
– Pamiętam, jak zgubiłem klucz do domu i moja mama płakała, bo nie miała pieniędzy na wymianę zamka. W tym samym tygodniu tata zabrał mnie na zakupy i kupił mi za parę czy za paręnaście tysięcy złotych ubrania – mówi Wojciech Szczęsny w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim. – I wtedy to we mnie wzbudziło taką złość i taki głód pieniądza, że moja mama już nigdy nie będzie płakać z powodu braku pieniędzy.
- – Ja za normalsa się nie uważam. Uważam, że jestem całkiem normalnym człowiekiem w tym wielkim świecie, ale troszkę jestem w tym wielkim świecie. Nie da się tak zupełnie wyłączyć i oddzielić życia prywatnego od tej publicznej persony. Ale nigdy nie czułem, że mam coś sobie do zarzucenia, w takim sensie, że gdzieś idę za daleko, czy trochę za dużo pokazuję, czy wręcz sprzedaję swoją prywatność – mówi Wojciech Szczęsny w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim.
- – Robert Lewandowski dużo więcej stracił finansowo na byciu w reprezentacji niż zyskał. Obiecuję ci to. Powiem ci szczerze: za każdy przyjazd na reprezentację płaciłem kilkaset tysięcy złotych. Lubiłem sobie jetem przylecieć, bo na przykład z Turynu nie miałem bezpośredniego lotu, to sobie latałem jetem. I nie liczyłem tych pieniędzy, ale przylatywałem – zdradza.
- Wojciech Szczęsny był gościem „Ogniska u Stana” w Kanale Zero. Poniżej skrócona wersja tej rozmowy.
Krzysztof Stanowski: W jakim wieku teraz masz dzieci?
Wojciech Szczęsny: Osiem i dwa.
Syn, który ma osiem lat, kopie piłkę. Widziałem, że kopie nienajgorzej. Wyobrażasz sobie, że minie zaledwie jeszcze sześć lat i on nagle gdzieś wyjedzie i będziesz przez WhatsAppa z nim rozmawiał?
Na dzień dzisiejszy nie. To jest chyba jeszcze trochę za wcześnie na takie myślenie o poważnej piłce. On cieszy się niesamowicie piłką, sprawia mu to frajdę, ma co robić.
To tak naprawdę nie jest pytanie o niego, tylko o ciebie.
Tak, ale ja się tym po prostu na razie nie przejmuję. Jeszcze jest za wcześnie na to, żeby o tym myśleć.
Karol Nawrocki wszedł do ringu z Mannym Pacquiao. Nagranie podbija sieć
Inaczej: to jest pytanie o młodego ciebie. Bo ja podziwiam wszystko to, co się wydarzyło. Mój starszy syn ma niespełna 13 lat i jak sobie wyobrażam, że za rok, za półtora miałby nagle wyjechać do Anglii, samemu tam mieszkać i robić karierę, to bym się zastanawiał, czy ta kariera jest tego warta.
Jak dzisiaj sobie o tym myślę, to też podziwiam siebie, że w ogóle się odważyłem na to. Wtedy mi się wydawało, że to jest takie: okej, fajnie, wyjeżdżam z domu. Byłem na obozach piłkarskich – jest fajnie na obozach, jak się z domu wyjeżdża. A teraz sobie myślę, że to jest duże wyzwanie dla młodego człowieka. I możliwe, że bardzo mi pomogło to, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak duże jest to wyzwanie. To znaczy: ja starałem się cieszyć tym, że mam możliwość spełnienia swojego największego marzenia i grania w tym klubie i zrobienia fajnej kariery po to, żeby moja rodzina mogła mieć troszkę lepsze życie. I to mnie bardzo motywowało. Ale łatwo nie było. To nie jest tak, że jedziesz i wszystko jest tak, jak to widzisz na Instagramie.

Były przepłakane noce?
Bardzo dużo. Pierwsze dwa lata były bardzo ciężkie. Pierwszy rok był taki, że każdego dnia chciałem wracać.
A co cię powstrzymało?
Marzenie. To jest jednak to, że czułem, że jestem strasznie blisko. Czułem, że ja troszkę należę do tego świata. Nie, że mi się należy, bo tak nie było, ale czułem z taką swoją typową arogancją, że to jest tylko kwestia czasu. Gadałem potem często z Jackiem Wilshere’em o tym, bo my mieszkaliśmy razem. I on też zawsze miał wrażenie, że to jest kwestia czasu – że wystarczy nic głupiego nie zrobić i ty czujesz w sobie, że to jest twój świat i że to w końcu będzie. I to mnie trzymało: że wiedziałem, że to jest dla mnie taka furtka do innego życia zupełnie. A do tego poprzedniego, jakkolwiek by mi się ono nie podobało, to wolałem już nie wracać.
Lewandowski w roli miotacza. Polak wykonał pierwszy rzut w meczu MLB
Arsenal jest pełen takich historii, one są w sumie jedna do drugiej bardzo podobne. Jest na Netfliksie film, który nawet mogę chyba polecić do obejrzenia z dziećmi – to znaczy film o Dibu Martínezie. Bo on jest zrobiony trochę jak kreskówka, a trochę jest filmem na poważnie o piłce, ale ewidentnie jest pod młodego widza, można z 8-, 10-, 12-latkiem miło spędzić czas. W każdym razie to też jest film – bo wy się tam przecięliście – to też jest film o samotności i o nieradzeniu sobie nawet z życiem w innym kraju. On ściągnął brata, żeby było im raźniej, ale też ewidentnie miał momenty, gdy chciał wracać.
