, ewentualnie jak podpisanie przez prezydenta Herberta Hoovera 17 czerwca 1930 r. ustawy Hawley-Smoot Tariff Act. Ratując własną gospodarkę, Stany Zjednoczone sięgnęły wówczas po ekstremalny protekcjonizm, którym dosłownie znokautowały Europę podnoszącą się z Wielkiego Kryzysu.

Reklama
Reklama

Gdyby ów czarny scenariusz się zrealizował, wówczas wszystkie państwa globu musiałyby zmierzyć się z wielkim wyzwaniem, którym byłby deficyt kluczowego źródła „energii pierwotnej”. Owszem, ów deficyt mógłby zostać zredukowany przez spadek konsumpcji generowany cenami za baryłkę ropy przekraczającymi 200 dol., ale brak konsumpcji oznacza gospodarczy krach.

W takiej chwili rządy poszczególnych państw stanęłyby przed wyzwaniem – jak uniknąć losu Kuby i zdobyć dostęp do energii. Doświadczenia wynikłe z przebiegu wojny na Ukrainie mówią, iż siła militarna staje się coraz istotniejszym argumentem w trudnych czasach. Dlatego też cieśnina Ormuz musi zostać jak najszybciej odblokowana, póki bomba jedynie tyka.

Źródło: Zero.pl
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”