Tak, to jest bardzo podobna historia. Miałem chyba 18 lat, kiedy Dibu przyszedł do nas. On miał wtedy chyba 16, bo on jest rocznik 92 wydaje mi się, może miał 15 nawet. Ale to jest bardzo podobna historia i nawet powiedziałbym, że dla niego pewnie troszkę cięższa, bo on dużo dłużej musiał na jakąkolwiek szansę czekać. Mnie po prostu los trochę sprzyjał. To nie jest tak, że ja wtedy byłem tak świetnym bramkarzem, że w wieku 20 lat nie było innej opcji, tylko trzeba było dać temu bramkarzowi szansę. Tylko wszyscy sami się wykreślili kontuzjami z gotowości do gry i trzeba było dać mi szansę, a ja ją wykorzystałem. I tu zasługa jest moja, ale więcej w tym było szczęścia niż rzeczywiście jakiejś niesamowitej formy sportowej. A trochę przez to, że ja swoją szansę wykorzystałem, no to Dibu musiał czekać potem jeszcze wiele lat i tak naprawdę w Arsenalu tej szansy nigdy nie dostał. Ale jestem dumny z niego, wiesz? Bo to jest chłopak, który wiele razy musiał mieć – tak jak ja ci mówiłem, że dla mnie to była kwestia czasu – to myślę, że on wiele razy musiał mieć takie poczucie, że to chyba nie dla niego. Że skoro to tak długo trwa i tyle wyrzeczeń go to kosztuje, i jeździł na wypożyczenia do klubów, których nazw nie umiemy zapamiętać... Poszedł chyba na wypożyczenie na jeden mecz kiedyś. Zespół grał o utrzymanie, ostatni mecz, i nie mieli bramkarza, i wypożyczyli sobie Dibu Martíneza z Arsenalu gdzieś tam w League Two chyba. I on tam poszedł, przegrali, spadli. To są takie momenty, które muszą sprawiać, że masz wątpliwości, czy to jest dla ciebie, że może to po prostu nie było ci pisane.
I nagle facet robi, moim zdaniem, najważniejszą interwencję bramkarską w historii futbolu!

Bardzo możliwe. Dlatego jestem z niego dumny. Ta jego klubowa kariera nigdy nie będzie jakaś niesamowita, bo zaczął bardzo późno i tak naprawdę kiedy odchodził z Arsenalu do Aston Villi, to miał już pewnie z 28–29 lat. No to wiesz, kiedy skończy się twój kontrakt, masz już 34 i już nikt nie sięga po bramkarzy z tych topowych klubów – chyba że Barcelona w potrzebie. Więc ta jego kariera klubowa nigdy nie będzie taka niesamowita, ale to, co zrobił na mundialu w Katarze, to jego. I on już na zawsze zostanie legendą argentyńskiej piłki, bo to jest i ten mundial, i Copa América, w której obronił chyba w dwóch seriach rzutów karnych z Kolumbią i z kimś jeszcze, uratował im tyłek. Więc piękna historia i strasznie się cieszę z jego sukcesu.
Cieszysz się z jego sukcesów, a czasami sobie nie myślisz: „Kurczę, że ja trafiłem na taką reprezentację. Jakbym był Argentyńczykiem, to też bym fajną przygodę przeżył na takim mundialu”? Nigdy nie miałeś takich myśli, że urodziłeś się w zbyt słabym piłkarsko kraju?
Nie, nie, w ogóle! Nie wybierasz reprezentacji. Wiesz, możesz sobie to myśleć w klubie: „Kurczę, powinienem grać w lepszym klubie, ja jestem lepszy od tego klubu, w którym gram”. Bywały czasy, że reprezentacja Polski miała też cięższe chwile, bo ja nie pomagałem, więc troszkę jest ciężko potem wymagać: „powinienem grać w lepszej, skoro nawet tej nie pomagam”, nie?
Gypsy King i Trump razem w ringu? Fury: Złożę ofertę mojemu staremu kumplowi
Za bardzo ci zależało? Bo trochę pecha było w tych twoich nawet nie początkach kariery, ale pierwszej fazie kariery reprezentacyjnej.
Odnoszę wrażenie, że zacząłem naprawdę tak bardzo, bardzo, bardzo dobrze grać w reprezentacji, kiedy zaczęło mi naprawdę na tej reprezentacji zależeć. Więc po pierwsze: bardzo możliwe, że ja po prostu w młodym wieku nie umiałem sobie radzić z presją. To jest bardzo możliwe. I że może troszkę za wcześnie zostałem wrzucony na głęboką wodę. I pomimo tego, że sportowo czułem się wtedy bardzo mocny, to możliwe, że mentalnie nie byłem do tego gotowy. A kiedy urodził się mój syn i gra dla reprezentacji była dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym, to nagle zaczęło wszystko działać. I nie wiem, ile w tym było tego, że miało to dla mnie inne znaczenie, a ile po prostu byłem dużo bardziej gotowy.
Musiałeś mieć kogoś, dla kogo grasz?
Wydaje mi się, że nie, no ale to jest troszkę inna motywacja, kiedy na trybunach jest twoja żona z twoimi dziećmi, dopingują cię i wiesz, ile ich to kosztuje emocji, no to daje ci takiego dodatkowego kopniaka. Ale możliwe, że to po prostu zbiegło się w czasie z tym, że byłem dużo bardziej dojrzałym bramkarzem i człowiekiem. Możliwe, że to było po prostu to. Ale te początki kariery w reprezentacji sprawiały, że nawet nie chcę mówić, że kadra była dla mnie frustrująca, bo to tak nie było, ale czułem, że jestem naprawdę świetnym bramkarzem, a tej kadrze trochę nie pomagam. Miałem taki niedosyt.
Niektórzy twierdzą, że swego rodzaju chciwość nie mija wraz z większymi pieniędzmi. To znaczy, jeśli ktoś liczy pieniądze na początku kariery, to potem, jak już się ich dorobi, to dalej je liczy i też jest często zachłanny.
Tak. I żeby była jasność: ja się zawsze uważałem za tego, co liczy pieniądze i dla mnie pieniądze były dużą motywacją w piłce nożnej, więc absolutnie się tego nie wstydzę. Chciałem wyjść troszkę z tego świata, w którym... Pamiętam, że kiedyś zgubiłem klucze do domu i moja mama musiała wymienić zamek i przez dwa dni płakała z tego powodu. I ja się tak strasznie źle z tym czułem. Tatuś kupował sobie sprzęt muzyczny za 200 tys., ale to inna sprawa. I dla mnie pieniądze były motywacją, ale nie w tej sytuacji, bo ja ci mogę powiedzieć szczerze: zawodnicy, którzy grali wtedy wszystkie mecze według tych wyliczeń mieli dostawać chyba 2 mln zł (chodzi o obiecaną przez Mateusza Morawieckiego, ówczesnego premiera, premię dla reprezentacji Polski za wyjście z grupy na mundialu w Katarze – przyp. red.). Czyli ktoś zagrał od początku do końca wszystkie mecze... Wiesz, jaką mi różnicę robią dwa miliony złotych?
Nie wiem.
Niedużą. Ale ja czuję odpowiedzialność. Sorry, ale ktoś, kto nie zagrał ani minuty, miał dostać bańkę.
To źle?
Bardzo dobrze! Ale niektórym to robi naprawdę wielką różnicę.
A nie było tak, że wy między sobą też się pokłóciliście o to, czy ten, co ma nie zagrać...
Moim zdaniem tam nie, ale z tej części, która nie grała, już ze dwa lata później usłyszałem, że oni uważali, że to było niesprawiedliwe, bo ktoś im przekazał inną informację niż rzeczywiście potem Lewy, licząc te pieniądze, przekazał. Ktoś tam mówił, że podobno Lewy sobie wziął sześć baniek według tego liczenia. Ja mówię: „Słuchajcie, chłopaki, ale takich jak Lewy, którzy grali wszystkie mecze, było z sześciu. To sześć razy sześć baniek już...”.
Ciągle czternaście dla niepotrzebnych zawodników.
Wszyscy są potrzebni – i w ofensywie, i w defensywie! Więc słuchaj, dzisiaj jesteśmy mądrzy, ale wtedy wszyscy popełnili błędy – nie ma w ogóle wokół tego żadnych wątpliwości. Ja tylko uważam na swoją obronę i obronę Roberta, że nasza odpowiedzialność troszkę była za tych, dla których te pieniądze robiły dużą różnicę i oni bardzo tych pieniędzy chcieli. I kurczę, powiem ci szczerze: nie wiem, czy dzisiaj bym się inaczej zachował. Nie wiem.
Pewna wygrana Igi Świątek. Utalentowana tenisistka nie dała rady Polce
Nie zmądrzałeś w tym względzie?
Wiesz co, może dzisiaj bym powiedział chłopakom: „Chłopaki, dzielcie sobie jeszcze te moje dwa miliony”. Może tak. Wiesz, o co chodzi? „Słuchajcie, mnie w tym nie ma, ale mi to śmierdzi i mi się to nie podoba”. I może zabrakło takiego właśnie głosu jednego z liderów.
Widzisz, skoro mówisz, że dla ciebie dwa miliony to jest żadna różnica, to nie mieliście nigdy takiej rozmowy – bo trochę kibice tęsknią za taką reprezentacją, wskazują ją palcem jako przykład, jak Chorwacja, gdzie oni nie biorą w ogóle pieniędzy za grę w reprezentacji, tylko wszystkie swoje...
Żeby była jasność: my też nie.
Co to znaczy: wy też nie?
Jak porównujesz reprezentację Polski do reprezentacji Włoch, Hiszpanii, Anglii i innych reprezentacji – wiem, jakie są kwoty za przyjazd na zgrupowanie – no to w Polsce, jeśli nie zrobimy awansu, który przynosi premię dla związku...
Potem robicie i dostajecie premię. Chorwaccy piłkarze w tej premii nie partycypują, ona idzie na szkolenie.
A jesteś przekonany, że nie dostają nic za powołanie?
Wiesz co, nie dam się pokroić, zaraz mi powiesz, że grałeś z jakimś Chorwatem i on mówił, że dostają. Nie użyłem tego jako przykładu.
Nie wiem czy Chorwaci, nie używam tego jako przykładu, ale wszystkie inne reprezentacje dostają. Ja znam jedną reprezentację, która nie dostaje nic za przyjazd – Polski. I wydaje ci się, że to są nijakie kwoty, ale to jest chyba za każdy mecz 10 tys. euro. No to jak masz 10 meczów... Ja ci mówię, jakie są inne standardy: jest 10 tys. euro, co jeśli jesteś powołany na 10 meczów, zrobi ci 100 tys. euro.
Czy piłkarzom są potrzebne te pieniądze?
Nie, oczywiście nie.
„Ostatnie tango” Messiego dla Argentyny. „Będzie to niezapomniany dzień”
W takim razie czy nie da się ich lepiej wykorzystać? A przecież się da, to dlaczego nikt tego nie przerwie?
Przerwał – już dawno przerwał prezes Boniek za przyjazd.
Za przyjazd, ale premie ciągle macie.
Tak, no ale jak wypracujesz... A co chcesz z tym robić? Ty wiesz, jakie pieniądze ma PZPN?
Wiem.
Myślisz, że co: że PZPN teraz, co te pieniądze nam nie zapłaci, to da na chore dzieci? Wiesz co, to jesteś naiwny.
A dlaczego nie mogę być naiwny? Wyobrażam sobie sytuację, w której reprezentacja Polski awansuje na mundial, dostaje z FIFA 10 milionów dolarów premii – to chyba tego rzędu pieniądze są, nie? – i reprezentacja robi event i mówi: „Wspieramy ten cel, ten cel, ten cel. To dziecko dostaje od nas terapię”. I cała Polska jest w tym zakochana, i w piłkarzach jest dwa razy bardziej zakochana, i wy większe pieniądze zgarniacie z reklam, niż wzięlibyście z tej premii.
Mogę się z tobą zgodzić, ale tu otwierasz kolejną puszkę Pandory, bo potem zaczynasz mówić o reklamach. A były takie przypadki, gdzie na przykład sponsor chce kontrakt z Robertem Lewandowskim, Robert odmawia, a sponsor bierze sobie reprezentację Polski i Robert Lewandowski musi jako reprezentant w tych reklamach brać udział. Co jest ogromną stratą dla Roberta Lewandowskiego. Przyznasz, że jest to frajerstwo. Ja uważam, że to jest straszne frajerstwo.
Pisałem o tym wiele tekstów, że akurat wykorzystywanie wizerunku piłkarzy przez sponsorów kadry jest nadużyciem totalnym.
Uważam, że jest to cały czas nieułożone, absolutnie. Do tego stopnia, że znam sytuację, w której był sponsor, który negocjował sobie warunki kontraktu z FC Barceloną i negocjacje upadły. Więc zrobił sobie reklamę ze wszystkimi Polakami w Barcelonie w koszulce reprezentacji Polski! Ja sobie myślę: wiesz co, ty ch... Bo reprezentacji musiał pewnie zapłacić 50 proc. mniej. I uwaga: to nie była reklama telewizyjna, to były jakieś billboardy czy inne paczkomaty, gdzie ja byłem w koszulce reprezentacji Polski, nie będąc już reprezentantem Polski! I była moja twarz. Ja sobie myślę: poczekaj, jakbyś chciał mnie na tym paczkomacie, to byś musiał mi parę milionów zapłacić, ale ty zapłaciłeś sobie za bycie sponsorem reprezentacji i wziąłeś mnie, który nie jestem już w reprezentacji – dostałem koszulkę na pożegnanie, mam dowód! Więc wiesz, to nie jest tak, że my na tym wszystkim tylko zyskujemy. Na przykład Robert Lewandowski dużo więcej stracił finansowo na byciu w reprezentacji niż zyskał. Obiecuję ci to. Powiem ci szczerze: za każdy przyjazd na reprezentację płaciłem kilkaset tysięcy złotych.
Jak to wyliczyłeś?
Lubiłem sobie jetem przylecieć, bo na przykład z Turynu nie miałem bezpośredniego lotu, to sobie latałem jetem. I nie liczyłem tych pieniędzy, ale przylatywałem. Żeby była jasność, bo ja myślę, że tego ludzie nie rozumieją, ty to rozumiesz, ale ludzie nie rozumieją: jeśli Polska nie zrobiła sukcesu, który przyniósł określony przychód do związku, to my nie dostawaliśmy ani złotówki, nie dostawaliśmy zwrotów. Większość koszty, w sensie loty, miała pokrywane, ale na przykład ja nie, no bo prywatnego raczej nie zwracają. To jeśli przyniosłeś jakiś przychód i twój w tym momencie, kurczę, jakby to nie było, pracodawca – no bo PZPN jest trochę twoim pracodawcą, mógłbyś w tym momencie robić coś innego, co przynosi przychód – dzieli się z tobą tą premią, kurczę, ja uważam, że to jest moralnie okej.
W porządku, ja też nie uważam, że to jest moralnie nie okej. Ja bardziej myślę o tym, że wy jako piłkarze, nie konkretnie ty i twoi koledzy z boiska, tylko jako grupa zawodowa, czasami nie potraficie spojrzeć szerzej i nie potraficie sobie wykupić pewnej polisy ubezpieczeniowej. Bo gdyby podejść do tego w taki sposób, że ta reprezentacja zawsze była i jest marzeniem też dla kolejnych pokoleń, i wszystko, co podniesiemy w ramach reprezentacji oddamy społeczeństwu, to społeczeństwo więcej by wam wybaczało. Byłoby z wami nie tylko na dobre, ale też na złe.
Wiesz co, ale to teraz sobie troszkę kupujesz sympatię. Dosłownie, fizycznie kupujesz sobie sympatię.
Dokładnie tak.
No to ja wolę po prostu zrobić awans i tym sobie zrobić sympatię. Swoją drogą, wszystkie eliminacje, które grałem, to awans był – akurat odszedłem teraz, ktoś ci powie, że zbieg okoliczności. Więc ja wolę sobie kupić sympatię występami, zrobieniem awansu, daniem tych pięknych emocji sportowych, a to, co zarobiłem dla związku, tym się podzielić. Ja naprawdę mam z tym duży spokój moralny i uważam, że jest to sprawiedliwe. Tym bardziej, że jest to standard na świecie. To jest troszkę tak, jakbyś teraz powiedział: „A, zawodnicy, wy zarabiacie tyle pieniędzy w tych swoich klubach, to oddajcie 30 proc. Wiesz, jak będą was lubić”. A zawsze mówili: „A, lekarze tak mało zarabiają, a piłkarze tyle”. No to teraz macie! Więc nie – ja uważam, że sympatię się w piłce nożnej kupuje meczami, wynikami, emocjami i to jest najlepszy sposób. A to, co dla kogoś zarobiłem i kto chce się ze mną podzielić – to moje.
Spotkanie z przyjacielem i asysta. Lewandowski wrócił do gry w Chicago
A co dzisiaj znaczą dla ciebie pieniądze w ogóle?
Dzisiaj już niedużo. Dzisiaj są jakąś taką gwarancją bezpieczeństwa na przyszłość dla mnie i dla mojej rodziny. Ale przez bardzo długi... no nie bardzo długi, dopóki nie wiedziałem, że już jestem ustawiony, no to były dla mnie ogromną motywacją po prostu.
A w którym momencie poczułeś, że masz więcej niż kiedykolwiek będziesz mógł wydać?
Nie, jeszcze nie.
Da się to wydać? Nie da się, proszę cię! Musiałbyś iść w totalne fanaberie.
Nie brakuje takich, którzy mieli dużo więcej i bardzo szybko stracili, więc uwierz mi, da się.
Obejrzyj cały wywiad:
To, że da się roztrwonić, to ja wiem, ale nie da się mieć już racjonalnych celów.
To jest taka rozmowa, którą miałem milion razy z różnymi ludźmi. Kiedy byłem młody na przykład i byłem na pierwszym swoim kontrakcie w Arsenalu, zarabiałem tysiąc funtów tygodniowo. Dobry kontrakt! Dla mnie to było 52 tys. funtów rocznie. Wtedy funt stał po 6 zł... 300 tys. zł. I wtedy na przykład widziałem, jak zawodnicy jeżdżą na mecze i mają te drogie walizki, jakieś zegarki... I wtedy sobie myślałem: „Kurde, po co komu takie walizki po 2 tys. euro albo zegarek za 50 tys. euro? Po co to?”. Potem zarabiasz te pieniądze i masz też ten sam zegarek i myślisz sobie: „Ty, patrz, a Cristiano se kupił jeta. Po co mu to? Na pewno, jakbym miał tyle, co Cristiano, to bym se kupił jeta”. To jest troszkę tak, że wydaje ci się wiecznie, że ten drugi ma tak dużo i to jest tak ciężko wydać, a potem masz i kurczę, wcale nie jest tak ciężko! Ale ja naprawdę się pilnuję bardzo i wydaje mi się, że ponieważ ja to traktuję jako taką swoją gwarancję bezpieczeństwa, to nie przetracę tego.
Ja to rozumiem, bo na coś trzeba wydać. Natomiast, gdy tak usiądziesz nad kartką papieru i pomyślisz o finansowych marzeniach – że chcesz sobie spełnić jakąś zachciankę, która faktycznie cię kręci, a to nie jest impuls – to co jeszcze masz?
Ja jeszcze mam dużo nieruchomości na przykład, które bym chciał, a czuję, że są troszkę ponad moje...
Ale jakich nieruchomości? Przecież w ilu miejscach naraz możesz mieszkać?
To już też dawno sobie zdałem z tego sprawę i szczerze: powoli muszę zacząć sprzedawać. Muszę zacząć sprzedawać, ale ja lubię, mnie kręcą bardzo nieruchomości. I wiele razy na tym wyszedłem bardzo dobrze, parę razy trochę gorzej, ale podoba mi się to. I ja bardzo lubię w ogóle ten taki... to jest wyjątkowo stresujący czas: przeprowadzki i urządzanie nowego domu. Ja to strasznie lubię. Samej przeprowadzki nie lubię, tego dnia przeprowadzki, kiedy trzeba rozpakować pudła itd., ale sam taki proces twórczy – to znaczy praca z architektami, z projektantami wnętrz – bardzo mi się zawsze podoba. Więc to fajne jest.
Urban mówi o przyszłości kadry. Co będzie po Lewandowskim i Zielińskim?
Wiesz co, ja trochę nie potrafię ciebie rozgryźć do końca, bo z jednej strony często wydajesz mi się takim totalnym normalsem w świecie piłki nożnej – gościem, który właśnie trochę się bawi tym, w jakiej sytuacji się znalazł i światem, do którego wszedł z buta. A z drugiej strony mam wrażenie, że trochę lubisz ten blichtr, trochę lubisz być w centrum uwagi.
Wiesz co, mi się wydaje, że ja nie lubię centrum uwagi, wbrew pozorom. Ja myślę, że troszkę do centrum uwagi mnie wrzuca to, gdzie jestem i to, że mi się morda nie zamyka. I jakby ja nie mam za dużo filtra, kiedy mówię, i może się to wydawać, że to jest szukanie atencji. A ja wbrew pozorom nie lubię być w centrum uwagi.
Ja też tak często myślałem do momentu, jak nie zobaczyłem, jak urządziłeś przyjęcie z okazji odnowienia związku małżeńskiego, rocznicy. I tam pół Instagrama! Ja mam wrażenie, że mnóstwo ludzi, którzy tam byli, to ty ich nie znałeś w ogóle.
Nie, było bardzo niewielu i na palcach jednej ręki mogę policzyć ludzi, których spotkałem... którzy mi podawali rękę na ulicy, ale nie byli znajomymi, że tak powiem, bliskimi. Ale mi się podobała ta impreza. Są momenty, które uważam, że warto świętować. Jeszcze żeby była jasność: to jak się rodził pomysł tej imprezy...
Lewandowski opuścił kadrę. Napastnik nie zagra z Bośnią i Hercegowiną
Powiesz, że byłeś przeciwko!
Nie, to był mój pomysł! To miało być połączenie 10 lat i końca kariery. Znowu nie wyszło!
No i właśnie a propos tych twoich urodzin – ja tak pomyślałem, że ty jednak jesteś gościem, który gdzieś orbituje wokół tego świata influencerskiego i może ty jednak chcesz w nim być. Może ty nie jesteś takim normalsem, jak lubisz się kreować.
Ja za normalsa się nie uważam. Uważam, że jestem całkiem normalnym człowiekiem w tym wielkim świecie, ale troszkę jestem w tym wielkim świecie. Nie da się tak zupełnie wyłączyć i oddzielić życia prywatnego od tej publicznej persony. Ale nigdy nie czułem, że mam coś sobie do zarzucenia, w takim sensie, że gdzieś idę za daleko, czy trochę za dużo pokazuję, czy wręcz sprzedaję swoją prywatność. Nie, bo nawet to dziesięciolecie to nigdy nie miała być zamknięta impreza dla bliskich znajomych, to miała być wielka impreza, niekoniecznie prywatna. I zakończenie kariery. Ale wydaje mi się, że to ja wyznaczam granice swoje i one mają być okej dla mnie, nie dla ciebie na przykład.
Ty w ogóle lubisz popularność? Potrafiłbyś bez niej żyć?
Myślę, że nie mam takiej jednoznacznej odpowiedzi, ale myślę, że częściej nie lubię, niż lubię.
Częściej nie lubisz popularności?
Tak. Mieszkam nad samym morzem i uwielbiam sobie z dziećmi wieczorkiem nawet na 20 minut pójść na plażę. I strasznie chciałbym to zrobić incognito. Nie ma takiej możliwości. Albo pójść z żoną na randkę i być nierozpoznanym – nie ma takiej możliwości. To są takie momenty, w których bardzo nie lubisz tej rozpoznawalności. Myślę, że wszystkie aspekty rozpoznawalności, które lubię, są ściśle powiązane z finansami po prostu.
Czyli jesteśmy w stanie przehandlować swoją anonimowość, jeśli cena jest wystarczająca.
Tak.
A kiedy ostatni raz czułeś się anonimowy?
Wydaje mi się, że kiedyś poszedłem do zoo w Turynie z moim synem w masce.
To smutne jednak.
Chyba Halloween było, wiesz. I chyba nie zrobiłem żadnego zdjęcia wtedy. W Stanach Zjednoczonych parę razy bywało, że byłem zupełnie anonimowy i to było całkiem przyjemne. A tak to ciężko, bo zawsze masz takie poczucie, że wychodzisz z domu i nawet jeśli tego nie zauważasz, to wiesz, że ktoś się właśnie obejrzał teraz. I że nie masz takiej wolności, że możesz zrobić, co chcesz i nikt nie będzie o tym gadał.
Hokejowy wynik na Narodowym. Rumunia zdemolowana, Lewandowski z hat-trickiem!
Ale wiesz, że gdyby to zniknęło i gdybyś nagle był totalnie anonimowy, to byś mógł za tydzień pomyśleć: „Kurczę, dlaczego tak jest? Lubiłem to w sumie jednak”.
Nie, nie, zupełnie nie mam czegoś takiego! Boli mnie na przykład też, kiedy muszę z jakiegoś obozu piłkarskiego odbierać swojego syna i wiem, że nie mogę go po prostu odebrać i że on nie może tam pojechać jako Liam z Warszawy, tylko zawsze jest traktowany jako syn Szczęsnego. Na razie on ma dzięki temu dobrze, ale boli mnie to, bo jest mu trochę za łatwo w takich sytuacjach się odnaleźć, bo zawsze będzie synem bramkarza Barcelony. Więc są takie sytuacje, w których mi się to nie podoba i nie lubię tej popularności, i myślę, że nie zatęskniłbym. Poza tym, że zawsze stolik w restauracji jest – to jest chyba taki jedyny plus. Nienawidziłem mówienia nazwiskiem, żeby sobie załatwić stolik. Na przykład ostatnio byliśmy na Majorce i zadzwoniłem, powiedzieli nam, że nie ma stolika absolutnie, że nie ma szans. Więc zadzwoniłem do konsjerża hotelowego i powiedzieli: „No dobrze, ale będziemy musieli rzucić nazwiskiem”. Ja mówię: „No to wy rzućcie, ja tego nie zrobię, ale wy możecie”. No i był stolik! No i to są fajne momenty, może za tym bym zatęsknił, okej. Ale za takim wyjściem na ulicę jako normalny człowiek – to chciałbym.
A wyobrażasz sobie w ogóle funkcjonowanie w takim świecie, w jakim musiał funkcjonować twój były kolega klubowy, czyli Cristiano Ronaldo? Gdzie już w skali świata nie znajdziesz nawet jednej wysepki, gdzie nie wiadomo, kim jesteś.
Nie, i absolutnie mu tego nie zazdroszczę. Uważam, że to jest człowiek, który naprawdę zasłużył na wszystko to, co ma. I jestem nawet troszkę dumny, że mogłem z kimś takim dzielić szatnię. Ale pomimo tego na życie bym się z nim nie zamienił. Myślę, że to już jest troszkę życie w swoich czterech ścianach. I tak uważam, że naprawdę znajduje fajny balans w tym wszystkim. Podejrzewam, że znajduje swoje sposoby na to, żeby móc wyjść sobie z dziećmi na miasto. Ale to jest duży ciężar jednak. Ja pamiętam: robił bardzo duży remont domu, który wynajmował w Turynie. I ja powiedziałem: „Cristiano, ale po co ci to, przecież i tak tu będziesz trzy lata, cztery lata maks?”. A on mówi: „Wojtek, ale ty możesz sobie wyjść do kina, a ja muszę mieć w domu”. I wtedy pomyślałem: kurde, rzeczywiście! Że jednak ja założę czapkę i pójdę, a on nie pójdzie. I na kręgle też ze swoim synem nie pójdzie – musi mieć kręgielnię w domu. Wiesz, o co chodzi? I to jest takie: no fajnie, że masz pieniądze, że możesz sobie na to pozwolić, ale kurczę, ja wolę wyjść z synem na te kręgle.
Złota klatka.
Złota klatka. Więc tego mu nie zazdroszczę, ale jest to cena, którą płaci za to, że osiągnął sam szczyt.
Niektórzy w takiej złotej klatce wariują, jak Diego Maradona. Idą w jakieś używki i potem już nie dają rady, a są tacy jak on, którzy potrafią w tym reżimie funkcjonować.
Widać całą adrenalinę odnajduje w tej pogoni za perfekcją, bo to jest perfekcjonista absolutny i nie potrzebuje jakichś zewnętrznych bodźców.
A czasami nie patrzysz na niego i na te jego zmagania z całym światem, żeby coś udowodnić – że jest lepszy od Messiego albo że jeszcze może – już takie kuriozalne trochę?
Mnie to imponuje!
Ty teraz jesteś trochę w kropce, no bo jako piłkarz Barcelony też nie możesz być do końca team Ronaldo, mimo że z nim grałeś. Odczuwasz ten kult Messiego w samej Barcelonie do dzisiaj?
Pewnie, że tak! Myślę, że każdy ma prawo do tego, żeby mieć swojego ulubionego zawodnika. To znaczy: ja bardziej kocham Ronaldo – super. Ja bardziej kocham Messiego – super. Ale wiedz człowieku, że Messi był lepszy!
Kilka razy w tym wywiadzie wspomniałeś o dzieciach, wspomniałeś o synu. Jakim ty chciałbyś być ojcem?
Chciałbym być normalnym. To znaczy chciałbym, żeby z jednej strony możliwie wszystko ułatwić mojemu dziecku, ale żeby nie miało za łatwo. Bardzo ciężko znaleźć balans: nie wiesz, na ile cierpienia możesz sobie pozwolić, a kiedy interweniować. Myślę, że to są podobne problemy, które ma każdy ojciec, szczególnie syna, bo myślę, że moja córka będzie rozpieszczona niesamowicie i przyznaję się do tego dzisiaj. A z synem to jest taki dylemat: z tym, że po prostu ja mam możliwość ułatwienia wielu rzeczy bardziej niż inni i nie wiem, jak bardzo z tego korzystać. Ciężko się powstrzymać. Są rzeczy, których mi brakowało jako dziecku, czysto materialnych nawet, i zastanawiasz się: chciałbym, żeby mój syn to miał. A potem sobie myślę: kurczę, nie wiem, czy właśnie brak tych rzeczy nie spowodował u mnie takiego głodu do piłki.
Tak padły bramki w meczu Ligi Narodów. Hattrick Lewandowskiego
Ale z drugiej strony też po to ty sam zarabiałeś, żeby spełniać nie tylko swoje marzenia, ale też wszystkich bliskich.
Tak, ale z drugiej strony chciałbyś, żeby twoje dzieci miały swoją drogę i same sobie budowały. Bo ja na przykład bardzo doceniam to, że ja sobie sam to zbudowałem, a nie że mam to po dziadku na przykład, swój majątek, albo po tacie. To mi daje poczucie jakiejś tam nawet dumy. I nie chciałbym, żeby mój syn był na przykład kiedyś synem bogatego tatusia. To boli!
Musisz zbankrutować.
Mówiłeś, że mi się nie uda, ale wtedy będzie problem z głowy! Więc to jest takie codzienne szukanie odpowiedniego balansu i równowagi. Ale myślę, że czuję dzisiaj, że taką pierwszą główną rolą ojca, poza wychowaniem, poza zapewnieniem jakichś tam codziennych potrzeb, to jest po prostu chronić swoje dzieci. I ja czuję ogromną odpowiedzialność za to, żeby te dzieci chronić. Nie zawsze mi się to do końca udaje, co mnie boli.
A gdy mówisz o chronieniu dzieci, to mówisz o poczuciu emocjonalnym, o poczuciu bezpieczeństwa?
O poczuciu bezpieczeństwa. Chciałbym, żeby moje dzieci wiedziały, że cokolwiek się w życiu nie stanie, to tato już jest z nimi i za nimi. I jak widzisz, że na przykład twojemu dziecku dzieje się jakakolwiek krzywda, której wydaje się, że mogłeś zapobiec – a były takie też sytuacje – to to boli strasznie. Pamiętam, miałem w zeszłym roku taką sytuację, gdzie płakałem i się obwiniałem strasznie za jedną sytuację. I wtedy zrozumiałem, że dyscyplina, wychowanie – to jest wszystko bardzo ważne, ale ty masz przede wszystkim swoje dzieci chronić od właśnie takich sytuacji.
Urban przed meczem z Rumunią: Nie czuję, że gram o posadę
Wiesz co, nie miałem tego w planach, szczerze mówiąc, bo mam wrażenie, że tego jest dość dużo. Natomiast trochę mnie zaskoczyłeś dzisiaj, bo zastanawiałem się, czy jesteś w stanie udzielić wywiadu z kolei bez wbicia szpilki swojemu ojcu. No i nie dałeś rady.
Tak, ale to nie dlatego, że planowałem, tylko po prostu mi się przypomniała sytuacja, która była takim największym dysonansem w moim młodym życiu. I ja chyba nawet nigdy nie opowiadałem o tym, jak zgubiłem klucz do domu i moja mama płakała, bo nie miała po prostu pieniędzy na wymianę zamka. Mieszkaliśmy na Grochowie, więc jak ktoś znajdzie twój klucz, to wiedz, że w końcu spróbuje twoich drzwi. I pamiętam, że bardzo płakała z tego powodu i odczuwałem wtedy biedę, fizyczną biedę, bo okazuje się, że nie zawsze bieda to stan emocjonalny. I w tym samym tygodniu tata zabrał mnie na zakupy i mi kupił za parę czy paręnaście tysięcy złotych ubrania. I wtedy pomyślałem, że coś jest nie tak. Miałem wtedy chyba tak z 11 lat i pomyślałem, że coś jest nie tak, że coś nie gra mi to, jedno z drugim mi się bardzo nie zgadzało. I wtedy to we mnie wzbudziło taką złość, pomimo że bardzo się cieszyłem z tych ubrań, które mi tata kupił... I taki głód pieniądza, że moja mama już nigdy nie będzie płakać z powodu braku pieniędzy. I uwierz mi: nie będzie.
Nie, to absolutnie ci wierzę. Natomiast też chyba jesteś inteligentnym gościem: wiesz dobrze, że nie byłbyś tu, gdzie jesteś, gdybyś nie był synem Macieja Szczęsnego. Musiałeś wykonać gigantyczną swoją pracę, ale mimo wszystko ten punkt startowy miałeś dlatego, bo jesteś synem Macieja Szczęsnego.
Ale myślę, że ten punkt startowy zatrzymuje się na DNA, w sensie takim, że geny rzeczywiście mam. Ale równie dobrze mogę ci powiedzieć, że moja mama grała w piłkę ręczną i miała dobre geny! Zgadzam się – to nie jest tak, że ja swojemu ojcu nie jestem za nic wdzięczny. Ja jestem bardzo mu wdzięczny za wiele rzeczy i uważam, że jeśli wyrosłem na porządnego człowieka, to też dzięki ojcu. Nie uważam, że mój ojciec jest jakimś potworem, absolutnie nie.
Prezes Barcelony o Lewandowskim. „Nadal go kocham i piszę do niego”
Ale nie jest tak, że trochę eskalujesz w ostatnich latach tę swoją relację z ojcem?
Myślę, że mimo wszystko udaje się i mnie, i mojemu tacie zachować smak w tym wszystkim. W sensie: wiadomo, że wszyscy o tym wiedzą, więc nie ukryjesz tego, nie uda ci się uniknąć pytań na ten temat. Chociaż dzisiaj się udało, a sam mówisz, że ja sam niechcący o tym powiedziałem. A z drugiej strony nie chcesz wchodzić w szczegóły i nawet chroniąc siebie przed różnymi emocjami, nie chcesz opowiadać o szczegółach. I myślę, że i mi, i ojcu się to w jakiś sposób udaje, i ja jestem jemu za to wdzięczny też. I myślę, że on też nie czuje się jakoś atakowany wyjątkowo z mojej strony. Myślę, że może mieć więcej na sumieniu, niż dostało mu się po głowie.

